
"Backrooms: Bez wyjścia" nie straszy, za to głęboko niepokoi. Przed sobą mamy horror, który zafundował nam kapitalizm. Każdy, kto dorastał, słysząc pochwały na cześć amerykańskiego snu, już wie, że ta bajka nie kończy się happy endem. W pełnometrażowym debiucie Kane Parsons otwiera gabinet osobliwości z nadzieją, że znajdzie w nim miejsce na jak najwięcej eksponatów. Niestety w jego zatłoczonych "tylnych pokojach" łatwo się pogubić.
Tekst zawiera spoilery dot. filmu "Backrooms: Bez wyjścia".
Labirynt pomieszczeń biurowych – pusty, oświetlony ciągiem lamp sufitowych, wyłożony tanią wykładziną i tapetą w kolorze, jaki doprowadzał do obłędu każdego, kto pochylił się nad przeklętą sztuką "Król w Żółci". "Tylne pokoje" w obiektywie Kane'a Parsonsa są klątwą rzuconą na ludzi przez późny kapitalizm; manifestacją traum, niespełnionych marzeń, rozmaicie rozumianego nieszczęścia, która wymyka się zwykłej percepcji.
Horror "Backrooms: Bez wyjścia", tak jak wcześniejsze krótkometrażowe filmy młodego reżysera zgłębiające estetykę przestrzeni liminalnych, prowadzi nas po korytarzach będących aberracją znajomych miejsc, ich niezbyt udanym klonem. Parsonsa nie interesuje udzielanie odpowiedzi na pytania o prawdziwą naturę "tylnych pokoi", czym może do siebie zrazić szersze grono odbiorców, których normy współczesnego kina przyzwyczaiły do podawania wszystkiego na tacy.
Recenzja "Backrooms: Bez wyjścia" Kane'a Parsonsa
"Backrooms: Bez wyjścia" już w pierwszych minutach zapowiada kapitalizm jako niewidzialnego złoczyńcę. Akcja zabiera nas do Kalifornii lat 90. ubiegłego wieku. Clark próbuje przyciągnąć klientów do swojego sklepu z meblami, ale bez powodzenia. Kura, która miała znosić mu złote jajka, przynosi mu tylko straty. Presja związana z zarobkami – byciem żywicielem domu – zrujnowała mu życie, zarówno na płaszczyźnie prywatnej, jak i zawodowej.
Pewnej nocy mężczyzna odkrywa w piwnicy sklepu przejście prowadzące do miejsca, którego plany architektoniczne nie uwzględniły. Tunele ciągną się w prawo, w lewo, w dół i w górę; część mebli ułożono na stertę, a inne albo do połowy pochłonęła podłoga, albo przepołowiła ściana. – To tak, jakbyś kazała narysować psa komuś, kto nigdy psa nie widział – tymi słowami Clark tłumaczy terapeutce Mary Kline odkrytą przez siebie "Krainę Czarów".
W pełnometrażowym debiucie Parsons próbuje na różne sposoby ugryźć pomysł, który, umówmy się, jest samograjem. Młody reżyser dołożył już wcześniej cegiełkę do lore "Backrooms" i tym filmem kontynuuje dziedzictwo youtube'owego kanału Kane Pixels. Kartonowy jaskiniowiec powtarzający powitanie w 55 językach, które w latach 70. NASA wysłała w kosmos, ubrani w żółte kombinezony naukowcy z A-Sync i flirt z podgatunkiem found footage – dotychczasowy twórca krótkometrażówek nie odcina się od swoich korzeni i przy użyciu wysokiej klasy kamery cyfrowej konsekwentnie przenosi dawną wizję na duży ekran.
Parsons ma zaledwie 21 lat i już zdążył nakręcić coś pod szyldem wytwórni A24. "Backrooms: Bez wyjścia" jest imponującym debiutem, lecz czuć w nim brak doświadczenia autora w pełnym metrażu. Reżyser rzucił się na alegoryczną, wielowątkową narrację, ale nie mógł pogodzić jej z efekciarską realizacją, przez co jego film ogląda się jak składankę napoczętych pomysłów – z zakończeniem wiszącym w próżni i czekającym na kontynuację.
Parsons rozumie "tylne pokoje". O osobliwości "Backrooms"
Parsons doskonale zdaje sobie sprawę, że odarcie "tylnych pokoi" z ich niesamowitości zabiłoby je. Próba racjonalnego wyjaśnienia "Backroomsów" nigdy nie przyniosłaby oczekiwanego efektu, gdyż jest sprzeczna z tym, co w pierwszej kolejności przesądziło o ich osobliwości – ze zdjęciem na 4chanie, na które wystarczyło raz rzucić okiem, by stwierdzić, że wygląda dziwnie znajomo.
Pomieszczenie na fotografii świeciło pustkami, choć nasza wyobraźnia od razu zapełnia je biurkami, krzesłami i doniczkami z nie tak łatwą do zabicia sansewierią. Mózg potraktował brak tych przedmiotów jako błąd w matriksie. Anomalia zjednoczyła internautów z całego świata, którzy zaczęli dorabiać do zdjęcia własną historię, robiąc z nią dokładnie to, co z Mitologią Cthulhu zrobili następcy H.P. Lovecrafta.
Mark Fisher
Fragment rozdziału "Zrozumieć to, co osobliwe" ze zbioru esejów "Dziwaczne i osobliwe"
Chiwetel Ejiofor i Renate Reinsve nie zgubili się w labiryncie pustych korytarzy
Scenarzysta Will Soodik ("Westworld") z zaskakującą czułością (obowiązkową przy krytyce kapitalizmu) stworzył portrety ludzi zranionych przez perfidny system, którego wpływ na człowieka łatwo można zanegować, ponieważ wchodzenie w szczegóły metod, jakimi się posługuje, jest potwornie zawiły, męczący, tak abstrakcyjny do opisania jak "tylne pokoje". Twórcy horroru dali Renate Reinsve ("Wartość sentymentalna") i niedocenionemu Chiwetelowi Ejioforowi ("Zniewolony") duże pole do popisu, które w pełni wykorzystali, czyniąc z Mary i Clarka postaci z duszą.
"Backrooms: Bez wyjścia" działa najlepiej tam, gdzie bawi się niedopowiedzeniami i domysłami. (SPOILER!) Od jak dawna Clark "współpracował" z istotą w stroju pirata, stworzoną na jego podobiznę? Zanim Bobby odkrył leże potwora, sprzedawca mebli niby przypadkiem puścił linę, do której przywiązany był chłopak. Wcześniej powiedział swojemu pracownikowi, że nie badał niższych poziomów, ale jakimś cudem wiedział, że są tam baseny. Clark to antybohater, którego ostatecznie zjada własne ego. Nie był w stanie przestać żyć w kłamstwie, dlatego tak chętnie stał się częścią świata będącego marną kopią tego prawdziwego.
Dalsza część artykułu poniżej.
Zobacz także
Geneza jego problemów pozostaje sprawą niejednoznaczną, niemniej Ejiofor – nawet w momencie, gdy Clark zaprzepaścił swoją szansę na odkupienie – potrafił sprawnie wydobyć z widza współczucie.
Architektoniczne piekło, czyli przytłaczająca scenografia "Backrooms", działa na wyobraźnię, zwłaszcza w ujęciach wykonanych z ręki, stylizowanych na obraz z kamery VHS. U Parsonsa efekty praktyczne zwyciężają nad CGI. Istoty, na które bohaterowie wpadają podczas zwiedzania "zaplecza", zaprojektowano tak, by trochę śmieszyły, trochę straszyły. Ich nienaturalne ruchy, przywodzące na myśl pielęgniarki i Piramidogłowego z gry Silent Hill 2, skutecznie podnoszą ciśnienie, aczkolwiek daleko im do siania grozy. Obecność niektórych klonów ma również symboliczne uzasadnienie – dzięki nim możemy m.in. dowiedzieć się więcej na temat alkoholizmu Clarka i jego relacji z byłą żoną.
"Backrooms: Bez wyjścia" to ładna wizytówka dla Kane'a Parsonsa, która pokazuje wachlarz jego reżyserskich możliwości, ale niestety kosztem spójnej narracji. Drzwi do części wątków mogły pozostać zamknięte do czasu premiery potencjalnego sequelu, jak choćby wprowadzenie naukowca odgrywanego przez Marka Duplassa ("Dziwak"). Nie ukrywam też, że Finn Bennett ("Rycerz Siedmiu Królestw") oraz Lukita Maxwell ("Terapia bez trzymanki") zasłużyli na więcej czasu ekranowego. Pomysły w horrorze nowej nadziei Hollywood są jak meble w "tylnych pokojach". Do połowy zjedzone przez żółtą wykładzinę.




