Generał Stanisław Koziej o III wojnie światowej
Czy grozi nam III wojna światowa? Gen. Koziej odpowiada. Fot. KPRP; naTemat.pl

Rosja od ponad czterech lat prowadzi pełnoskalową wojnę w Ukrainie i coraz śmielej grozi użyciem broni atomowej. USA i Chiny na Pacyfiku wkrótce mogą zetrzeć się o dominację nad światem. Czy zatem żyjemy w czasach, które mogą przerodzić się w III wojnę światową? W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" odpowiada gen. Stanisław Koziej – były szef BBN i jeden z najbardziej doświadczonych polskich ekspertów w dziedzinie strategii i obronności.

REKLAMA

Słowo "wojna" przez wiele dekad po 1945 roku było czymś odległym – tematem podręczników i filmów, nie codziennych rozmów. Europejczycy żyli w przekonaniu, że wielkie konflikty zbrojne należą już do historii. Wynegocjowane sojusze, wspólne organizacje i wzajemne zależności gospodarcze miały skutecznie zabezpieczaać świat przed powtórką najgorszego. Z czasem to przekonanie zaczęło powoli kruszeć, aż praktycznie rozpadło się 24 lutego 2022 roku, gdy Rosja zaatakowała Ukrainę.

Od tamtej chwili minęły ponad cztery lata. Przez ten czas front się ustabilizował, a potem znów ruszył. Rosja nie odniosła błyskawicznego zwycięstwa, na które liczyła, ale też wciąż nie poniosła klęski, która zmusiłaby ją do rozmów. Zamiast tego weszła w tryb długiej wojny na wyniszczenie i coraz częściej daje sygnały, że jest gotowa przekroczyć kolejną granicę.

Tymczasem po drugiej stronie globu silne jest inne napięcie. Stany Zjednoczone i Chiny – dwa największe mocarstwa świata – toczą rywalizację o wpływy na Pacyfiku, o technologie i surowce, a także o to, kto będzie wyznaczał reguły gry w nadchodzących dekadach. Świat, który znaliśmy – oparty na jednym hegemonie i względnie przewidywalnych zasadach – przestał istnieć.

Czy więc scenariusz, który jeszcze niedawno wydawał się niemożliwy, stał się realny? Czy naprawdę naszemu pokoleniu grozi III wojna światowa?

W rozmowie z cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat" do tych wszystkich wątków odnosi się gen. bryg. w st. sp. Stanisław Koziej – profesor nauk o wojskowości, były szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego w latach 2010–2015 i jeden z najbardziej cenionych polskich znawców strategii bezpieczeństwa.

Czy grozi nam III wojna światowa?

Niestety, chyba jednak tak – przyszło nam żyć w takich czasach. Mamy dziś do czynienia co najmniej z II zimną wojną, jak ją nazywam. I wielu innych ekspertów definiuje obecną sytuację podobnie. To II zimna wojna, która ma dwa fronty. Jeden europejski – w kontekście relacji Rosja–Zachód, zwłaszcza Rosja–Europa, ale też Rosja–Stany Zjednoczone. Drugie ognisko to Pacyfik, gdzie toczy się rywalizacja USA z Chinami. W związku z tym istnieje ryzyko, że któraś z tych konfrontacji wyrwie się spod zimnowojennej dyscypliny i przerodzi w wojnę gorącą.

Stanisław Koziej

gen. broni w stanie spoczynku, były szef BBN

Jakub Noch: Które z tych ognisk ma większy potencjał, by czarny scenariusz się ziścił? Gen. Stanisław Koziej: Myślę, że paradoksalnie to nasze, europejskie. Rywalizacja USA–Chiny ma jednak mniejszy potencjał, bo to dwa największe mocarstwa światowe: Stany Zjednoczone jako dotychczasowy hegemon i Chiny aspirujące do tej roli. Ich starcie jest bardziej przewidywalne, choćby dlatego, że jego konsekwencje byłyby dużo większe dla obu stron. Natomiast ognisko euroazjatyckie – bo może tak precyzyjnie je określić – jest inne. Jedną ze stron jest tu Rosja, która jest dziś mocarstwem dużo mniej przewidywalnym niż Stany Zjednoczone czy Chiny. Mniej przewidywalnym dlatego, że wpadło w ogromne tarapaty przez agresję na Ukrainę. Skoro Rosji jako mocarstwu nuklearnemu nie wiedzie się w tej wojnie i od wielu, wielu miesięcy nie odnosi na froncie żadnych sukcesów, może próbować sięgnąć po swój najsilniejszy argument. Rosja ma bardzo niebezpieczną doktrynę dotyczącą użycia taktycznej broni atomowej – tak zwaną doktrynę "deeskalacji nuklearnej". Mówi ona, że gdyby Rosja prowadziła wojnę konwencjonalną i zaczęła ją przegrywać, jest gotowa użyć taktycznej broni nuklearnej ostrzegawczo. Niekoniecznie po to, by od razu zaatakować drugą stronę, ale żeby dać sygnał gdzieś w powietrzu lub nad morzem: "zatrzymać się, kończymy wojnę, siadajmy do negocjacji, ale co już opanowywaliśmy (na przykład Przesmyk Suwalski), to nasze".

Czy to może skutecznie zadziałać na Zachód? Moim zdaniem tak – i jest to największe zagrożenie dla NATO. Sojusz do tej pory nie wypracował skutecznej odpowiedzi na tę rosyjską koncepcję. Nie ma jej nawet w wymiarze materialnym, bo Rosja dysponuje tu ogromną przewagą w taktycznej broni atomowej – we wszystkich wymiarach: lądowym (jak Iskandery zdolne przenosić głowice), lotniczym i morskim. Po stronie NATO mamy właściwie tylko amerykańskie bomby atomowe w ramach programu Nuclear Sharing, który jest asymetrycznie skromny wobec tego potężnego arsenału Rosjan i niebezpiecznej doktryny jego użycia. Czy nie mówimy jednak o sytuacji, w której NATO i tak musiałoby wyjść na stronę mądrzejszą, bardziej odpowiedzialną i powiedzieć "odpuszczamy"? Właśnie na to liczy Rosja – to jest istota tego szantażu nuklearnego. Kreml wie, że ma po drugiej stronie podmiot zbiorowy, jakim jest NATO, gdzie obowiązuje zasada konsensusu.

Liczą więc, że przynajmniej jeden głos w tym sojuszniczym gronie powie "stop – nie ryzykujmy, kończmy wojnę, niech Rosja zachowa to, co zdobyła, bo po co nam ryzykować wojnę atomową". To jest właśnie siła rosyjskiego szantażu: Rosja jest jednolitym podmiotem, ma materialny taktyczny arsenał atomowy i niebezpieczną doktrynę. A po drugiej stronie stoi podmiot zbiorowy, który nie ma ani adekwatnej doktryny, ani odpowiednich środków.

Jeśli wielka wojna miałaby się powtórzyć, to kiedy? Trudno powiedzieć dokładnie kiedy. Na pewno jest to jeden z możliwych scenariuszy. Jakie mogą być jego uwarunkowania? Na przykład, przegrywanie przez Rosję wojny w Ukrainie mogłoby doprowadzić do momentu, w którym Putin zdecyduje się na ostrzegawcze uderzenie taktyczną bronią atomową. Nawiasem mówiąc, wiele z ostatnich aktywności rosyjskich, które obserwujemy, może na to wskazywać. Choćby przyspieszone wielkie manewry nuklearne z użyciem całego arsenału – zarówno na poziomie strategicznym, jak i taktycznym – czy zmasowane ataki na Kijów, włącznie z użyciem Oresznika, czyli środka przenoszenia broni atomowej. To testowanie tego środka i dawanie sygnału: "zobaczcie, mamy taką broń i jesteśmy zdeterminowani jej użyć, jeśli uznamy to za konieczne". To wszystko może oznaczać, że Rosja stoi przed dylematem, czy eskalować, bo bez eskalacji tej wojny nie wygra – dopóki Zachód pomaga Ukrainie. Ostrzegawcze uderzenie atomowe mogłoby być kolejnym progiem eskalacyjnym, który Rosja chciałaby przekroczyć, próbując zastraszyć Zachód, aby przestał pomagać Kijowowi. Bo siła obronna Ukrainy zależy wyłącznie od tej pomocy. Czy można jeszcze uniknąć tego zagrożenia? Mitygować je można tylko przez wyprzedzające stawianie Putinowi jasnych czerwonych linii – mówiąc wprost, co na pewno zrobimy, jeśli będzie eskalował. Chodzi o to, żeby przekonać Putina, że eskalacją nic nie osiągnie, że wstępowanie na kolejne szczeble będzie oznaczało konkretne działania. Do tej pory tego nie robimy. Niestety, od początku wojny pozwalamy Putinowi prowadzić ją tą metodą eskalacyjną. Przypomnijmy: zaczynał od tego, co wyglądało jak błyskawiczny marsz na Ukrainę – prawie jakby to nie była jeszcze wojna – a dziś doszło już do totalnej wojny, ataków na obiekty cywilne, zbrodni wojennych...

Rosja wyczerpała już w zasadzie wszystkie środki konwencjonalne i pozostała jej tylko broń atomowa. Dlatego jednym z najważniejszych wyzwań, przed jakimi stoi NATO, by uniknąć "gorącej wojny" z Rosją, jest wzmocnienie i poszerzenie Nuclear Sharing, aby uczynić go symetryczną siłą odstraszania wobec rosyjskiej broni atomowej, tak jak symetryczne są arsenały nuklearne NATO i Rosji na poziomie strategicznym.  [embed]

"Tylko 1 pytanie naTemat" – konkretne rozmowy na ważne tematy

Rozmowa z generałem Stanisławem Koziejem to kolejny odcinek nowego cyklu "Tylko 1 pytanie naTemat". Co tydzień rozmawiamy z najciekawszymi postaciami ze świata polityki, ekonomii, nauki i kultury – ale inaczej niż zwykle.

Zamiast gonić za wszystkimi tematami naraz, zatrzymujemy się przy jednym: konkretnym, ważnym i wartym prawdziwej rozmowy pytaniu o Polskę, Europę i świat. Bo czasem jedna dobra odpowiedź mówi więcej niż godzinny wywód.