Robert Konieczny: Dobra architektura to jest straszna walka. A inwestor dziwi się, że 5 kartek to tyle pracy

Robert Konieczny
Robert Konieczny Agencja Gazeta
- Wybija się 1-2 na 100 architektów - mówi Robert Konieczny, jeden z najciekawszych polskich architektów (i bloger naTemat). Opowiada nam, jak z człowieka, który chodził własnymi ścieżkami, stał się osobą, której śladami chce chodzić wielu architektów. Nie tylko w Polsce, bo Konieczny robi teraz kilka międzynarodowych projektów.



Gdzie pan jest?

Teraz? W samochodzie. Jedziemy do Carcassonne we Francji. Prywatnie.

Żeby się inspirować?

Oczywiście jak gdzieś jadę, to mogę coś zobaczyć. Ale nie planuję wyjazdu, żeby się inspirować. Moje projektowanie jest dalekie od inspiracji. Gdy byłem młodym architektem, to dość dużo oglądałem. W ten sposób człowiek się uczy, próbuje naśladować, ale potem w kolejnych projektach odnajduje się własną ścieżkę. Kolejne projekty wynikają z tych poszukiwań w sobie. Oczywiście trzeba obserwować co dzieje się na świecie, żeby mieć pojęcie.


W jaki sposób projektuje doświadczony architekt?

Powiedziałbym - jak projektuje świadomy architekt. W taki sposób, że rzeczy, które tworzy wynikają z własnych przemyśleń. Nasze pierwsze projekty to były fajne rzeczy, ale tam jeszcze szukaliśmy własnej drogi, podglądaliśmy to co dzieje się na świecie. Tak jak młody muzyk. Na początku naśladuje, miesza style, pojęcia, dopóki nie znajdzie własnej ścieżki. Miałem fajne pomysły, ale one czerpały z tego, co działo się gdzieś indziej. Dopiero kolejne tematy, to były bardzo indywidualne pomysły. Dzięki temu powstawały rzeczy bardzo nowatorskie. Czasami trzeba się mierzyć sami ze sobą. Mamy jakieś przyzwyczajenia formalne, pewne rzeczy podobają nam się bardziej, a inne mniej. Ważne jest, żeby konsekwentnie podążać za pomysłem. Wtedy można dojść do rozwiązań, które zaskakują nas samych.


Czy pana zawód premiuje indywidualizm?

Na roku na architekturze takich osób, które się wybijają to na sto są jedna albo dwie, więc osób, które tworzą rzeczy specyficzne w Polsce jest garstka. To jest mniejszość. Większość, to tak jak w każdym zawodzie, ludzie, którzy lepiej albo gorzej to wykonują. W tym zawodzie trzeba być dobrym rzemieślnikiem. To jest podstawa. Może być genialny artysta, ale jeżeli potem się tego nie przełoży na technologię, na racjonalne rozwiązania, to to wszystko jest do niczego.


Co pana inspiruje?

To może być dosłownie wszystko. Czy to związane z najnowszymi technologiami, czy sztuką. Zarówno architektoniczna realizacja, na którą natrafię, jak też koncert Jeana Michela Jarre’a. Czasami jest to program w telewizji – tak było w przypadku projektu mostu w Weronie, za który zostaliśmy wyróżnienieni w 1995 roku. Inspiracją był wówczas dla mnie program o wirtualnych okularach.

W jaki sposób ten motyw znalazł odbicie w waszym projekcie?

Werona to piękne miejsce, ale wiele lat temu bardzo ucierpiało z powodu powodzi. Wtedy część jego malowniczości została zniszczona i miasto odwróciło się od rzeki. Ogłaszając konkurs Włosi szukali sposobu, by je z powrotem do rzeki przyciągnąć. Wpadłem na taki pomysł, żeby stworzyć wielki plac nad rzeką, po którym ludzie mogą się przemieszczać jak po zwykłym moście, ale zakładając wirtualne okulary mogliby zobaczyć, jak miasto wyglądało w średniowieczu. No i to niestandardowe rozwiązanie zostało wyróżnione. Pamiętam, że jak wysłaliśmy projekt, to do tego stopnia nie byliśmy pewni tego co zrobiliśmy, że nikomu go nie pokazywałem. Ukryłem pracę pod łóżkiem. Dopiero gdy dostaliśmy nagrodę i o sprawie zrobiło się głośno, to wyciągnęliśmy projekt (śmiech).

Po Weronie byliśmy w USA, tam też braliśmy udział w jakimś konkursie. Znów zostaliśmy wyróżnieni i wtedy uwierzyliśmy w swoje możliwości. W Polsce wystartowaliśmy w konkursie na projekt Świątyni Opatrzności Bożej. W tym przypadku inspirację zaczerpnęliśmy z Biblii, w której opisana jest tęcza pojawiająca się po potopie. Tęcza – symbol przymierza. Projekt był oparty właśnie o ten motyw. I nie wyglądałby tak, gdyby nie Perrault. Pracując, cały czas miałem w głowie jeden z jego projektów. Ale był też własny nasz wkład: Indiana Jones (śmiech).

Indiana Jones?!

Kiedy chodziłem do ogólniaka, to częściej bywałem na wagarach niż w szkole. Często bywałem wtedy w kinie. Z jednego z filmów o przygodach Indiany Jonesa zapamiętałem motyw światła przenikającego przez otwory w ścianach budynku. Stąd w naszym projekcie maleńkie otwory, które odpowiadają różnym datom w historii Polski. Zostały tak przemyślane, że podczas każdej z ważnych rocznic, jak np. 3 maja, słońce wpada przez daną szczelinkę i dzięki pryzmatowi umieszczonemu pod sklepieniem, w kościele pojawia się światło w kolorach tęczy. Kościół staje się żywym pomnikiem.

Co jeszcze pana inspiruje? Podróże? Branżowa prasa?

Konkurs, o którym opowiadałem, odbywał się niemal 20 lat temu. Nie było internetu, więc aby być na bieżąco najlepiej było wyjechać. Wtedy staraliśmy się oglądać na własne oczy to, co się dzieje na świecie. W czasie jednej z podróży zatrzymaliśmy się w Niemczech nad jeziorem badeńskim, gdzie mam rodzinę. Wyskoczyliśmy do Szwajcarii, gdzie weszliśmy do jakiejś księgarni architektonicznej i siedzieliśmy tam cały dzień. Szukaliśmy, oglądaliśmy. Kupowało się 2-3 pisma, wiozło się do domu i to była niemal Biblia. To się oglądało, czytało, człowiek się z tego uczył. Dziś jest łatwiej: jest internet, wykłady, przyjeżdżają do Polski renomowani architekci. W tamtych czasach moim największym wzorem był Francuz Dominique Perrault. Gdyby nie on, nie byłbym dzisiaj tym, kim jestem.

Wykład Roberta Koniecznego


Pana projekty często idą zupełnie pod prąd powszechnym modom. Czy już w czasach wagarowania w liceum lubił pan chodzić własnymi drogami?

Przechodziłem trudny okres dojrzewania, czasami rzeczywiście chodziłem swoimi ścieżkami i miałem różne, dziwne pomysły (śmiech). Ale ta nieszablonowość, spontaniczność i pomysłowość, którą w sobie miałem już wtedy, została później przełożona na architekturę, co fajnie procentuje do dziś.

Skąd wziął się pomysł, by studiować architekturę?

Kiedy kończył się ogólniak byłem trochę pogubiony, nie wiedziałem, co chcę dalej robić. Tata mi przebąkiwał już wcześniej, że może architektura. Pamiętam, że rodzice powiedzieli, że jeśli wybiorę architekturę, to mi opłacą korki. “Możesz też iść gdzie indziej, ale wtedy radź sobie sam” – usłyszałem. Więc można powiedzieć, że zostałem architektem, bo byłem wygodnicki (śmiech).

I chodził pan na te korepetycje?

Wcześniej rodzice wysłali mnie na taki mały sprawdzian, żeby zobaczyć czy w ogóle się nadaję, czy to ma sens. Ciocia umówiła mnie na spotkanie z zaprzyjaźnionym emerytowanym architektem. Poprosił mnie, żebym wziął swoje prace, blok i ołówek. Oczywiście bloku nie miałem, bo przestałem rysować w przedszkolu. Znalazłem jakiś ołówek wielkości małego palca. Jak ten człowiek zobaczył, co ja tam przyniosłem, to poczuł się po prostu zignorowany. Posadził mnie na klatce schodowej, powiedział: “narysuj to, ja wracam za godzinę”. Myślę, że chciał mnie spławić, bo za wiele się nie spodziewał.

I jak to się skończyło?

Ja nie wiedziałem nawet co to jest perspektywa, nie miałem pojęcia o rysunku. Jeszcze pamiętam jak mama, która ze mną przyszła powiedziała mi “Robert, nie musisz się dostać na architekturę, tylko nie narób nam wstydu” (śmiech). Narysowałem. Jak on wrócił, to się zdziwił, bo to było dobrze narysowane. Wziął mnie do gabinetu i powiedział: “Słuchaj stary, ty jesteś diamentem, który trzeba oszlifować. Musisz iść na architekturę”. Bardzo dodało mi to wiary. Zacząłem chodzić na rysunek.

W jaki sposób narodziło się w panu pragnienie, żeby w architekturze pójść własną drogą?

Ja zawsze robiłem i do dzisiaj robię to, co mi w duszy gra. Na pierwszym roku zaprojektowałem klasyczny domek z białymi ścianami i czerwoną dachówką. A trzeba wiedzieć, że trafiłem do profesorów z katedry, w której pielęgnowano architekturę modernistyczną. A ja nagle uparłem się, że chcę zrobić klasyczny domek z czerwonym dachem. Prowadzący odwodził mnie od tego, ale po latach mieszkania w bloku miałem w sobie jakiś głód takiej klasycznej formy, więc dopiąłem swego.

Ale później projektował pan odważniej...

Dopiero kiedy poczułem, że ta moderna mnie wciąga, dopiero wtedy świadomie zacząłem to robić. Nigdy nie słuchałem bezrefleksyjnie prowadzących, nawet tych wybitnych. Robiłem to, co sam czułem, co mogłem sobie wytłumaczyć, co było zgodne z moimi przekonaniami. Perrault pozwolił mi znaleźć własną drogę i przyznam, że dziś ja już oglądam coraz mniej cudzych projektów. Oglądam ciekawostki. W ramach KWK Promes idę własnym śladem. Nie mnie oceniać, czy on jest dobry czy zły, ale robię to świadomie i tak zostanie.

Z kim toczy się bój w architekturze? Z innymi, czy z samym sobą?

To jest bardzo dobre pytanie. Dobra architektura to z całą pewnością jest walka. I milion wyrzeczeń. Walka ze sobą – żeby projekt doprowadzić do szczęśliwego końca, pod presją czasu, kosztem wielu innych spraw. Klient często dziwi się, że końcowy rezultat w postaci pięciu kartek zabrał tyle czasu i pracy. A to jest mnóstwo roboty! Gdyby zainstalować ukrytą kamerę, to zobaczylibyście, ile taki projekt wymaga czasu, gadania, drążenia elementów, zmian koncepcji. To straszna walka.

Pewnie pokusa, żeby sobie czasem odpuścić bywa bardzo duża?

Problem polega na tym, że jestem totatanie upierdliwy. Czasem to wada, czasem zaleta, ale nawet kiedy jestem skrajnie zmęczony, nie potrafię się poddać. Kiedyś byliśmy w USA na konkursie i mieliśmy tylko 3 dni na oddanie projektu, a nie mieliśmy sprzętu ani zaplecza. Tylko tyle, co przywieźliśmy ze sobą i trzymaliśmy w hotelu. Byłem kompletnie zmęczony. Zarwaliśmy kilka nocek śpiąc po 2-3, czasami 4 godziny. Czułem, że już nie damy rady. Nie do zrobienia. Ale kładłem się spać i po 10 minutach wstawałem, nie mogłem spać. Pracowałem dzień i noc przez 3 doby. To mój rekord: 3 doby z rzędu.

A walka z innymi?


Druga rzecz to walka z inwestorem, z wykonawcą, z urzędami. To, jaką urzędnicy w Polsce mają nad nami władzę, jest chore. Ja już na szczęście do urzędów nie chodzę. Jeżdżą tam moi ludzie, bo ja nie wytrzymuję nerwowo.

Od lat bardzo dużo się o panu pisze. Ma pan sporą medialną “siłę rażenia”. Czy ma pan wrażenie, że dzięki swoim projektom i medialnej obecności udało się panu w jakiś sposób zmienić podejście Polaków do architektury?

Być może tak. Choć jest to o tyle dziwne, że generalnie moja architektura jest architekturą dość trudną. To są nietypowe rozwiązania, a nie “lekkostrawny pop”. Wydaje mi się jednak, że międzynarodowe nagrody sprawiły, że moja praca została zrozumiana. To dobrze, bo kiedy przeciętny Kowalski coś takiego zobaczy, zaczyna się nad tym zastanawiać i wie, że można inaczej. Więc faktycznie, świadomość się zmienia, przy moim skromnym udziale (śmiech).

Nad czym pan teraz pracuje?

W tej chwili mamy kilka projektów: Muzeum Narodowe w Szczecinie, do tego mamy zaproszenia do kilku fajnych, międzynarodowych inicjatyw. Udało się nam wziąć udział w m.in. przedsięwzięciach realizowanych pod Barceloną i Nowym Jorkiem. Jesteśmy tam wśród naprawdę topowych pracowni z całego świata. To jak cudowny sen.

Czy skończył już pan swój dom w Brennej? Miał być gotowy na wiosnę.

Mój dom, moja arka, ciągle się buduje. Obecnie plan jest taki, by skończyć go do końca roku. Mam nadzieję, że się uda.


Może pan zdradzić, ile kosztowała jego budowa?

Kierując się zdrowym rozsądkiem postawiłem na niskie koszty. Ale się nie udało, m.in. dlatego, że to jest trochę eksperyment technologiczny, który robiłem sam na sobie i swojej rodzinie. Ale musi pan przyznać, że to przynajmniej uczciwe wobec klientów (śmiech). Choć przyznam, że już od dawna mnie korciło, żeby spróbować nowych rozwiązań, np. w szczecińskim muzeum. Stwierdziłem jednak, że to za duże ryzyko i najpierw przetestuję wszystko na sobie. Niestety, w tej chwili kosztów już nie liczę. Wyszło drożej, jak to z prototypem. Pewne rzeczy trzeba sprawdzić, poprawić. Ale nie dzieje się też tak zupełnie źle, nie trzeba się stresować.

Co w pana zawodzie jest kluczem do sukcesu? Czy wysoko zachodzi się wyłącznie dzięki projektom, czy też trzeba być w tym środowisku, zawierać relacje, starać się o klientów, czyli jak to mówią – “bywać”?

Przyznam, że ja mam z “bywaniem” duży problem. Wiem, że takie rzeczy trzeba robić, ale mnie to nie wychodzi. Ja zawsze mówię szczerze co myślę, na polityka się nie nadaję (śmiech). Ale mam radę dla młodych: koncentrujcie się na tym, co lubicie i kochacie, róbcie to zawsze najlepiej jak można. W moim przypadku to zaprocentowało. Trzeba zawsze robić takie rzeczy, których się nie będzie później wstydzić. Nie należy iść na kompromisy. Jeśli się raz czy drugi pójdzie, to później te rzeczy będą wracały.