
Polacy są wściekli na proponowane dopłaty dla artystów. I mają prawo być wściekli na państwo, które od lat zostawia zwykłych ludzi samych sobie. Ale kompletnie się pogubiliśmy, jeśli naprawdę zaczęliśmy wierzyć, że kultura jest zbędnym luksusem, a artyści darmozjadami. Państwo, które przestaje chronić własną kulturę, prędzej czy później zaczyna żyć cudzą.
"Darmozjady". "Niech idą do normalnej pracy". "Ja zap***alam na etacie, a mam utrzymywać artystów?".
Internet eksplodował po informacji o projekcie dopłat do składek dla artystów. Wcale mnie ta reakcja nie dziwi, bo ludzie są zmęczeni i wściekli. Coraz więcej osób pracuje na śmieciówkach, żyje od wypłaty do wypłaty, o macierzyńskim czy godnej emeryturze może co najwyżej pomarzyć, a na realną pomoc państwa zwyczajnie nie ma co liczyć. Nic dziwnego, że kiedy nagle pojawia się projekt wsparcia dla konkretnej grupy zawodowej, wielu odbiera to jak policzek.
Ale w tej całej internetowej jatce wydarzyło się coś znacznie groźniejszego niż kolejna polityczna awantura. Polacy zaczęli mówić o kulturze tak, jakby była kompletnie zbędnym dodatkiem do życia. Jakby sztuka była fanaberią dla elit, głupim hobby i zachcianką leniuchów, którym nie chce się pójść do "normalnej pracy". Artysta stał się w tej narracji synonimem bogatego celebryty, który raz na pół roku wrzuca zdjęcie z Malediwów i "bawi się" w influencerkę.
Tylko że większość artystów w Polsce nie ma nic wspólnego z tym obrazkiem i właśnie o tym kompletnie zapomnieliśmy – tak samo jak o tym, jak ważna dla naszej polskiej tożsamości jest kultura.
"Niech idą do normalnej pracy"? Problem w tym, że już pracują. I wcale nie chodzi o gwiazdy i celebrytów
Dopłaty dla artystów – jeśli wejdą w życie – nie będą dotyczyć gwiazd kina czy muzyki. Projekt ustawy o zabezpieczeniu socjalnym osób wykonujących zawód artystyczny nie jest o Sanah, Macie czy Remigiuszu Mrozie, bądźmy poważni.
Gwiazdy stanowią zaledwie margines całego środowiska. Większość ludzi kultury żyje bardzo daleko od luksusu, który internet tak chętnie im przypisuje. Podobnie było podczas strajku aktorów w Hollywood, kiedy ludzie burzyli się, że bogacze domagają się podwyżek. Tymczasem największe gwiazdy stanowią mniej niż 0,1 proc. wszystkich aktorów w USA.
I podobnie jest w Polsce. Według danych przywoływanych przez Ministerstwo Kultury około 69 proc. artystów osiąga dochody poniżej średniej krajowej, a 30 proc. poniżej płacy minimalnej. Tylko niewielki odsetek pracuje na etacie. Reszta funkcjonuje w wiecznej prowizorce: umowy o dzieło, zlecenia, projekty, sezonowość, brak stabilności, brak chorobowego, brak urlopu, często także brak ubezpieczenia zdrowotnego. Ponad 10 proc. nie ma żadnego zabezpieczenia społecznego. No i głodowe emerytury.
To im chce pomóc rząd – a przynajmniej tak deklaruje. Dopłaty do składek społecznych i zdrowotnych nie trafiałyby bezpośrednio do artystów, lecz do ZUS-u jako uzupełnienie składek do poziomu minimalnego wynagrodzenia. Wsparcie miałoby objąć osoby, których średni roczny dochód z ostatnich trzech lat nie przekroczył 125 proc. rocznej wartości minimalnego wynagrodzenia. W polskich realiach oznacza to próg na poziomie około 68 tys. zł brutto rocznie, czyli średnio mniej niż 6 tys. zł brutto miesięcznie.
Tak, nie oszukujmy się, skorzystają na tym również bardziej znani twórcy, których obserwujecie na Instagramie. Tyle że internet zachowuje się dziś tak, jakby projekt był pisany wyłącznie pod celebrytów ze ścianek.
Polacy zachowują się dziś tak, jakby kultura brała się znikąd. Jakby filmy, seriale, muzyka, książki, teatr czy festiwale pojawiały się magicznie. Tymczasem jesteśmy pierwsi do kupowania biletów na koncerty, binge'owania rodzimego serialu, chodzenia na warsztaty z szydełkowania w domu kultury, pozowania do portretów na sopockim Monciaku i zachwycania się polską, lokalną kulturą, bo "polskość taka piękna".
Ale gdy przychodzi rozmowa o warunkach życia ludzi, którzy tę kulturę tworzą, a którą sami tak chętnie konsumujemy, nagle mówimy: "niech darmozjady zmienią pracę". Niesamowicie krótkowzroczne.
Ale zanim mnie ofukacie, poczekajcie.
Kultura to nie fanaberia. To kwestia bezpieczeństwa państwa
Państwo wspiera kulturę nie dlatego, że artyści są "lepsi" od innych ludzi. Państwo robi to dlatego, że kultura jest jednym z najważniejszych narzędzi budowania wspólnoty, języka i tożsamości oraz fundamentalnym elementem bezpieczeństwa państwa – tak samo jak edukacja czy nauka. Kraj bez własnej kultury bardzo szybko staje się wyłącznie odbiorcą cudzej.
I to już dzieje się na naszych oczach. Żyjemy w czasach globalnej homogenizacji kultury. Wszystko wygląda podobnie, brzmi podobnie i opowiada te same historie. Największe platformy streamingowe, globalne korporacje i zachodnia popkultura produkują jeden dominujący model wyobraźni.
W takim świecie lokalna kultura bez wsparcia po prostu przegrywa z gigantami rynku – nie dlatego, że jest gorsza, ale dlatego, że nie ma szans konkurować z gigantycznymi budżetami, algorytmami i maszynkami do produkcji contentu.
To nie przypadek, że coraz więcej państw traktuje kulturę jak strategiczną inwestycję. Korea Południowa doskonale rozumiała, po co inwestować w rodzimą muzykę, kino i seriale. Dziś eksportuje własną kulturę na cały świat. Tymczasem w Polsce część ludzi zachowuje się tak, jakby kultura była zbędnym luksusem, który można zostawić "wolnemu rynkowi".
Nie, nie można. Wolny rynek zabija sztukę, która nie jest natychmiast opłacalna. A ogromna część najważniejszej kultury nigdy nie była tworzona z myślą o maksymalizacji zysku.
Może największym sukcesem późnego kapitalizmu jest właśnie to, że wmówiono nam, żę kultura nie jest pracą. Artysta ma "robić z pasji", twórczość ma być romantycznym hobby, a jeśli nie potrafisz się sprzedać, to znaczy, że jesteś nieudacznikiem. Wielu ludzi naprawdę uwierzyło, że artysta bez stabilności socjalnej to coś normalnego, a prekariat w kulturze jest naturalnym stanem rzeczy. Tymczasem to nie jest żadna romantyczna wolność. To często zwykła bieda ubrana w estetyczne hasła, a wizja "głodującego artysty" w klitce na poddaszu dawno przestała być romantyczna. To nie XIX wiek.
Ludzie nie są wściekli na artystów. Są wściekli na system
Z ofukiwaniem poczekajcie, bo dochodzimy do rzeczy najważniejszej: krytyka ustawy o artystach nie bierze się z nienawiści do kultury i nie oznacza, że jesteśmy głupi albo niekulturalni. Bierze się z tego, że od lat nie ufamy państwu i stanowczo mamy ku temu powody.
Problemem nie jest sama idea zabezpieczenia socjalnego dla artystów. Problemem jest to, że państwo od lat mówi zwykłym ludziom, że "nie ma pieniędzy", a potem nagle znajduje środki na kolejne komisje, rady i eksperckie gremia. Projekt budzi wątpliwości właśnie dlatego, że pojawia się ogromna biurokratyczna machina, 155-osobowa komisja opiniująca i pytania o przejrzystość całego systemu.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
To są zasadne obawy. Jeśli Polka pracująca za minimalną krajową słyszy, że ma finansować system, którego zasad do końca nie rozumie, ma pełne prawo być sfrustrowana. Państwo przez lata zostawiało ludzi samych sobie: pracowników budżetówki, osoby na śmieciówkach, młodych bez zdolności kredytowej, ludzi pracujących na dwa etaty. Dlatego dziś każda grupa, która dostaje wsparcie, automatycznie staje się celem społecznego gniewu.
Rząd nie powinien się dziwić tej frustracji. Nie da się budować solidarności wokół artystów, jeśli reszta społeczeństwa sama ledwo zipie. Prawdziwy problem nie brzmi dziś: "dlaczego, gabinecie Donalda Tuska, pomagasz artystom", ale: "dlaczego w Polsce niemal każda grupa zawodowa musi osobno walczyć o przetrwanie".
Tutaj leży największy problem tej ustawy. Nie w samych dopłatach dla artystów, ale w systemie, w którym niemal wszyscy czują się porzuceni. Nauczyciele, pielęgniarki, młodzi pracownicy na śmieciówkach, ludzie pracujący po godzinach, żeby spłacić kredyt – wszyscy mają poczucie, że państwo nie daje im żadnego bezpieczeństwa.
W takim kraju każda dopłata i każda ulga zaczyna wyglądać jak przywilej zabrany innym. Każda grupa zaczyna patrzeć na drugą jak na konkurencję do coraz bardziej mizernych zasobów. I trudno się temu dziwić. Może dlatego burza wokół projektu rządu jest tak ogromna? Może ludzie wcale nie są wściekli na artystów, ale na państwo, które od lat każe wszystkim walczyć między sobą o resztki bezpieczeństwa i godności.
Tyle że jeśli naprawdę zaczniemy traktować kulturę jak zbędny luksus i uznamy, że artysta jest pasożytem, obudzimy się w kraju, który nie tworzy już własnych opowieści, tylko konsumuje cudze. A państwo, które przestaje inwestować we własną kulturę, prędzej czy później przestaje mieć własny głos.
Pomoc dla artystów? Tak. Problem polega na tym, że w Polsce coraz więcej ludzi ma poczucie, że sami potrzebują jej równie desperacko.
