
Jestem jedną z pierwszych osób, które mogą poprowadzić nowe Porsche Cayenne Electric. Przemierzam powoli malowniczy, pagórkowaty krajobraz wokół Barcelony, spoglądając na pomarańczowo-różowy zachód słońca. Czy można dostać od życia więcej? Wieczorem impresario umiejętnie wprawia swych gości w szampańskie nastroje, ale jeśli tylko nadstawić ucha, można usłyszeć wybrzmiewające w kuluarach pytanie: czy to aby nie bal na Titanicu?
Porsche jakiś czas temu wstąpiło na ścieżkę elektryfikacji, która okazała się wyjątkowo wyboista i kręta. Do tego stopnia, że kultowa niemiecka marka znalazła się na ostrym zakręcie, a ludzie u jej steru prowadzą wyczerpującą walkę o trakcję.
Najnowszym elektrycznym modelem z Zuffenhausen jest Cayenne Electric, które po pierwszej prezentacji wznieciło istny pożar w sieci. Płomienie świętego oburzenia buchały z każdego zakamarka motoryzacyjnego internetu, a bardziej doświadczeni koledzy po fachu wspominali, że nie widzieli takiej awantury, odkąd pamięcią sięgnąć.
Mógłbym jeszcze zrozumieć to rozemocjonowanie, gdyby chodziło o sportowe modele, takie jak 911, Cayman czy Boxster. Albo gdyby Porsche postanowiło zupełnie zrezygnować z silników spalinowych, do czego – jak zapewniają – nie dojdzie w najbliższej przyszłości.
Tylko że cały ten ambaras dotyczy Cayenne, które z definicji autem sportowym, a tym bardziej wyczynowym, nie jest. Nie pojmuję, co złego w tym, że model, który 99 proc. swego żywota spędza w mieście, krążąc między pracą, szkołą i spożywczakiem, zyskał elektryczny napęd.
Ośmiocylindrowa pieśń przeszłości
Z drugiej strony silniki spalinowe Porsche, szczególnie V8-ki montowane we wszystkich generacjach Cayenne, to czysta poezja. Rasowy pomruk ośmiocylindrowców w wersjach GTS i Turbo jest zdolny przeszyć dreszczem podniecenia każdego miłośnika motoryzacji. Drugiego dnia imprezy Niemcy postawili przed nami kilka egzemplarzy poprzednich pokoleń Cayenne, w tym czerwonego GTS-a pierwszej generacji z ręczną skrzynią biegów.
Nakłoniliśmy z kolegą jednego z inżynierów Porsche, aby wręczył nam kluczyki i pozwolił odpalić wspomnianego GTS-a. Symfonia dźwięków wydobywających się z wydechu była jednym z najcudowniejszych momentów całego wyjazdu.
Dlatego rozumiem doskonale nostalgię za starą, dobrą motoryzacją i żal, że branża postanowiła iść w inną stronę. Rozumiem to tak dobrze, że chociaż nie przepadam za SUV-ami, to Cayenne GTS pierwszej generacji z pewnością zagościłoby w moim garażu marzeń.
Moc jest z nami
Wracając do sedna – nowe Cayenne Turbo Electric jest najmocniejszym produkcyjnym Porsche w historii. Jego moc maksymalna to zatrważające 1156 KM (z overboostem)! Gdy zobaczyłem tę wartość w notce prasowej, musiałem przetrzeć oczy ze zdumienia. Winszuję osiągnięcia, z którego inżynierowie z Weissach byli ewidentnie dumni, ale muszę zapytać: po co to komu?
Podstawowa wersja Cayenne Electric (bez Turbo) generuje do 442 KM z aktywowanym systemem Launch Control i 835 Nm momentu obrotowego. Pierwszą setkę zobaczymy na cyferblacie po 4,8 sekundy. Nieźle, ale dla porównania wersja Turbo rozpędza się do pierwszej setki w 2,5 s, a do drugiej w 7,4 s. Przyspieszenie robi lifting twarzy lepiej (i szybciej) niż najlepszy chirurg plastyczny w Miami.
Cayenne Turbo Electric w standardzie wyposażone jest w adaptacyjne zawieszenie pneumatyczne z systemem Porsche Active Suspension Management (PASM), ale można iść jeszcze dalej i wyposażyć auto w opcjonalne zawieszenie Porsche Active Ride. To zaawansowany system, który za pomocą elektroniki i pomp hydraulicznych praktycznie eliminuje przechyły nadwozia podczas przyspieszania, hamowania i w zakrętach.
Dzięki Porsche Active Ride Cayenne zyskało komfortowy tryb jazdy, który poprzez inteligentną kontrolę wysokości zawieszenia i amortyzacji izoluje kabinę od wszelkich nierówności drogi, zapewniając nieprzeciętną wygodę.
Wystarczy jednak włączyć tryb dynamiczny, aby to samo aktywne podwozie zapewniało maksimum trakcji na każdym kole, stawiając pod znakiem zapytania granice przyczepności, które każdy zdrowy na umyśle człowiek określiłby mianem nieprzekraczalnych. Dodajmy do tego skrętną tylną oś i uzyskamy bolid zdolny przerazić nawet największego chojraka.
Przejażdżka życia
Na szczęście w Porsche pracują ludzie rozsądni i wiedzą, że zwykli śmiertelnicy mojego pokroju nie mogliby nawet otrzeć się o pełnię możliwości elektrycznego Cayenne. Dlatego zaprosili Timo Bernharda, wielokrotnego zwycięzcę 24h Le Mans, żeby porządnie nami wstrząsnął, wożąc nas po krótkim, acz wymagającym torze rallycrossowym.
Matko jedyna, cóż to była za jazda! Usta wykrzywione w ekstatycznym uśmiechu, a oczy zmącone przerażeniem. Po wszystkim zaś niedowierzanie, że facet dokonał tego w 2,5-tonowym SUV-ie! Chyba powinienem cofnąć to, co napisałem powyżej, i przyznać, że Cayenne Turbo Electric w pełni zasługuje na miano auta sportowego.
Wymieniłem już tyle zaskakujących możliwości tego samochodu, że można by obdzielić ze dwa inne, a to nie koniec. Miałem okazję sprawdzić Cayenne Electric także w off-roadzie. Przyznam się, że początkowo zbagatelizowałem sprawę, bo byłem przekonany, że zapowiadany przez Porsche off-road skończy się na kilku piaszczystych muldach. Oj, myliłem się bardzo.
Trasa, którą pokonałem z instruktorem, była naprawdę wymagająca. Dużo błota, strome podjazdy i zjazdy, wąskie przesmyki i potężne wyboje nie stanowiły dla SUV-a Porsche żadnego problemu. W ustawianiu samochodu w ciasnych zakrętach i w zjazdach pomagała przednia kamera, znacząco poprawiając widoczność.
Najlepszym dowodem na to, jak zaskakująco kompetentne jest Cayenne Electric w off-roadzie i jak wymagająca była trasa, jest to, że mój instruktor zażartował, że nie odważyłby się na takie wyczyny w swoim prywatnym Cayenne (i ciężko nie przyznać mu racji).
SPA na czterech kołach
A jak elektryczne Cayenne radzi sobie na utwardzonych drogach? Jakie jest w codziennym użytkowaniu, w trasie, swoim naturalnym środowisku? Jednym słowem: rewelacyjne. Nowy SUV Porsche jest komfortowy, cichy, wręcz relaksujący. Jakość wykończenia kabiny stoi na wysokim poziomie, a wnętrze otula kierowcę, odcinając go od zgiełku świata zewnętrznego.
Kokpit został zaprojektowany od zera i jest emanacją nowego języka wizualnego niemieckiej marki. Porsche Digital Interaction to interfejs użytkownika, którego sercem jest zakrzywiony, dotykowy ekran OLED. Liczba przycisków i funkcji może początkowo przytłaczać, ale to wrażenie szybko pryska, bo system jest bardzo intuicyjny i dobrze przemyślany.
A przede wszystkim pięknie zaprojektowany – jakby zamknąć Bauhaus w konsoli środkowej samochodu. Miałem okazję porozmawiać z jednym z inżynierów odpowiedzialnych za ten projekt i widziałem, że był ze swojej pracy wyjątkowo dumny. I słusznie.
Nowoczesny, wysokonapięciowy akumulator o pojemności 113 kWh zapewnia ponad 600 kilometrów zasięgu. Architektura 800V umożliwia szybkie ładowanie z mocą do 400 kW, co w praktyce oznacza, że od 10 do 80 proc. naładujemy baterię w zaledwie 16 minut. Ponadto Cayenne Electric naładujemy także indukcyjnie, najeżdżając na odpowiednią płytę. Przyszłość jest dziś, starcze!
Cayenne Electric to bez wątpienia dopracowany i udany samochód, w który Porsche włożyło wiele pracy, uciekając przed widmem katastrofy. Otwartym pozostaje pytanie, czy ten model uratuje marce skórę, jak przed laty pierwsza generacja Cayenne, czy będzie kolejnym gwoździem do trumny, jak wieszczą hejterzy.
Moim zdaniem nowy model będzie sukcesem, i życzę Porsche z całego serca, aby dalej wykuwało swoją legendę. Czy sam kupiłbym to auto? Gdybym dysponował odpowiednim budżetem, mógł ładować je w domu i poruszał się głównie po mieście i okolicach, to z pewnością Cayenne Electric byłoby wysoko na mojej liście.
Być może chińskie elektryki mają większy zasięg, być może są lepsze, ale jako Europejczyk wybrałbym europejski samochód. Umówmy się, Porsche bije na głowę wszelkie wynalazki ze Wschodu już samym swoim majestatem.
