e-papierosy
Co drugi e-papieros pochodzi z nielegalnego źródła. Fot. shutterstock

To już nie jest nisza, margines ani problem, który można zbyć wzruszeniem ramion. Europejski rynek e-papierosów coraz mocniej przegrywa z szarą strefą – już niemal co drugi produkt trafiający do obrotu w UE pochodzi z "nieregularnych źródeł. W Polsce szara strefa w e-papierosach to nawet 58 proc. rynku. Tymczasem rząd chce zakazać jeszcze woreczków nikotynowych. Pytanie brzmi, czy część popytu znów nie ucieknie do szarej strefy.

REKLAMA

Warto tu zatrzymać się przy jednym słowie "nieregularne". To pojęcie jest szersze niż po prostu "nielegalne". Obejmuje zarówno produkty z czarnego rynku, jak i te, które omijają krajowe przepisy podatkowe, wymogi dotyczące oznaczeń czy dopuszczenia do obrotu. Według autorów badania ok. 35 proc. europejskiego rynku można przypisać bezpośrednio nielegalnemu handlowi, a kolejne ok. 13 proc. to prywatny import produktów niezatwierdzonych lub nieopodatkowanych.

Skutki są już bardzo konkretne. Państwa tracą wpływy. Legalni sprzedawcy konkurują z towarem, który nie gra według tych samych zasad. A klienci często kupują produkt, o którym wiedzą tylko tyle, że był tańszy i dało się go łatwo zamówić.

W samych Niemczech straty podatkowe związane z tym segmentem rynku oszacowano w 2024 roku na około 119 mln euro. I to jest właśnie moment, w którym cały ten temat przestaje być historią o "dziwnych vape’ach z internetu", a zaczyna być historią o realnych pieniądzach i realnej luce w systemie.

Kto robi biznes na systemie?

Duża część tego biznesu zaczyna się w Chinach. To stamtąd pochodzi zdecydowana większość e-papierosów przeznaczonych na rynek europejski. Ważnym punktem jest Shenzhen, wielkie centrum produkcji, z którego ten rynek w dużej mierze wyrasta. Potem towar płynie do Europy, a po drodze trafia do głównych hubów dystrybucyjnych, takich jak Niemcy, Holandia i Belgia. Stamtąd rusza dalej po całej Unii.

I wtedy zaczyna się najbardziej europejska część tego problemu: niby mamy wspólny rynek, ale przepisy, podatki i standardy nadal różnią się między krajami na tyle, że dla szarej strefy to wręcz wymarzone warunki. Tam, gdzie system nie jest spójny, zawsze pojawia się ktoś, kto zrobi na tym biznes.

Do tego dochodzi internet, który dla tego rynku okazał się prawdziwym błogosławieństwem. Kiedyś nielegalny handel kojarzył się z bazarem, szemranym punktem albo sprzedażą "spod lady". Dziś wystarczą media społecznościowe, zamknięte grupy, wiadomości prywatne, kurier i paczkomat. Bez dymu, bez szyldu, bez zbędnego rozgłosu. Wygodnie, szybko i dyskretnie.

Co z tym zrobić?

Eksperci Uwe Veres-Homm, Horst Manner-Romberg i Rico Back, którzy 12 marca prezentowali wyniki badania, wskazywali też na jeszcze jeden mechanizm: ceny. Legalne produkty drożeją, bo rosną podatki i zaostrzają się regulacje. Z punktu widzenia państwa i zdrowia publicznego intencja może być słuszna. Ale rynek reaguje po swojemu. Część klientów po prostu nie rezygnuje, tylko zaczyna szukać taniej. A taniej bardzo często znaczy: poza oficjalnym obiegiem.

To zresztą jedna z najbardziej przewrotnych rzeczy w całej tej historii. Regulacje miały wzmacniać kontrolę, a w praktyce część popytu została wypchnięta tam, gdzie tej kontroli jest mniej. Oczywiście nie oznacza to, że należy z regulacji rezygnować. Raczej że samymi podwyżkami i zakazami nie da się wygrać z rynkiem, który jest szybki, sprytny i działa ponad granicami.

Autorzy badania sugerują więc rzeczy dość oczywiste, ale właśnie dlatego trudne: większe ujednolicenie zasad w Unii, wspólne standardy dotyczące jakości, licencjonowania i opodatkowania, a także centralną platformę danych, która pozwoliłaby naprawdę śledzić, co jest produkowane, gdzie trafia i jak krąży po rynku.

Jednolite standardy w zakresie licencjonowania, jakości produktów i opodatkowania mogłyby pomóc zmniejszyć straty podatkowe i wzmocnić ochronę konsumentów.

Uwe Veres-Homm

Do tego potrzebna byłaby bliższa współpraca z krajami pochodzenia, przede wszystkim z Chinami. Bo jeśli ktoś naprawdę chce ograniczyć ten proceder, to powinien łapać go nie wtedy, gdy paczka leży już w Europie, tylko dużo wcześniej – zanim w ogóle ruszy w drogę.

Najbardziej uderza chyba to, jak cicho ten problem urósł. Bez wielkiego alarmu, bez poczucia, że właśnie obok legalnego rynku wyrósł drugi, niemal równie duży. A przecież właśnie o tym mówimy. O rynku, który nie jest już cieniem oficjalnego obrotu, tylko jego bardzo poważnym konkurentem.

I może właśnie to jest w tym wszystkim najgorsze: nie to, że szara strefa istnieje, bo istnieje niemal wszędzie. Tylko to, że tutaj przestała być szarą strefą na obrzeżach. Zaczęła wchodzić do centrum.