
W Europie mamy wiele świetnych dróg. I nie chodzi mi o stan ich nawieżchni, długość czy szerokość. Tu chodzi o ostre zakręty, duże przewyższenia i długie, kręte zjazdy. A jedne z lepszych tras, które odpowiadają tym określeniom, znajdziecie w Alpach. I o kilku z nich chciałem wam opowiedzieć.
Kiedy usłyszałem, że MINI zbiera ekipę dziennikarzy z Europy, żeby wsadzić ich w gamę swoich modeli i "przewieźć" po austriackich oraz włoskich Alpach, to aż oczy mi się zaświeciły.
Gokartowość w pełnej krasie
Mowa tutaj przecież o takich klasykach marki jak Cooper S, Aceman czy Mini JCW, których gokartowa zwinność zostać miała przetestowana w naprawdę wymagających warunkach.
No i to był znakomity pomysł. Przede wszystkim przez auta. Gamę Mini znam bardzo dobrze, wielokrotnie pisałem wam o wspomnianym Cooperze, Mini JCW, czy ostatnio o Acemanie.
Ich niesamowicie niepozorne gabaryty, bo z jednej strony małe, niskie, ale z drugiej pakowne w środku, idealnie pasowały do krętych i wąskich tras wijących się po alpejskich zboczach. No i była to trasa wręcz idealna, do przetestowania w boju trybu Go-kart, który wyłączał trakcję i zamieniał samochód w piekielnie szybką, zwinną i dającą frajdę z jazdy bestyjkę. A co to była za trasa?
Timmelsjoch niszczy system. Motoryzacyjny raj na wysokościach
Wszystko zaczyna się dość niewinnie. Innsbruck to kapitalne miasto z bogatą historią, ale jako kierowca chcesz stamtąd po prostu jak najszybciej uciec wyżej. Szybko zostawiamy za sobą zgiełk aglomeracji i zaczynamy mozolną wspinaczkę.
O ile pierwsze kilometry z doliny rzeki Inn to czysta i łagodna przyjemność, o tyle Kühtai błyskawicznie weryfikuje umiejętności za kierownicą.
Wjeżdżamy na ponad 2020 metrów nad poziomem morza. Droga momentami pnie się w górę z brutalnym nachyleniem rzędu 18 procent. Siedzisz za kółkiem, patrzysz na te monumentalne widoki w Austrii i czujesz, jak auto musi dawać z siebie wszystko, a zawieszenie pracuje na granicy fizyki.
Nie ma tu absolutnie żadnej miękkiej gry. Ręce same zaciskają się mocniej na kierownicy, bo zjazdy z Kühtai w stronę doliny wymagają stuprocentowego skupienia. Wciśniesz hamulec ułamek sekundy za późno na którymś ze stromych dojazdów do agrafki i robi się nieciekawie.
Jeśli myślisz, że po pierwszym zdobytym szczycie najgorsze i najtrudniejsze już za tobą, to jesteś w gigantycznym błędzie. Prawdziwa zabawa zaczyna się dopiero wtedy, gdy atakujemy Timmelsjoch (albo jak wolą to nazywać Włosi - Passo del Rombo).
To jest swoisty motoryzacyjny "Święty Graal". Przełęcz wbija się w niebo na ponad 2500 metrów, a do pokonania masz aż 60 spektakularnych, wąskich zakrętów i serpentyn.
Tak, za wjazd trzeba zapłacić na specjalnej bramce (około 18 euro dla aut osobowych), ale uwierzcie mi, że każda wydana tam złotówka, a w zasadzie eurocent, zwraca się w mgnieniu oka.
Droga wije się jak rzucone na zbocze góry spaghetti, a przy samej granicy z Włochami znajduje się Top Mountain Crosspoint z fenomenalnym muzeum klasycznych motocykli. Zrobiłem sobie tam krótką przerwę, wysiadłem z auta, a wiatr i przestrzeń na dole po prostu urywają głowę.
To bez cienia wątpliwości absolutna droga życia dla każdego, kto ma w żyłach benzynę. A jak akurat jedziecie elektrykiem, to będziecie zachwyceni cyferkami z rekuperacji przy zjeździe. Niektórzy kompani mojej wyprawy jechali Acemanem i z tego co mówili, to zasięg mieli na 400 km, przejechali podjazdami i zjazdami 150 km i zostało im... 300 km zasięgu. Można? Można.
Włoski Jaufenpass i meta w Sterzing
Po przekroczeniu granicy z Włochami zaczynamy epicki zjazd. Technicznie robi się momentami odrobinę prościej, ale asfalty bywają tu znacznie węższe. I tu pojawia się kolejna przeszkoda, na która trzeba uwazać, ale dodaje ona niesamowitego klimatu do całej przejażdżki, czyli gigantyczne stada krów i owiec, które często robią sobie z tej niezwykłej trasy przez Alpy swoje prywatne pastwisko.
Trzeba uważać, bo zwierzęta mają w głębokim poważaniu to, że właśnie jedziesz, a za tobą ciśnie na zderzaku jeszcze grupka kolarzy i narwanych motocyklistów. Możesz za to wtedy zaparkować w bezpiecznym miejscu na poboczu, żeby rozprostować nogi i przy okazji pogłaskać krowę, czy owce, które nie boją się ludzi i chętnie podchodzą, żeby się przywitać.
Kolejny punkt programu to Jaufenpass (znany też jako Passo di Monte Giovo). Przełęcz na wysokości niemal 2100 metrów robi niesamowite wrażenie. Duża część podjazdu na te alpejskie przełęcze jest na początku zacieniona przez drzewa, co daje chwilę wytchnienia w upalne dni, ale sam zjazd do doliny to już ostre, powtarzalne hamowania przed każdą kolejną agrafką.
Jeśli masz zużyte klocki hamulcowe albo stary płyn, to lepiej omiń to miejsce szerokim łukiem, bo auto szybko przypomni ci o zaniedbaniach serwisowych. Ja w Mini Cooperze S nie miałem tego problemu ani przez chwilę.
Gdy w końcu zjechałem na dół i zaparkowałem w urokliwym, historycznym Sterzing, odetchnąłem z ogromną ulgą, ale także wielką satysfakcją z pokonanych kilometrów.
Czy to faktycznie "droga życia" dla kierowcy?
Nie mam co do tego absolutnie żadnych, nawet najmniejszych wątpliwości. Ta górska pętla to prawdziwy motoryzacyjny majstersztyk, który doskonale testuje i samą maszynę, i człowieka siedzącego za kierownicą.
Jeśli macie wolny weekend, uwielbiacie jeździć, nie boicie się ciasnych winkli i szukacie konkretnych wrażeń, to pakujcie walizki. Tylko na litość boską, sprawdźcie ciśnienie w oponach i stan hamulców, bo ta trasa po prostu nie wybacza błędów.
Co do samochodowych polecajek, MINI Cooper S (czy to 3-drzwiony cabrio, czy 5-drzwiowy z dachem) na tej trasie sprawdzają się wyśmienicie. Ale ci, którzy jechali Acemenem, Mini JCW czy Countrymanami też nie narzekali.
