
Javier Bardem jest wprost skrojony pod czarne charaktery. Nowy "Przylądek strachu" mierzy się z legendą poprzednich dwóch adaptacji powieści Johna D. MacDonalda, które pozostawiły znaczący ślad w popkulturowej świadomości widzów. Choć wiele rzeczy serial Apple TV robi gorzej od swoich poprzedniczek, Max Cady w wykonaniu odtwórcy kultowego Antona Chigurha jest tak zły, że aż dobry; tak przerysowany, że aż straszny.
W dobie prequeli, sequeli, remake'ów, rebootów i spin-offów trudno znaleźć coś oryginalnego, choć w kinie grozy możemy dostrzec coraz wyraźniejsze przebłyski młodej, nieokiełznanej jeszcze przez zachodnią branżę kreatywności. "Obsesja" Curry'ego Barkera i "Backrooms. Bez wyjścia" Kane'a Parsonsa dają entuzjastom kina nadzieję na lepsze jutro. A co z telewizją? Nawet Apple TV, które w ostatnim czasie wydało klaustrofobiczne "Rozdzielenie" i odzianą w szaty sci-fi krytykę kapitalizmu, czyli "Jedyną", stawia na odgrzewane kotlety.
"Przylądek strachu" Nicka Antoski – scenarzysty "Hannibala" i twórcy "Nowego smaku wiśni" – bardzo stara się oddać hołd filmowi Martina Scorsesego z 1991 roku, ale narracyjnie nie jest w stanie utrzymać się na powierzchni wody jako samodzielny twór. Podczas seansu łapiemy się na porównaniach między jedną adaptacją a drugą. Miniserial we wszystkim, co robi, zachowuje przeciętność, z wyjątkiem Javiera Bardema, który bawi się możliwościami, jakie zostawił po sobie Robert De Niro ("Taksówkarz").
"Przylądek strachu" warto obejrzeć tylko dla Javiera Bardema
Max Cady spędził 17 lat za kratkami po tym, jak skazano go za brutalne morderstwo ciężarnej żony. Po wyjściu na wolność żądny zemsty przestępca zaczyna terroryzować rodzinę swojej byłej adwokatki Anny Devereaux Bowden, która poślubiła prokuratora odpowiedzialnego za osadzenie Cady'ego w więzieniu.
Thriller psychologiczny osadzony na wybrzeżu stanu Georgia korzysta z estetyki południowego gotyku – nurtu artystycznego zakorzenionego w kulturze amerykańskiego Południa, który słynie z bukietu ekscentrycznych postaci i sięgania po tematy tabu – aczkolwiek chętniej zanurza się w stylu Alfreda Hitchcocka ("Psychoza"), jego suspensie i przesyconej sensacją produkcji (ekspresjonistycznej muzyce i wymykającym się spod kontroli montażu à la giallo).
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Dzieło Antoski mimowolnie przywodzi na myśl "Obsesję" (oryg. "May December") Todda Haynesa. Reżyser "Przylądka strachu" raczej nieświadomie skręcił w kierunku przedramatyzowanych paradokumentów true crime, na jakie można natrafić późnym wieczorem w telewizji. Serial nie radzi sobie z tajemnicą – przez przesyt technicznie imponujących sztuczek skupiamy się raczej na wierzchniej warstwie obrazu, niż na głębi ukrytej między linijkami scenariusza. Kamera robi wiele, by odwrócić naszą uwagę od fabuły.
"Przylądek strachu" Apple TV na papierze może pochwalić się świetną obsadą – ma Amy Adams ("Nowy początek"), Patricka Wilsona ("Obecność"), CCH Pounder ("Avatar"), Teda Levine'a ("Milczenie owiec") i Javiera Bardema ("To nie jest kraj dla starych ludzi"). Po dwóch odcinkach w pamięci widza zostaje tylko występ ostatniego z aktorów. Bardem zapożycza od De Niro socjopatię i ubiera ją w kampowe szaty. W miniserialu Max Cady jest parodią samego siebie, co ostatecznie działa na jego korzyść. W otaczającym go chaosie nie ma miejsca na przewidywalność.
Nowe podejście do prozy Johna D. MacDonalda wypada nijako przy adaptacji z lat 90. Po Apple TV nie spodziewałam się tak przeciętnego poziomu.




