"Nikt nie wierzy, że tak mieszkamy"
Reportaż

W Polsce powstają więzienia, które przypominają zwykłe domy

<b>Fot. Maciej Stanik</b>

– My mówimy na to miejsce domek, domeczek. Ja kiedyś na taki dom nie zasługiwałem. Nosiło mnie, szybko się odpalałem. Przez to zaliczyłem prawie wszystkie więzienia w Polsce, lądowałem nawet w izolatkach. Straciłem piętnaście lat życia – wyznaje 57- letni Marek, jeden z 21 osadzonych w Domu Przejściowym w Olsztynie. – Ale tutaj mnie nauczyli, że nie trzeba załatwiać spraw siłą czy agresją, że można te złe emocje wypowiedzieć.
Na pierwszym piętrze czekają słodkości. Są kruche ciastka i puszyste czekoladowe ciasto. Chwilę później mł. chor. Wioletta Górzyńska, wychowawczyni osadzonych, wnosi jeszcze rumianą focaccię. Wszystko upiekli więźniowie.
Tego dnia w Domu Przejściowym w Olsztynie panuje wyjątkowy ruch. Trwa wizyta studyjna kuratorów Sądu Okręgowego w Białymstoku oraz dyrektora Aresztu Śledczego w Hajnówce. Goście przechodzą przez kolejne pomieszczenia, zaglądają w każdy kąt, co chwilę kiwają z uznaniem głowami. Przyznają, że sami chcieliby mieć taki dom u siebie.
Marek, wysoki, umięśniony blondyn w sportowej bokserce, krótkich spodenkach i klapkach, wita nas w drzwiach swojego jednoosobowego pokoju. Uśmiecha się szeroko, twarz mu jaśnieje. W środku jest skromnie: łóżko, szafka, telefon stacjonarny i mała lodówka. Na niej widokówki, laurka z przedszkola i rysunki jego dzieci. Helenka ma pięć lat, Jaś – dziewięć.
Wiedzą, gdzie jest tata. Powiedział im, że musi trochę popracować nad sobą.

Każdy osadzony ma w pokoju lodówkę

Za dwa miesiące Marek będzie wolnym człowiekiem. Na magnetycznej tablicy codziennie skreśla kolejne dni do wyjścia. Radość miesza się z niepokojem. Czy uda się posklejać rodzinę? Pracę – jak mówi – "ogarnie", mieszkanie ma. Uwagi sąsiadów w stylu "o, ten, co z kryminału wrócił" puści mimo uszu. Będą gadać, jak to w małym miasteczku. 
Do pokoju wpada smuga słońca. Jeszcze chwilę temu padał deszcz.
– Widzieliście? Tu nie ma krat – rzuca do nas.

My wam pokażemy

Dom Przejściowy w Olsztynie działa od listopada 2024 roku. To zakład karny dla osadzonych typu otwartego. Z zewnątrz budynek przypomina zwykły blok mieszkalny. Tyle że jest okamerowany i strzeżony przez funkcjonariuszy. Nie ma murów, wieżyczek i drutu kolczastego. W środku są pokoje, kuchnia, świetlica. Na zewnątrz ogród, siłownia. Osadzeni pracują, uczą się, wychodzą na przepustki, chodzą na basen czy wernisaże.
– Kiedy wyjdą, będą przecież czyimiś sąsiadami. Będą jednymi z nas – zauważa kpt. Justyna Jachacy-Majewska, kierowniczka placówki.
W Norwegii takie jednostki funkcjonują od 2002 roku i na stałe wpisały się w system penitencjarny. Przygotowują osadzonych do życia po opuszczeniu więzienia. W Polsce natomiast jest to wciąż stosunkowo nowe podejście. W 2024 roku uruchomiono pierwsze cztery tego typu placówki – w Jastrzębiu-Zdroju, Chmielowie, Koziegłowach oraz właśnie w Olsztynie. Niebawem mają powstać kolejne. 
Norwegia udowadnia, że taki system sprawdza się znakomicie. Wystarczy spojrzeć na dane: poziom recydywy wśród uczestników takich programów jest relatywnie niski i wynosi około 7 proc. Dla porównania, według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w Polsce ok. 40 proc. osób, które opuściły zakład karny lub areszt, ponownie popełniło przestępstwo w ciągu pięciu lat.
– Norwedzy powiedzieli: "My wam pokażemy, jak można inaczej podchodzić do więźniów". Weszliśmy w to. Wiadomo, nie przejęliśmy wszystkiego, co oni robią, ale uważam, że ta część, którą implementujemy do polskiego systemu penitencjarnego, się sprawdza. Najważniejszy jest szacunek do osadzonego – dzieli się swoją refleksją kpt. Justyna Jachacy-Majewska.

Dom Przejściowy w Olsztynie

Mimo rozwoju nowoczesnych, otwartych form readaptacji, takich jak domy przejściowe, to wciąż tradycyjne, zamknięte jednostki penitencjarne pozostają głównym filarem polskiego systemu więziennictwa. Z najnowszych danych Biura Ewidencji Centralnego Zarządu Służby Więziennej wynika, że w zakładach karnych i aresztach śledczych przebywa obecnie 70 997 osób. 
Nie każdy odsiaduje jednak wyrok w klasycznej celi. – Mamy także zakłady typu półotwartego oraz otwartego. Ponadto dozorujemy osadzonych w systemie dozoru elektronicznego – to obecnie około 5700 osób – zaznacza.
Za każdą z tych cyfr kryją się skomplikowane ludzkie losy – również osób, które nigdy nie planowały wejść w konflikt z prawem.
– Do więzienia może trafić każdy z nas – zauważa mł. chor. Monika Sołtysiak, psycholożka więzienna. – Dziś jesteś tutaj, jutro możesz być po drugiej stronie. Wystarczy, że będziesz wracać zmęczony po pracy, zamyślisz się i sekunda nieuwagi za kierownicą sprawi, że zrobisz komuś krzywdę. I nagle zamknie się za tobą brama, choć nigdy nie miałeś złych intencji.

Pęknięcie

Rodzinny dom Marka śmierdzi wódką. Ucieka z niego, wagaruje.
– Z dzieciństwa najbardziej pamiętam strach – wspomina. – Ojciec nie tylko pił, ale też bił matkę. Jestem z rocznika, który nie miał się komu poskarżyć. Byłem dzieckiem skrytym, zamkniętym w sobie. W szkole mówili, że jestem zdolny, ale jak miałem się uczyć, skoro w domu było źle?
Marek ma 13 lat, kiedy pierwszy raz kradnie. Zagląda do piwnic, do sklepów. Wyciąga ręce po nieswoje. Tłumaczy, że robi to, bo jest głodny. Potem chce być taki, jak dużo starsi koledzy z półświatka. Imponują mu.
Ma 16 lat, kiedy pierwszy raz trafia do poprawczaka. Tam kończy zawodówkę. Dorasta. A razem z nim rośnie jego kartoteka. Najpierw kradzieże samochodów. Później rozboje, napady z bronią, pobicia. Coraz brutalniej, coraz dalej. Nie umie się zatrzymać.
Po drugiej odsiadce dochodzi hazard. Gra tak, jakby jutra miało nie być. W jedną noc traci 50 tysięcy złotych. Kradnie, żeby mieć za co grać dalej. Dziś mówi, że miałby za to dom, kawał ziemi, kilka samochodów. 
Więzienie nie działa jak nauczka. Marek wsiąka w przestępczy świat jeszcze głębiej. Grypsuje. W więziennej hierarchii stoi wysoko. Ćwiczy, buduje pozycję, budzi respekt. Za kratami uczy się, jak funkcjonować w tym środowisku z większą wprawą.
Zamknięte zakłady karne uczą go wszystkiego, co najgorsze. 
Marek, osadzony
Poznałem więcej złodziejskich trików: otwierania zamków, obchodzenia alarmów. Spotykałem nowych ludzi, wchodziłem w kolejne układy.
Doskonale pamięta realia więzień z lat 80. To był zupełnie inny świat, odarty z jakiejkolwiek ludzkiej podmiotowości.
– Jeden prysznic tygodniowo. Cztery minuty: namydlić się, spłukać, wytrzeć – rzuca krótko.
Wzdryga się na samo wspomnienie wieloosobowych cel i przypadkowych współwięźniów. Ktoś chrapał, ktoś coś wykrzykiwał, ktoś inny bardzo źle pachniał.
W zakładach zamkniętych doskwierał mu też hałas: nieustanne brzęczenie kluczy, huk zatrzaskiwanych drzwi cel i podniesione głosy. 
Klaudię, młodszą od niego o 23 lata, poznał w rodzinnym Lidzbarku Warmińskim, niedługo po wyjściu z więzienia w Kamińsku. Coś w nim pękło, kiedy po raz pierwszy został ojcem. Wydawało się, że najgorsze ma już za sobą. Ale przeszłość upomniała się o niego w najmniej oczekiwanym momencie. Sprawa sprzed kilku lat zakończyła się wyrokiem za pobicie. 
Jako recydywista Marek nie miał szans na karę w zawieszeniu. 
Najpierw była odsiadka w Iławie. Potem rok w Oddziale Zewnętrznym Aresztu Śledczego w Olsztynie. Skazani mówią na niego "ozetka".

Na zdjęciu Marek, osadzony w Domu Przejściowym w Olsztynie

Dla Marka pierwsze wejście do Domu Przejściowego było szokiem.
Potrzebował aż dwóch tygodni, żeby ochłonąć, zrozumieć, gdzie się znalazł. Uwierzyć, że ktoś po latach potrafił mu zaufać.

Dziś 57- latek pobyt w Domu Przejściowym w Olsztynie traktuje jak nagrodę. Uczestniczy w programie edukacyjno-korekcyjnym dla sprawców przemocy, uczy się kontrolować emocje. Nazywa je, zamiast zaciskać pięści. Jest w terapii. 
– My mówimy na to miejsce domek, domeczek. Ja kiedyś na taki dom nie zasługiwałem. Nosiło mnie, szybko się odpalałem. Przez to zaliczyłem prawie wszystkie więzienia w Polsce, lądowałem nawet w izolatkach. Straciłem piętnaście lat życia – Marek zawiesza głos, patrzy w podłogę. – Ale tutaj mnie nauczyli, że nie trzeba załatwiać spraw siłą czy agresją, że można te złe emocje wypowiedzieć. I przede wszystkim – urodził się Jaś. Chciałem, żeby miał inne życie, niż ja.

Jak w soczewce

W Domu Przejściowym w Olsztynie osadzeni chcą się uczyć, pracować i zdobywać nowe kwalifikacje. Jeden robi kurs prawa jazdy, inny szkoli się na spawacza. Za naukę płacą z własnych pieniędzy.
Uczestnicy kursów organizowanych poza więzieniem często nawet nie wiedzą, że uczą się razem z osobami odbywającymi karę pozbawienia wolności. Podobnie jest w miejscach pracy. Dla współpracowników są po prostu nowymi kolegami – rzetelnymi, punktualnymi i niczym niewyróżniającymi się spośród innych.
Ta niewiedza otoczenia staje się dla osadzonych swoistą tarczą. Przez kilka godzin dziennie mogą zdjąć z siebie ciężar przeszłości. W pracy nikt nie patrzy na nich przez pryzmat wyroku, nie rozlicza z tego, co zrobili. Znaczenie ma wyłącznie sposób, w jaki wykonują swoje obowiązki. Dla wielu z nich jest to pierwszy od dawna kontakt z normalnością – doświadczenie bycia ocenianym nie za to, kim byli, lecz za to, kim są i jak funkcjonują tu i teraz.
O tym, że praca i edukacja działają na skazanych najlepiej, wiedzą także w zamkniętych zakładach karnych. Mjr Socha podkreśla, że w zakładach typu zamkniętego kładzie się dziś ogromny nacisk na przygotowanie osadzonych do powrotu na rynek pracy.
– W każdym okręgu działają Centra Kształcenia Ustawicznego dla skazanych, które współpracują z urzędami pracy i dostosowują kursy do wymogów rynku – zaznacza. – Przykładowo w Iławie osadzeni szkolą się z informatyki i grafiki komputerowej, a w okręgu lubelskim, dzięki współpracy z KUL-em, mają nawet możliwość studiowania.
Major Socha jest związana ze Służbą Więzienną od dwudziestu lat i nie ukrywa, że realia dzisiejszej formacji znacząco różnią się od tych, które pamięta z początku swojej kariery. Jednym z motorów tej zmiany jest wymiana pokoleniowa. Do Służby Więziennej trafiają dziś młodzi funkcjonariusze wychowani w zupełnie innych realiach społecznych, co wpływa również na sposób budowania relacji z osadzonymi.
– Więzienie to mały świat, który nigdy nie będzie całkowicie odizolowany od tego, co dzieje się na zewnątrz – podsumowuje mjr Socha. – Bardzo szybko widać u nas, co w relacjach międzyludzkich działa, co ludzi dzieli, a co sprzyja budowaniu więzi. Ponieważ niektórzy spędzają tutaj znaczną część swojego życia, musimy po prostu bardzo dobrze znać się na ludziach.

Tu nie ma cel, są zwykłe pokoje

"Tu jest inaczej" – słyszę od wszystkich rozmówców w Domu Przejściowym. I wiem, że osadzeni nie mają na myśli wyłącznie braku krat.
– Kluczem są relacje, szacunek i dwie zasady: ochrona dynamiczna oraz zasada normalności – wymienia kierowniczka Domu Przejściowego. – Budujemy relację i zaufanie, żeby osadzony mógł się otworzyć. Dzięki temu szybciej dostrzegamy sygnały, że dzieje się coś niepokojącego. Zdarza się też, że reagują sami osadzeni i informują nas, że z którymś z kolegów dzieje się coś złego.
Dom Przejściowy w Olsztynie ma – jak podkreśla kadra – przywracać osadzonym sprawczość i przygotowywać ich do samodzielnego życia na wolności.
Uczą się świata od nowa, czasem od podstaw. Niektórzy trafili za kraty jeszcze przed erą smartfonów. Kadra pokazuje im, jak kupić bilet w aplikacji czy zapłacić za parking. Bywa też odwrotnie – jeden z osadzonych na przepustce pobrał aplikację do strojenia gitary i uczył jej obsługi kierowniczkę.
Mł. chor. Wioletta Górzyńska przynosi obraz wspólnie namalowany przez osadzonych z okazji 100. rocznicy urodzin Andrzeja Wajdy. Sztuka staje się jednym ze sposobów oswajania emocji.

Obraz namalowany przez osadzonych

Jednak nie każda rzecz to efekt zespołowej pracy.
– W polskiej mentalności penitencjarnej zakorzeniło się przekonanie, że wszystko trzeba robić wspólnie, w ramach zajęć grupowych. My ten przymus zdejmujemy – wyjaśnia kpt. Jachacy-Majewska. – Szanujemy to, że nie wszyscy dobrze funkcjonują w tłumie. Dlatego tworzymy mniejsze grupy warsztatowe. Oddajemy im przestrzeń do samodzielności.
Mieszkańcy osiedla początkowo nie chcieli więźniów za sąsiadów. Protestowali. Podnosili bunt. Bo jak to – jacyś przestępcy mieli im zaglądać w okna? Z czasem napięcie opadło. Osadzeni upiekli dla nich ciasta na przełamanie lodów, w odpowiedzi otrzymali sadzonki kwiatów.
Dziś rozmawiają przez płot. Sąsiedzi zaglądają do ogrodu i pytają: "A jak pan to pielęgnuje?". I nikt się na osadzonych nie skarży.

Na łasce systemu

Bliskość wolności, nawet jeśli nie oznacza jeszcze jej pełni, potrafi przynosić ukojenie, ale też rodzić paraliżujące napięcie.
Wie to Dawid, wysoki, wytatuowany brunet z brodą. Na pierwszy rzut oka sprawia wrażenie twardziela. Ale nerwowo pociera dłonie. Denerwuje się.
– Teraz mamy świetne warunki, ale to nadal jest więzienie. Rodzina jest tam, a ja tu. To są dwa światy – irytuje się.
Izolacja jest jak patrzenie przez szybę na życie, które toczy się bez ciebie. W zamkniętym zakładzie karnym w Iławie Dawid miał jeden cel: nie oszaleć.
Poszedł w sport. Ćwiczył do odcięcia, byle tylko zagłuszyć natłok myśli. Treningi nadal trzymają go w pionie.
Dopiero tutaj, w Domu Przejściowym – po dwóch latach spędzonych w iławskim więzieniu – po raz pierwszy znowu widzi lodówkę. Dziś wisi na niej kartka z hiszpańskimi słówkami. Współosadzony uczy go języka. Zaprzyjaźnili się.
O Dom Przejściowy walczył tylko z tego jednego powodu. Dla przepustek. Łóżko i ściany go nie interesują. Mówi, że człowiek przyzwyczai się do wszystkiego, choć od razu podkreśla: "w polskich więzieniach wciąż zalatuje komuną". Gdy korzystał w toalety, strażnik mógł wejść w każdej chwili. Przyzwyczaił się do odarcia z intymności. Do utraty godności. Do jednej, najwyżej dwóch rozmów telefonicznych dziennie. Do przypadkowych współosadzonych, z którymi przyszło mu dzielić celę.
– W Iławie siedziałem w jednej celi z "dożywotką" (w więziennym slangu: osobą skazaną na dożywocie – przyp. red.). Dzień i noc razem. Na wolności brutalnie polował na kobiety, zgarniał je prosto z ulicy. Siedzimy kiedyś w celi, oglądamy telewizję. Leciał jakiś zwykły program. Kamera pokazuje budynek, w tle przechodzi przypadkowa kobieta. I nagle on dostaje amoku. Zaczyna się tym chorobliwie ekscytować. Ten człowiek powinien być w szpitalu psychiatrycznym, a nie w więzieniu – opowiada.

Na zdjęciu Dawid

Dawida nosi. Rozrywa od środka. Chciałby biec, działać, natychmiast wsiąść w pociąg do Płocka. Być ojcem na pełen etat, a nie tylko na weekendowych przepustkach. Jest głodny domu.
– Jak najszybciej do nich wrócić. Już odpokutowałem – zapewnia 40-latek.
Mł. chor. Monika Sołtysiak, psycholożka Aresztu Śledczego w Olsztynie: – Jeden z osadzonych powiedział wprost: "Największą krzywdę zrobiłem rodzinie, nie sobie". Bo za kraty nigdy nie trafia sam skazany. Trafia tam cała jego rzeczywistość: matka, ojciec, żona, dzieci. Rodzina to system. Jeśli jedno ogniwo pęka, cała konstrukcja się wali. Dla małego dziecka brak ojca to emocjonalne tąpnięcie. Nie ma znaczenia, czy ten tata był idealny, czy nie. Jego nieobecność formatuje rozwój dzieciaka na zawsze.
U Dawida nic nie idzie po jego myśli. Wszystko się przeciąga.
– Przesunięto sprawę o kolejne trzy miesiące. Skąd mam wiedzieć, że znowu coś nie wypadnie? To potwornie zniechęca – nie kryje rozczarowania.
Podkreśla, że wyrok kończy mu się w kwietniu. Stara się o wcześniejsze wyjście. Czeka na wokandę.
Powtarza, że zrozumiał błędy i "naprawił się". Nie jest groźnym przestępcą. Bardzo chce już wyjść na wolność.
– W tym systemie obietnice niewiele znaczą. Jesteśmy całkowicie na jego łasce – dodaje.
Dawid ani razu nie nazywa rzeczy po imieniu. Z jego ust nie padają słowa: przestępstwo, wina, paragraf. Mówi o "błędzie". O "potknięciu", młodości i głupocie. I o zemście.
– Dostałem wyrok z najwyższej półki. Wszystko, co tylko można było dostać za przekroczenie uprawnień i usiłowanie włamania – wylicza Dawid. – Sprawy były skomplikowane. Dlaczego to się stało? Szukałem przyjaźni tam, gdzie nie powinienem. I tyle. Ktoś mnie wykorzystał. Byłem młody i głupi. Tamto potknięcie nie było podyktowane chęcią zysku. Właśnie dlatego jest mi dzisiaj tak potwornie wstyd. Zapłaciłem ogromną cenę.
Tylko nam wyznaje, kim był i gdzie pracował.
– Nie może pani o tym napisać – zastrzega.
W powszechnym odbiorze nie ma miejsca na niuanse. Liczą się tylko wina i paragraf.
To podejście widać zresztą w systemowych liczbach. Polskie społeczeństwo oczekuje surowego izolowania przestępców. Według najnowszych danych Eurostatu Polska należy do państw o najwyższym wskaźniku uwięzienia w Unii Europejskiej. Na 100 tys. mieszkańców przypada 191 osadzonych, podczas gdy średnia unijna wynosi 113. Wyższy wskaźnik notują jedynie Węgry. Na przeciwnym biegunie znajdują się m.in. Finlandia, Holandia, Niemcy i Dania.
I choć na tle Europy wciąż wypadamy wyjątkowo rygorystycznie, to krajowe statystyki pokazują powolną zmianę trendu: ogólna liczba więźniów w Polsce systematycznie maleje. Jeszcze dwa lata temu w krajowych jednostkach penitencjarnych przebywało 72 242 osadzonych, podczas gdy obecnie liczba ta oscyluje wokół 70 tysięcy.

Mam w sobie pokorę

Artur to niewysoki, szpakowaty mężczyzna. W pokoju: stolik, dwa łóżka, miski z owocami. Na parapecie podręcznik do nauki języka angielskiego. Jedynie plastikowe naczynia i sztućce zdradzają, że to wciąż zakład karny.
W więzieniu spędził dwa i pół roku, potem, tak jak Marek i Dawid, przeszedł na „ozetkę” i na końcu trafił tutaj.
– Nikt nie wierzy, że mieszkamy w takich warunkach. To bardziej przypomina dom na osiedlu albo pensjonat niż więzienie – kręci głową, jakby sam nie dowierzał.
Jest inżynierem i stale podnosi kwalifikacje. W ciągu czterech miesięcy pobytu w Domu Przejściowym ukończył kilka kursów, odnowił uprawnienia SEP i zdał egzaminy UDT. Współtworzy kwartalnik "Half House". Jest mężem, ojcem i zapalonym biegaczem.
Ale jest też jednym z bohaterów głośnej afery z końca lat 90., znanej jako "automafia na Bemowie". Dotyczyła ona procederu legalizacji kradzionych luksusowych samochodów dla grupy pruszkowskiej przez urzędników Wydziału Komunikacji.

Na zdjęciu Artur

Artur został skazany na cztery lata bezwzględnego więzienia za korupcję. Wykonanie kary przez lata odraczano z powodu przewlekłej choroby, jednak po poprawie stanu zdrowia sprawa wróciła. Kropką nad "i" było wejście w życie zaostrzonych przepisów o przedawnieniu przygotowanych przez Zbigniewa Ziobrę.
Dziś Artur przyznaje, że ten niewykonany wyrok był przez lata ogromnym obciążeniem.
– To zatruwa całe życie. Pracujesz, układasz sobie codzienność, ale z tyłu głowy cały czas wiesz, że ta sprawa wróci. Myślę, że lepiej byłoby odsiedzieć to od razu. Młody człowiek inaczej to znosi. A ja przez dwadzieścia lat żyłem normalnie: praca, brak konfliktów z prawem, żadnych mandatów. Całkowicie zerwałem z tamtym środowiskiem.
Nie próbuje uchylać się od odpowiedzialności.
– Wiem, że to było złe i niezgodne z prawem. Mam w sobie pokorę, bo nigdy nie powinienem był tak postąpić. Zabrakło mi rozsądku – bije się w pierś.
I nie są to tylko puste deklaracje. Zakład karny uznał jego proces resocjalizacji za zakończony. Opinia wychowawców jest jednoznacznie pozytywna, a więzienie samo składa wniosek o warunkowe przedterminowe zwolnienie.
Mł. chor. Monika Sołtysiak, więzienna psycholożka, zwraca uwagę, że dla osadzonych wyrok często staje się całkowitą tożsamością:
– Kiedy trafiają do gabinetu, są spięci. Mundur działa automatycznie. A ja mówię: "Ja pana nie oceniam jako człowieka". I widzę zdziwienie. Bo oni często utożsamiają się wyłącznie z wyrokiem. A przecież za każdym z nich stoi historia. Wtedy emocje puszczają.
Artur Dom Przejściowy nazywa próbą powrotu do normalności.
– To taki "soft" powrót do społeczeństwa. Chodzi o to, żeby po wyjściu nie przeżyć szoku. W więzieniu człowiek traci instynkt codzienności. Tu uczymy się go odzyskiwać. To jak lądowanie samolotu – najtrudniejszy moment, który trzeba przejść stopniowo.

Destrukcyjna izolacja

Bezpieczne lądowanie w rzeczywistości po wyroku zaczyna się jednak znacznie wcześniej niż na progu domu przejściowego. Zależy od warunków, w jakich skazany spędza miesiące, a często i lata za kratami.
Kluczowym czynnikiem wpływającym na psychikę osadzonych i skuteczność resocjalizacji okazuje się coś tak prozaicznego, jak przestrzeń.
A ta ustawowo jest niewielka – polskie przepisy przewidują minimum 3 m² powierzchni na jednego osadzonego. Jednak, jak precyzuje mjr Magdalena Socha, codzienna praktyka penitencjarna coraz częściej wykracza poza ten minimalny standard. Służba Więzienna stawia dziś na tzw. rozrzedzanie osadzonych, wykorzystując fakt, że w jednostkach przebywa obecnie mniej osób niż w ubiegłych latach.
– Mniejszy tłok oznacza stabilniejszą atmosferę, lepszy klimat i większe możliwości oddziaływań resocjalizacyjnych – wylicza korzyści mjr Socha.

W Domu Przejściowym są skromne, ale przytulne pokoje

Kwaterowanie więźniów to złożone zadanie, wymagające od wychowawców przewidywania dynamiki relacji interpersonalnych. Sama przestrzeń w celi – nawet najlepiej zaprojektowana – jest jednak tylko tłem dla znacznie ważniejszego procesu. Od lat w debacie publicznej powraca pytanie, czy wieloletnia izolacja nie działa na człowieka destrukcyjnie. Krytycy systemu przekonują, że mury więzienne, zamiast naprawiać, oduczają samodzielności i sprawiają, że po wyjściu na wolność byli skazani mają coraz większe trudności z odnalezieniem się w zwyczajnym życiu.
– Czy polskie więzienia pozbawiają skazanych kompetencji społecznych? – z tym pytaniem wracam do mjr Sochy.
– Każdy zakład karny i areszt śledczy realizuje programy resocjalizacyjne oraz readaptacji społecznej osób pozbawionych wolności. Dostosowujemy je, rzecz jasna, zarówno do potrzeb i deficytów samych osadzonych, jak i do realiów współczesnego świata. Oprócz tego prowadzimy również terapie, które stanowią dodatkowe, bardziej pogłębione narzędzie zmiany postaw – wyjaśnia mjr Socha.

Plastikowe sztućce i naczynia przypominają, że to nadal więzienie

Ten nacisk na sferę psychologiczną i indywidualne podejście do człowieka jest widoczny również w domach przejściowych. Swobodniejsze warunki nie sprawiają bowiem, że znikają codzienne problemy, lęki i kryzysy, z którymi mierzą się osadzeni.
– Osadzeni tutaj też przeżywają trudne chwile i kryzysy. Chorują im rodzice, zdarza się, że ktoś bliski umiera. Mają wtedy ogromną potrzebę rozmowy – dokładnie tak samo jak ludzie na wolności. Korzystają z pomocy psychologa – zauważa kpt. Justyna Jachacy-Majewska, kierowniczka Domu Przejściowego przy Areszcie Śledczym w Olsztynie.

Kiedy wyjdą, będą jednymi z nas

Do Domu Przejściowego mogą trafić tylko wybrani osadzeni, po drobiazgowym prześwietleniu przez komisję penitencjarną.
Przez placówkę przewijają się alimenciarze, osoby skazane za narkotyki, za kradzieże, ale też więźniowie kończący wieloletnie wyroki za najcięższe zbrodnie. Warunek jest jeden: muszą być gotowi na powrót. Niedawno wyszedł stąd osadzony, który w zakładzie karnym przesiedział 25 lat. Końcówkę wyroku spędził właśnie tutaj.
System oparty na zaufaniu nie jest jednak wolny od błędów. Pojawiają się też porażki.
– Przez Dom Przejściowy przeszło 66 osadzonych. Wycofaliśmy sześciu – wylicza kierowniczka placówki. – To niewielki odsetek. Nie wszyscy od razu podejmują pracę nad sobą, to naturalne.
Pięciu osadzonych dopuściło się przewinień dyscyplinarnych, które automatycznie wykluczyły ich z dalszego pobytu w placówce. Trafili z powrotem do zakładu półotwartego. Szósty przypadek miał charakter formalny – w trakcie pobytu wpłynął stary, niewykonany wyrok osadzonego, co zmieniło status prawny.
W Domu Przejściowym na Warmii przebywa 21 osadzonych. Najmłodszy ma 22 lata, najstarszy jest po sześćdziesiątce. Rotacja jest duża – skazani trafiają tu na 3 do 18 miesięcy przed końcem kary. Wielu z nich szybko uzyskuje warunkowe przedterminowe zwolnienie albo przechodzi na dozór elektroniczny. Jak dotąd nikt z nich nie wrócił.

Osadzeni mieszkają na zwykłym osiedlu, sąsiadują z mieszkańcami

Marek, Dawid i Artur należą do nielicznych, którzy trafili na ten etap resocjalizacji.
Powrót do przestępstwa od lat pozostaje jednym z największych wyzwań polskiego systemu penitencjarnego. Mimo kolejnych reform i programów resocjalizacyjnych statystyki pokazują, że tradycyjne metody wciąż mają ograniczoną skuteczność. Powód? Samo odbycie kary nie gwarantuje, że skazany poradzi sobie w rzeczywistości, która czeka go po otwarciu więziennej bramy.
Doskonale rozumie to kpt. Justyna Jachacy-Majewska, kierowniczka placówki, która na co dzień obserwuje zmagania więźniów z powrotem do normalności. Jej zdaniem przepustka – choćby najczęstsza – nie leczy z najgłębszej więziennej choroby: zinstytucjonalizowania. Na przepustce skazany wciąż tylko na chwilę opuszcza system, który na co dzień organizuje mu czas, podejmuje za niego decyzje i narzuca sztywne ramy. Dostaje jedynie krótką przerwę od rygoru, po której musi wrócić za kraty.
Zdaniem mojej rozmówczyni, prawdziwa, głęboka zmiana zaczyna się dopiero w Domu Przejściowym.
kpt. Justyna Jachacy-Majewska, kierowniczka Domu Przejściowego w Olsztynie
Tutaj skazany powoli, krok po kroku, wychodzi z narzuconego przez więzienie rytmu, dzięki czemu jego lęk przed wolnością maleje. 
Najtrudniejszy jest pierwszy okres po wyjściu na wolność. Byli osadzeni najczęściej zderzają się z brakiem pracy, mieszkania i społecznym odrzuceniem. Niemal połowa przypadków recydywy przypada na pierwszy rok po opuszczeniu zakładu karnego. To właśnie ten moment w największym stopniu decyduje o tym, czy ktoś wróci do przestępstwa.

Za mało życia zostało

Więzienie izoluje i karze, ale wciąż zbyt rzadko przygotowuje do życia po drugiej stronie muru. Za kratami codzienność jest w pełni zorganizowana – ktoś wyznacza rytm dnia, rozdziela obowiązki i podejmuje decyzje. Po wyjściu na wolność ten porządek znika.
W olsztyńskim Domu Przejściowym scenariusz pisze się jednak inaczej.
Marek odciął się od dawnego środowiska. Gra w szachy, pisze do więziennej gazety, rozwiązuje quizy historyczne. Ze względu na problemy z kręgosłupem nie pracuje, zajmuje się ogrodem. Mówi, że dziś jest innym człowiekiem.
– Zdarza się, że spotykam na wolności człowieka, który był kiedyś w zakładzie karnym. Patrzę mu w oczy i wiem, że on już tam nie wróci. I to jest sukces – mówi z nieskrywaną dumą mł. chor. Monika Sołtysiak, więzienna psycholożka.
Marek prowadzi nas do ogrodu warzywnego za budynkiem. Strażnik otwiera drzwi. Uderza w nas świeże, rześkie powietrze po deszczu.
– Nie boi się pan, że pewnego dnia mimo wszystko się pan "odpali"? – pytam Marka.
– Nie mogę się odpalić. Już mi za mało życia zostało.

Aleksandra Tchórzewska
Maciej Stanik





Autorzy artykułu:

Aleksandra Tchórzewska

Dziennikarka