
– Bardzo często wzywają nas do spraw przypominających kłótnie w przedszkolu. Trzeba przyjść w mundurze, pogrozić palcem jednemu i drugiemu, powiedzieć: "Tak nie wolno". Najgorsi są tak zwani nowobogaccy. Ktoś tam jadł chleb z masłem przez ileś lat, potem wpadło mu parę groszy, kupił sobie mieszkanie na strzeżonym osiedlu i nagle uważa, że mu się wszystko należy. Oczekuje, że całe osiedle ma się ustawić pod tę jedną osobę – opowiada Michał, policjant dzielnicowy z kilkunastoletnim stażem służący w jednym z dużych miast wojewódzkich.
Telefon dzwoni niemal bez przerwy. Michał każdego dnia przyjmuje około trzydziestu zgłoszeń dotyczących osiedlowych sporów, pretensji i sąsiedzkich konfliktów. Większość z nich zaczyna się od absolutnych drobiazgów, które z czasem urastają do rangi sąsiedzkiej wojny.
– Komuś przeszkadza na przykład to, że sąsiad trzyma dwa rowery w wózkowni, a on ma tylko jeden albo nie ma w ogóle – wylicza dzielnicowy. – Ktoś inny postawi rower na klatce. Od razu podnosi się raban, że klatka to nie miejsce na rower. Za chwilę tamten w odwecie wystawi wózek dziecięcy. No i zaczyna się licytacja: "Skoro ja nie mogę trzymać roweru, to ty nie będziesz trzymał wózka". I tak w koło. Zwykła dziecinada.
Na jednym z osiedli w rejonie Michała konflikt eskalował do tego stopnia, że jeden z mieszkańców podrzucał sąsiadowi pod drzwi psie odchody. Nowoczesne osiedle z nowymi blokami.
– Ale od tego się nie zaczyna. Najpierw ktoś na kogoś krzywo spojrzał, ktoś komuś zwrócił uwagę, że za głośno zachowuje się na korytarzu albo drzwiami trzaska. I potem nakręca się spirala nienawiści. Jeden na drugiego dzwoni na policję. Jak to nie daje rezultatu, to tamten złoży oficjalne zawiadomienie, a ten w odwecie przyniesie mu pod drzwi psią kupę. I tak to się napędza – tłumaczy policjant.
Michał przyznaje, że dla policji użeranie się z takimi sprawami bywa potwornie męczące, ale mundurowi mają związane ręce.
– Każdy ma prawo się zażalić, poskarżyć na drugiego. I mimo tego, że to nie przynosi jakichś wielkich rezultatów – bo umówmy się, nikt przecież nie będzie robił badań laboratoryjnych psich odchodów, żeby ustalić jego właściciela – to ludzie i tak się skarżą. Dla każdego jego problem jest w tym momencie najważniejszy. Każdy oczekuje, że policja natychmiast się tym zajmie.
Misie HARIBO i śmiertelne niebezpieczeństwo
Gdy pytam o najbardziej absurdalną interwencję, Michał odpowiada bez chwili namysłu: żelki leżące na skrzynce pocztowej.
– Zwykłe Misie Haribo, które pewnie jakieś dziecko zgubiło albo zostawiło. Lokator zadzwonił śmiertelnie poważny. Twierdził, że te żelki leżą tam, nie wiadomo w jakim celu, że mogą być zatrute, że to może jakiś wąglik albo atak biologiczny. No ręce opadają. Około jedna trzecia zgłoszeń to są rzeczy kompletnie od czapy, wzięte z sufitu.
Dlaczego w takich sytuacjach zgłaszający nie dostaje mandatu za bezpodstawne wezwanie służb?
– Kiedyś było tak, że takiego zgłoszenia dyżurny by w ogóle nie przyjął. Można było facetowi w delikatny, ale dosadny sposób wytłumaczyć, że przesadza i żaden patrol by nie pojechał – tłumaczy policjant. – A teraz, w czasach, gdy ludzie skarżą się absolutnie na wszystko, a już zwłaszcza na policjantów, przyjmuje się każde zgłoszenie. Jedziesz na interwencję i tłumaczysz dorosłemu człowiekowi, że to tylko zgubione słodycze. Ewentualnie mówisz, żeby ktoś, kto utrzymuje tam czystość na klatce, albo zarządca, po prostu to sprzątnął i tyle.
Aby ukarać kogoś za bezpodstawne wezwanie, policja musi wykazać mu premedytację – udowodnić, że dzwoniący celowo i złośliwie chciał wywołać fałszywy alarm.
– A tutaj, jeżeli obywatel staje przed tobą i twierdzi, że on jest autentycznie zaniepokojony i przerażony tymi żelkami, to nie masz podstawy prawnej, żeby go ukarać.
Weź pan te dzieci, bo mam teraz calla
Policjant zauważa, że sąsiedzkie konflikty wyjątkowo często wybuchają na nowych osiedlach i w apartamentowcach. Jak mówi, mieszkańcy mają nowe oczekiwania, kompletnie oderwane od realiów życia we wspólnocie.
– Najgorsi są tak zwani nowobogaccy – mówi bez owijania w bawełnę Michał. – Ktoś tam jadł chleb z masłem przez ileś lat, nagle wpadło mu parę groszy, kupił sobie mieszkanie na strzeżonym osiedlu i nagle uważa, że mu się wszystko należy. Oczekuje, że całe osiedle ma się ustawić pod tę jedną osobę.
Jako przykład podaje niedawną interwencję w sprawie biegających po mieszkaniu dzieci.
– Zgłaszająca twierdziła, że ona pracuje zdalnie i żąda absolutnej ciszy. A nad nią po mieszkaniu chodzą dzieci trzy i pięć lat. Maluchy nie demolowały mieszkania, nie rzucały meblami – po prostu zwyczajnie bawiły się i przemieszczały po pokojach.
– Tłumaczę jej spokojnie, że trzeba mieć świadomość tego, że mieszka się w bloku wielorodzinnym. To nie jest dom jednorodzinny w głębi lasu, gdzie ptaszki ćwierkają i nie ma żadnych innych odgłosów. W bloku ktoś spuści wodę, ktoś się kąpie, a u góry biegają dzieci. Przecież ta matka nie przypnie dzieciaka do kaloryfera, żeby sąsiadka miała komfort.
Tego typu sytuacje są dla policji patowe.
– Co my możemy zrobić? Z miernikiem hałasu nie będziemy przecież biegać po mieszkaniach. Rozmawiasz z jedną stroną, rozmawiasz z drugą... Od takich tematów jest Kodeks cywilny i droga powództwa prywatnego. Ale niektórzy ludzie są tak zaparci, że od razu wyskakują do nas z paragrafami, najczęściej krzycząc o artykule 51 Kodeksu wykroczeń, czyli o zakłócaniu spokoju.
Boczkiem sobie pani przejdzie
Sąsiedzkie konflikty na dobre przeniosły się do internetu. Osiedlowe grupy na Facebooku, zamiast integrować mieszkańców, coraz częściej przypominają wirtualny ring i tablicę ogłoszeń dla lokalnych donosicieli. Tam nikt nikomu nie odpuszcza – sąsiedzi robią sobie zdjęcia z ukrycia, nagrywają filmy i urządzają publiczne "polowania na czarownice".
W tych sąsiedzkich kłótniach mieszkańcy zdradzają, o co kłócą się najczęściej – źle zaparkowane auto, worek ze śmieciami wystawiony na chwilę na korytarz czy pies, który zaszczekał o ton za głośno, błyskawicznie trafiają pod internetowy pręgierz.
Tak było choćby w przypadku "mokrego psa Edyty" – sprawy, która nie skończyła się policyjną interwencją, ale w błyskawicznym tempie stała się tematem numer jeden na osiedlowej grupie na Facebooku. – To było jakieś trzy lata temu – wspomina Edyta. – Wracałam z Hugo z długiego spaceru, wybiegał się strasznie. Po drodze złapała nas ulewa. Wsiedliśmy do windy: ja w kaloszach, on przemoczony do suchej nitki. Wiadomo, mokra sierść ma swój specyficzny zapach. Otrzepał się, zostawił ślady łap. Weszłam do domu i od razu zaczęłam się ogarniać. Byłam zmarznięta, dopiero co skończyłam antybiotyk, więc chciałam się po prostu wysuszyć i nie rozchorować.
Zaparzyła herbatę, założyła grube skarpety i usiadła w fotelu. Chwilę później telefon zawibrował.
– Patrzę, a tam post na osiedlowej grupie, że na klatce "śmierdzi psem", wszędzie są mokre ślady, a właściciele są bezmyślni. Napisała to sąsiadka, która normalnie zawsze się uśmiechała i zagadywała Hugo. Wtedy nie było jeszcze anonimowych postów, więc widziałam jej imię i nazwisko. Byłam w szoku. Do dziś nie rozumiem, dlaczego po prostu nie zapukała do drzwi i nie poprosiła, żebym zeszła wytrzeć podłogę, tylko od razu wrzuciła to na Facebooka.
Mieszkanie Anny na trzecim piętrze nowoczesnego apartamentowca miało być spełnieniem marzeń.
– Nie jestem "osiedlowym szeryfem" – zastrzega na wstępie. – Lubię dzieci, sama mam chrześniaka. Ale za każdym razem, gdy wychodzę z mieszkania, czuję ucisk w żołądku. Pod drzwiami jednych sąsiadów jest wózek, obok stoją dwie hulajnogi i rowerek biegowy. Inni zrobili sobie z kolei na korytarzu prawie salon obuwniczy.
Anna nie widzi w tym bałaganu tylko tor przeszkód i niebezpieczeństwo. Bo jak uciekać, kiedy na przykład wybuchnie pożar? Próbowała o tym rozmawiać. Usłyszała, że tylko to jej przeszkadza, że przecież "da się przejść boczkiem". Na osiedlowej grupie FB widziała komentarze, "o takich, którym przeszkadza widok wózka". Wzięła to do siebie.
Wracam do policjanta Michała. Czy lokalne kłótnie z osiedlowych grupek na Facebooku wylewają się do realu?
– Na tych grupkach ludzie bez przerwy wymieniają się złośliwościami i wylewają żale, ale komuś zawsze jest mało i próbuje uderzyć dalej. Zazwyczaj to się wylewa z tych grupek w świat, a jak pójdzie w internet, to zawsze znajdzie się ktoś, kto przyjdzie do nas i uprzejmie doniesie. Bo sąsiad napisał to czy tamto, on się czuje pokrzywdzony i ląduje u nas. I albo chce składać zawiadomienie, że ktoś go pomówił, albo po prostu szuka haków na sąsiada, żeby mu dopiec.
Dzielnicowy opisuje mechanizm sąsiedzkiej zemsty, który na nowych osiedlach jest już niemal standardem:
– Przyjeżdżam na zgłoszenie i widzę, że facet stoi na zakazie, więc tłumaczę mu kulturalnie, bez żadnego mandatu czy sankcji, że tu nie wolno i trzeba przestawić auto. I co się dzieje? W tym człowieku od razu rodzi się taka złość i chęć rewanżu, że na drugi dzień sam tam nie zaparkuje, ale od rana stoi w oknie i pilnuje sąsiada. Jak tylko tamten tam stanie, gość natychmiast łapie za telefon i dzwoni na policję. Chodzi wyłącznie o to, żeby sąsiada dojechać. Skoro on dostał upomnienie, to sąsiad też ma mieć pod górkę. I koniec, nie ma zmiłuj.
Dalsza część tekstu poniżej
Zobacz także
"Płacę na pana podatki!"
Mój rozmówca nie ma wątpliwości: im bardziej luksusowe osiedle, tym większe poczucie roszczeniowości. Mieszkańcy straszą prawnikami, powołują się na znajomości i oczekują, że wszystko zostanie załatwione natychmiast.
– Dzwoni gość, bo na osiedlu nie podoba mu się jakiś znak drogowy. Mówię mu spokojnie, że jeśli uważa znak za błędny lub zniszczony, to powinien napisać pismo do zarządcy terenu z prośbą o wymianę lub zmianę organizacji ruchu. A on mi na to bezczelnie odpowiada, że ja mam to zrobić, bo on "płaci na mnie podatki". Podejście typu "mi się należy i koniec" to już na niektórych nowoczesnych osiedlach smutny standard.
Użeranie się z dorosłymi ludźmi, którzy zachowują się jak dzieci w piaskownicy, to dla dzielnicowych codzienność. Najgorsza w tym wszystkim jest jednak biurokracja i świadomość, że policja marnuje czas na sprawy, które powinny kończyć się na zwykłej, ludzkiej rozmowie.
– Przychodzisz na taką interwencję i od progu doskonale wiesz, że to nie jest temat dla policji. Ale musisz wejść, wysłuchać jednej strony, potem wysłuchać drugiej, pogłaskać jednych, pogłaskać drugich, a na koniec sporządzić z tego wszystkiego odpowiedni kwit.
Michał
policjant dzielnicowy
Katalog spraw, które potrafią rozpętać osiedlowe piekło, jest praktycznie nieograniczony. Korytarze, klatki schodowe i balkony to najgorętsze punkty zapalne.
Wystarczy zresztą zajrzeć na fora rodzicielskie, by zobaczyć, jak rozkręca się sąsiedzka awantura o zabawę dzieci – "zamiast w bloku idźcie mieszkać na wsi" – to dziś najczęstszy scenariusz w nowych apartamentowcach.
– Ktoś kocha zwierzęta i dokarmia gołębie. Sypie na parapet ziarenka. Drugi sąsiad momentalnie dostaje szału i dzwoni na policję, bo on sobie nie życzy ptaków, bo mu gruchają albo brudzą na balkonie.
Wiele osób w ogóle nie wie już, jak dogadać się z sąsiadami – problemy związane z mieszkaniem w bloku urastają więc do rangi nierozwiązywalnych dramatów.
Zdaniem dzielnicowego, problem tkwi głęboko w mentalności współczesnego społeczeństwa. Ludzie zamknęli się w swoich nowoczesnych, ogrodzonych płotem mieszkaniach i całkowicie zatracili zdolność do podstawowej komunikacji.
– Ludzie dzisiaj w ogóle nie próbują ze sobą rozmawiać i szukać porozumienia – podsumowuje smutno policjant. – Panuje wygodnickie podejście: łatwiej jest wykręcić numer na policję i liczyć, że załatwimy problem za nich. Musi pojawić się facet w mundurze i pokazać palcem, co wolno, a czego nie.
*imię policjanta na jego prośbę zostało zmienione
