Powoli kończymy obchody 25-lecia Małyszomanii. 15 marca 2001 roku było już w zasadzie "po zawodach", a nawet dosłownie po zawodach. Nic nie było już w stanie odebrać skoczkowi ani zdobytych w tym sezonie medali mistrzostw świata, ani wygranego Turnieju Czterech Skoczni, ani przede wszystkim Pucharu Świata w skokach narciarskich.

REKLAMA

Ćwierć wieku później jesteśmy w zupełnie innej pozycji na mapie świata – sportowo i mentalnie. Sportowo, bo Polakiem jest na ten przykład jeden z najlepszych obecnie środkowych pomocników w lidze włoskiej, Piotr Zieliński, który w tym sezonie skutecznie konkuruje między innymi z takimi markami jak Luka Modrić czy Kevin De Bruyne, ale też znacznie lepiej dysponowanymi Nico Pazem czy Scottem McTominayem. Sportowo, bo Polakiem – legendą Bayernu Monachium, ikoną FC Barcelony i, co do tego panuje względny konsensus, najlepszym napastnikiem ostatniej dekady – jest z kolei Robert Lewandowski. Sportowo, bo Polką jest Iga Świątek, czołowa rakieta świata w najbardziej znaczącej dyscyplinie kobiecego sportu.

Ale przede wszystkim jesteśmy w innym miejscu mentalnie. 20. gospodarka świata, 20. armia świata, jedno z najlepiej rozwiniętych technologicznie społeczeństw w Europie. To my dla zabawy i z nadmiaru kapitału wykupujemy sobie po kawałku kraje południa Europy, a nie odwrotnie.

Kiedy Małysz wygrywał TCS, byliśmy w Polsce naprawdę beznadziejni we wszystkim

Ten, kto w listopadzie 2000 roku odpalał transmisję TVP z zawodami na skoczni w Kuopio, nie śmiał nawet marzyć, że za ćwierć wieku będzie żył w takim kraju jak dziś. To nie były najlepsze stulecia dla tego dumnego narodu. Najpierw lata stopniowego upadku i degrengolady, potem aż trzy serie upokarzających zaborów, brutalnie przegrane powstania, odzyskana na chwilę niepodległość w niezwykle patologicznej formie, przegrana w miesiąc II wojna światowa, kolejne tragiczne i nieudane powstanie i wreszcie – w nagrodę – sowiecka okupacja. Kiedy wreszcie pojawiło się światełko na końcu tego tunelu, było jeszcze gorzej. Kibice piłki ekscytowali się poczynaniami reprezentantów w austriackich klubach, których nazw dziś przeciętny kibic z pamięci nawet nie przytoczy. Szok transformacyjny, bieda, nędza, Marian Krzaklewski, głód, gangsterzy i kradzione z Niemiec 25-letnie samochody.

Pamiętam ten czas dobrze, bo to był czas mojego dzieciństwa. Tak jak w starożytnym Rzymie niewolnicy raczej nie poświęcali czasu na dywagowanie o swoim statusie, tak Polacy lat 90. przyjmowali swój gorszy status względem mieszkańców Europy Zachodniej jako coś naturalnego. Próbujący temu zaprzeczać w odniesieniu do ówczesności, a nie odległej historii, zostałby uznany za kwestionującego prawa fizyki. Polak oczywiście wierzył, że będzie lepiej. Że może coś zmieni ta Unia Europejska, może kiedyś sprowadzi sobie z Niemiec 15-letnie Audi zamiast 20-letniego i może nawet będzie miało legalne papiery. Ale to tyle z narodowych uniesień i nadziei.

I wtedy pojawił się orzeł z Wisły. Człowiek, który odczarował dotąd nieprzesadnie dobrze kojarzące się narodowi wąsy. Kariera Adama Małysza była oczywiście w pełnym tego słowa znaczeniu astronomicznym sukcesem sportowym. Ale było tam też coś znacznie więcej – była w tym jakaś metafizyka.

Byłem tam, 25 lat temu

Zapytałem ostatnio cztery popularne modele LLM o najlepszych skoczków narciarskich w historii. Oczywiście metodologia fatalna, ale przytaczam odpowiedzi, bo pasują pod moją tezę. Stara szkoła polskiego felietonu. Otóż przytłaczająca większość z nich nie ma wątpliwości, że Małysz jest w dwójce, a zdaniem jednego modelu – w czwórce najlepszych skoczków narciarskich w historii. Ustępuje tylko Mattiemu Nykänenowi.

Nawet modele językowe zdają się widzieć to, co dziś coraz częściej umyka także i polskiej widowni. To, co wyprawiał wtedy Polak na skoczniach, trzeba było zobaczyć na własne oczy. To nie było wygrywanie konkursów, to była dominacja. Tak się złożyło, że byłem tam, 25 lat temu. Małysz nie grał według standardowych reguł tego sportu, wielokrotnie zakrzywiając rzeczywistość wbrew prawom natury i prawom fizyki. Część jego zwycięstw zgodnie z wszelką logiką nie powinna się wydarzyć, a jednak on znowu przeskakiwał skocznię. Ośmielę się stwierdzić, że nigdy potem w historii polskiego sportu nie było takich chwil, by jeden aktor tak bardzo dawkował dramaturgię. Może te pięć goli Lewego. Ale to raz.

LLM-y nie umieją docenić dramaturgii, ja tak, natomiast w swojej argumentacji wspominają o niezwykłej powtarzalności i umiejętności całkowitego zdominowania pewnej ery. Mieliśmy przecież potem Kamila Stocha. Wspaniałego, wielokrotnie złotego Kamila Stocha, ale to już nie było to.

Dał nam przykład Adam Małysz, jak zwyciężać mamy

Dominacja Małysza miała też istotny wymiar społeczny. Kiedy w 2004 roku wstępowaliśmy do zdominowanej przez Niemców Unii Europejskiej, to wstępowaliśmy z podniesioną głową, nie czując się aż tak reprezentantami gatunku untermensch.

Steffen Möller robił oczywiście fantastyczną robotę w TVP2, ale to odzieranie z argumentów sportowych i naturalna przewaga nad Martinem Schmittem czy Svenem Hannawaldem miały jakąś formę narodowej terapii. Niemcy bardzo chcieli wygrać, ale po prostu nie potrafili. Nie mieli startu do Polaka, a wszystkiemu z entuzjazmem przyklaskiwali Austriacy, burząc przy tym mity o wielkim europejskim spisku germańskich narodów, który miałby być wymierzony na przykład w polskie rolnictwo.

Ale piękne jest też to, że – dzięki wyjątkowej osobowości Adama Małysza – my z tego kompleksu germańskiego oprawcy leczyliśmy się bez nienawiści. Martin Schmitt został pokonany i uznany za swojego. Nawet tego wymachującego rękami Hannawalda w pewnym momencie wielu rodakom zrobiło się po prostu szkoda. Może Niemiec, ale nasz Niemiec, podbity, zdominowany, godny rywal, wspaniały skoczek. Trochę go już w tych kolejnych sezonach wręcz brakowało.

To są oczywiście takie małe rzeczy, ale składające się na wielką rzecz. Gdyby było inaczej, to agencje public relations nie rzucałyby milionowymi budżetami w media i influencerów. Upokorzone, złamane, pozbawione nadziei społeczeństwo zobaczyło dzięki Adamowi Małyszowi, że w XXI wieku może latać daleko. I wiecie co? Lata.