
Kiedy słyszysz skrót JCW, przed oczami masz ryczący wydech, strzały przy odpuszczeniu gazu i zapach benzyny. Tymczasem brytyjska marka postawiła sprawę jasno: czas na prąd. Spędziłem tydzień za kółkiem najmocniejszego, najmniejszego i w pełni naelektryzowanego malucha. Czy MINI John Cooper Works E to bezczelna profanacja legendy, czy może genialny pokaz tego, jak powinny wyglądać nowoczesne samochody elektryczne? Odpowiedź jest prosta, ale ma pewien twist.
Zacznijmy od małego resetu rzeczywistości. Choć z zewnątrz nowy MINI John Cooper Works E (generacja J01) do złudzenia przypomina swojego spalinowego brata, pod blachą to zupełnie inna bajka.
Samochód powstał na nowej platformie stworzonej we współpracy z chińskim koncernem GWM (Great Wall Motor). Spokojnie, niemieccy inżynierowie z BMW przypilnowali, żeby cyfrowa dusza i DNA auta pozostały stuprocentowo europejskie.
Wizualnie to wciąż rasowy, trzydrzwiowy rozrabiaka. Szeroki rozstaw kół, agresywnie narysowane zderzaki, customowy spoiler nad tylną szybą i... kompletny brak końcówek wydechu.
Zamiast nich z tyłu straszy potężny dyfuzor. MINI nie bawi się w półśrodki i wariant z literką "E" w nazwie ma stać na równi z wersjami benzynowymi i udowodnić, że sportowe emocje nie potrzebują oktaw.
Wnętrze, czyli okrągły ekran OLED i walka ze złośliwymi klamkami
Wchodzę do środka i od razu rzuca mi się w oczy minimalizm połączony z ekologicznym szaleństwem. Deska rozdzielcza jest pokryta szorstką, charakterystyczną tkaniną z recyklingu, która wygląda obłędnie.
Show kradnie jednak jak to w każdym wnętrzu MINI centralny, okrągły ekran OLED o średnicy 9 cali. System bazuje na Androidzie, ale bez natywnych usług Google, bo BMW napisało tu swój własny, unikalny interfejs. Działa to niesamowicie płynnie, kolory są głębokie, a grafiki ostre jak brzytwa.
Zamiast tradycyjnych zegarów przed oczami mamy wysuwany z deski wyświetlacz HUD na małej szybce. Trochę oldschoolowe rozwiązanie, jak na 2026 rok, ale spełnia swoje zadanie.
Mamy tu bezprzewodowe Apple CarPlay i Android Auto, świetnego asystenta głosowego Spike oraz genialny zestaw audio Harman Kardon, który uwielbia pompować soczyste, niskie tony. Co ciekawe, na postoju możesz odpalić AirConsole i zagrać w gry, używając smartfona jako kontrolera.
Do tego już niebawem widok Androida Auto zostanie rozciągnięty na cały okrągły ekran, bo Google zapowiedziało ogromny update systemu, który uwzględnia także modele MINI.
No i jak w każdym MINI urzekający jest ten mały schowek na tunelu środkowym. Obok niego zamontowano półkę indukcyjną na smartfona. Szkoda, że nie ma ona tej gumeczki, jak w innych modelach, bo na ostrzejszych zakrętach bywało, że telefon po prostu wyskakiwał mi na nogi pasażera.
Co bym jeszcze zmienił w tym wnętrzu? Wewnętrzne klamki, które inżynierowie przenieśli w okolice kolan. No trochę to mało praktyczne, bo za każdym razem jak opuszczałem pojazd, musiałem ich szukać, a potem wyginać dłoń, żeby pociągnąć za klamkę.
No i tylną kanapę. Ale to akurat jest nie do przeskoczenia i akurat nie traktowałbym tego jako minus. Z tym po prostu trzeba się pogodzić kupując auto tych gabarytów. Powiedzmy to wprost: zapomnijcie o przewożeniu tam dorosłych. To strefa wyłącznie dla dzieci albo na podręczny bagaż.
Sam bagażnik też nie powala, bo ma skromne 210 litrów, wystarczy na zakupy, ale kable do ładowania musisz upchnąć pod podłogą, bo z przodu (pod maską) żadnego dodatkowego schowka nie uświadczysz.
Jak jeździ elektryczny hot hatch?
No dobrze, ale jak ten mały potwór radzi sobie na drodze? MINI JCW E to wciąż piekielnie szybki i dający frajdę z jazdy gokart.
Pod maską, a raczej pod podłogą, drzemie silnik elektryczny napędzający przednią oś. Generuje potężne 258 KM i 350 Nm momentu obrotowego. Efekt? Pierwsza setka pojawia się na liczniku już po 5,9 sekundy. To najszybszy seryjny Cooper w historii, szybszy od wersji spalinowej o 0,2 sekundy.
Kiedy wciskasz gaz, reakcja jest natychmiastowa. Nie ma żadnego czekania na redukcję biegu czy rozkręcenie turbiny. Strzał energii po prostu wbija cię w fotel. Dodatkowo za kierownicą znajdziesz tylko jedną, czerwoną łopatkę z napisem "Powerboost". Pociągasz ją i dostajesz dodatkowy zastrzyk pełnej mocy na dokładnie 10 sekund. To idealne rozwiązanie, żeby błyskawicznie wyprzedzić sznur ciężarówek.
Trzeba jednak pamiętać, że baterie swoje ważą. Samochód przytył o blisko 300 kilogramów w stosunku do benzyniaka. Żeby to okiełznać, inżynierowie maksymalnie utwardzili zawieszenie. No i tutaj mamy funkillera.
Bo efekt tego utwardzania jest taki, że gokartowa frajda z jazdy jest, ale kosztem komfortu. MINI JCW E porusza się po drodze tak, jakby miało sportowe zawieszenie gwintowane. Wręcz magnetycznie klei się do asfaltu w zakrętach, ale na miejskich studzienkach czy poprzecznych nierównościach... Czujesz to? Tak, dokładnie, auto rejestruje każdą nierówność czy pofalowanie asfaltu.
Do tego układ kierowniczy reaguje na najmniejszy ruch palca, a średnica zawracania wynosi świetne 10,8 metra. W mieście ten wóz czuje się jak ryba w wodzie, sprawnie przeciskając się przez najciaśniejsze uliczki. Zamiast ryczenia wydechu, MINI serwuje syntetyczne, kosmiczne dźwięki, które na szczęście nie męczą ucha i dodają jeździe futurystycznego klimatu.
Zużycie energii i ładowanie
Przejdźmy do brutalnych faktów. Akumulator ma pojemność 49,2 kWh netto. W trakcie moich testów temperatura za oknem oscylowała w okolicach 25 stopni Celsjusza, więc chodziła minimalna klimatyzacja, zawsze Android Auto, muzyka, nawigacja.
Jak wygląda realne zużycie energii i szacowany zasięg MINI JCW E? Kręcąc się po mieście i starając się jeździć ekonomicznie, miałem spokojnie 14 kWh/100 km. Chociaż słowo "starając się" jest adekwatne, bo ja nie potrafię tak jeździć elektrykami, więc lepszy wynik jest do zrobienia na 100 proc.
Przy dynamiczniejszej jeździe, zachaczeniu kilku esek i szybszych fragmentów średnie zużycie wystrzeliło mi do ok. 20 kWh. Sporo. Z takim wynikiem na liczniku nie ujechałbym 250 km. Ale po mieście te 350 km zrobi na spokojnie.
Jeśli chodzi o ładowanie, maksymalna moc na ładowarkach DC wynosi 95 kW. Od 10 do 80 procent naładujesz się w około 30 minut. Z kolei w warunkach domowych, korzystając z Wallboxa (AC 11 kW), pełną baterię uzyskasz w około 5,5 godziny.
Na plus zasługuje świetny, adaptacyjny system rekuperacji, który sam dozuje siłę hamowania na podstawie danych z radarów.
Cena MINI John Cooper Works E
Czas zajrzeć do portfela, bo segment premium w sportowym wydaniu dostał właśnie zupełnie nowe otwarcie, a zaktualizowany cennik MINI potrafi zaskoczyć. Zapomnijcie o starych kwotach. Dzisiaj cena wejściowa za całkowicie goły model bazowy wynosi dokładnie 205 700 zł.
Nasz testowy egzemplarz został skonfigurowany bezkompromisowo. Do lakieru Melting Silver III (dostępnego za 0 zł) dorzucono dach Multitone Red za 1700 zł oraz charakterystyczne, sportowe pasy w kolorze czerwonym na masce. W nadkolach znalazły się 18-calowe aluminiowe obręcze JCW Mastery Spoke Black z ogumieniem Performance. We wnętrzu postawiono na tapicerkę Vescin JCW Black łączącą tkaninę i skórę ekologiczną.
Kluczem do luksusu okazał się jednak potężny Pakiet wyposażenia XL wyceniony na 12 500 zł. W jego skład wchodzi cała armia technologicznych dobrodziejstw: asystent parkowania Plus z systemem kamer 360, kamera wewnętrzna, przyciemniane szyby, elektryczna regulacja foteli przednich z pamięcią ustawień fotela kierowcy, aktywne systemy asystujące kierowcy Plus, rozszerzona rzeczywistość w nawigacji, aktywny fotel kierowcy z funkcją masażu oraz genialny, szklany dach panoramiczny.
Łącznie wybrane wyposażenie dodatkowe zamknęło się w kwocie 14 200 zł. Jaki jest finał? Łączna cena brutto testowanego egzemplarza to dokładnie 219 900 zł.
Dużo? No tak, sporo, ale w świecie elektrycznych zabawek segmentu premium dalej mieścimy się w okolicach dwustu tysięcy. Do tego producent dorzuca 2-letnią gwarancję na całe auto oraz 8-letnią ochronę na akumulator trakcyjny (do limitu 160 tys. kilometrów).
A czy warto? Ten samochód potrafi wkurzyć twardym jak skała zawieszeniem i ograniczoną przestrzenią. No to fakt. Ale nadrabia niesamowitą zwinnością, genialnymi multimediami i wyglądem, za którym ludzie wciąż oglądają się na ulicy.
No i przecież nie po to kupuje się MINI, żeby sprawdzać nim wygodę pokonywania każdego potykacza na drodze! Ono ma dawać frajdę. Czystą frajdę z jazdy. Ma wgniatać w fotel i prowadzić się z precyzją rajdówki. I tak też jest.
