Milly Alcock w filmie "Supergirl"
DCU testuje kuzynkę Supermana. Ten bałagan ogląda się zaskakująco przyjemnie Fot. materiał prasowy

Kara Zor-El to straszna bałaganiara, która niezasklepione rany próbuje leczyć światłem czerwonego słońca. "Supergirl" nie można mylić z "Supermanem". Oboje pochodzą z Kryptonu i chcą czynić dobro, ale mają dwa osobne bagaże doświadczeń. Milly Alcock rozpakowuje walizkę pełną nierozwiązanych traum, tworząc protagonistkę, od której nie można oderwać wzroku. Ona i jej pies Krypto nie zdołały jednak na długo odwrócić mojej uwagi od bajzlu, jakim jest film Craiga Gillespiego.

REKLAMA

Nie da się ukryć, że DCU przeżywa renesans. Po wyjątkowo udanym "Supermanie" uniwersum, nad którym trzyma pieczę James Gunn ("Strażnicy Galaktyki"), rozwija się w interesującym kierunku, przyprawiając klasyczne kino superbohaterskie elementami typowymi nie tylko dla akcyjniaków i przygodówek. Przed ociekającym grozą "Clayfacem" Jamesa Watkinsa ("Eden Lake") konkurencja Marvel Cinematic Universe postanowiła przetestować mniej znaną szerszej widowni kuzynkę Clarka Kenta. I co z tego wyszło? Wielki bałagan, któremu brakuje polotu produkcji z Davidem Corenswetem, ale który zadziwiająco miło się ogląda.

Recenzja "Supergirl" z Milly Alcock. Drugim "Supermanem" to ona nie jest

Kara Zor-El na własne oczy widziała zagładę Kryptonu. Tragedia pobratymców odcisnęła silne piętno na jej psychice. Jako jedna z nielicznych ocalałych mieszkanek planety z trudem radzi sobie ze stratą. Upija się światłem czerwonego słońca, by zagłuszyć silne poczucie winy i złagodzić ból, który trawi jej serce. Mieszka w brudzie, mając za towarzysza psa Krypto, który jest jej jedyną pamiątką po dawnym życiu.

Pamiętając o własnym koszmarze z przeszłości, bohaterka – z początku niechętnie – postanawia pomóc młodziutkiej Ruthye Marye Knoll zemścić się na zabójcy jej rodziny. Obie ruszają w pościg za kosmicznym piratem zwanym Kremem z Żółtych Wzgórz. Kara ma w tym też swój interes.

logo
Milly Alcock w filmie "Supergirl". Fot. materiał prasowy

"Supergirl" próbuje wskoczyć na falę popularności "Strażników Galaktyki", ale problem w tym, że za jej kamerą nie stanął James Gunn, lecz Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa", "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" oraz "Cruelli". Nowy film DCU jest pewną kalką konkurencyjnego hitu, z tą różnicą, że jego poczucie humoru nie trafia tak celnie jak żarty Star-Lorda. Ot, przygodowa komedia, która zabiera nas w przejażdżkę po różnych zakamarkach kosmosu, nie interesując się zbytnio worldbuildingiem, co niestety wpływa niekorzystnie na fundament snutej historii.

O ile Milly Alcock – odtwórczyni młodej Rhaenyry Targaryen w "Rodzie smoka" – radzi sobie świetnie jako tytułowa Kryptonijka, o tyle scenariusz, w ramach którego została zamknięta, sypie się jak tynk ze ścian. Akcja filmu w najmniej oczywistych momentach skacze między retrospekcjami a teraźniejszością, w niezbyt naturalny sposób starając się przekonać widza, by współczuł Karze. Owszem urywki z przeszłości rzucają światło na obecne problemy bohaterki, ale osiągają zamierzony cel przy użyciu nadmiernej ekspozycji. Wspomnienia odpowiadają nam na kluczowe pytania, choć są genezą w pigułce. Niby odwiedzamy Krypton, ale mamy czas, by odhaczyć tylko jeden zabytek.

Dalsza część artykułu poniżej.

Alcock czuje się naturalnie, grając przeciwieństwo większości superbohaterek, jakie dotąd widzieliśmy na dużym ekranie. Ma wiecznie przetłuszczone włosy, wymiotuje na naszych oczach (nie poza kadrem) i zachowuje się, jakby przez ostatnie kilka miesięcy była nieustannie na kacu. W tym wszystkim jest wiarygodna i to ona niesie film na swoich barkach. Ona i Krypto, który pokazuje, jak powinno wyglądać dopracowane CGI.

logo
Jason Momoa w filmie "Supergirl". Fot. materiał prasowy

Eve Ridley ("Problem trzech ciał") jako Ruthye Marye Knoll nie znajduje się na tym samym poziomie aktorstwa, co Jacobi Jupe z "Hamneta" Chloé Zhao, niemniej nieźle odnajduje się w roli sidekicka. Jason Momoa ("Aquaman") jako łowca nagród Lobo to wypisz-wymaluj metalowa wersja Garretta "Śmieciarzyny" Garrisona z filmu "Minecraft", a o obrzydliwym złoczyńcy granym przez niedocenionego Matthiasa Schoenaertsa ("Z dala od zgiełku") szybko można zapomnieć.

"Supergirl" zaskakuje brutalnością, ciekawie rozpisuje drogę, jaką musi pokonać Kara, by zacząć żyć chwilą, i w nieoczekiwany sposób wciąga, choć cierpi na scenariuszowe problemy i nierówne tempo. Scenografia, efekty specjalne i charakteryzacja są miłe dla oka, ale co z tego, skoro nie kryje się za nimi żadna głębsza historia?