Tajlandia uchwycona aparatem Canon
Zabrałam aparat Canon EOS R50 V na poligon fotograficzny w Azji. Szybko zastąpił telefon Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Azja Południowo-Wschodnia to niesamowita część świata. Pokochałam ją od pierwszego wejrzenia za autentyczność, odmienność kulturową i niepodrabialny klimat. Uwielbiam tamtejsze uliczki, nocne bazary, a nawet zapchane skuterami drogi. Te wyjątkowe chwile tym razem uwieczniłam aparatem Canon EOS R50 V, który szybko został przedłużeniem mojej ręki.

REKLAMA

Kolejne zakamarki Azji Południowo-Wschodniej odkrywam od kilku lat. Po Wietnamie, Kambodży i kontynentalnej Tajlandii przyszedł czas na kolejne kraje. Tym razem z plecakiem na plecach ruszyłam na Phuket, do Malezji i Singapuru. Te trzy kraje różnią się od siebie jak dzień i noc, a fotografowanie ich okazało się najlepszym sposobem na zwiedzanie.

Chaos Tajlandii w porze deszczowej. Takich opadów w Polsce nie widzieliście

Podróż zaczęłam w Tajlandii, a dokładnie na wyspie Phuket. To bardzo popularne miejsce wśród turystów, którzy zakochują się w tamtejszych rajskich plażach, ale i nocnym życiu. To najbarwniejsze toczy się w okolicy Patong Beach. Ja jednak wolałam nieco bardziej kameralny klimat Phuket Town z jego kolonialną i wielobarwną architekturą.

Kolorowe budynki i skutery na drogach to idealne plenery do zdjęć. Barwne i bardzo instagramowe. Pora deszczowa ma jednak to do siebie, że pogoda zmienia się tam błyskawicznie. W jednej chwili cieszyłam się słońcem oświetlającym kamienice, a chwilę później fotografowałam miasto w strugach deszczu.

Słabe oświetlenie to wyzwanie dla telefonu. Uwiecznienie kropli deszczu jest na nim w zasadzie niemożliwe, bo krople wychodzą rozmyte. Canon nie miał natomiast żadnego problemu z zamrożeniem kropel ulewnego deszczu, mimo słabego oświetlenia spowodowanego dużym zachmurzeniem.

logo
Zdjęcie z lewej: 1/1000 s, F/7.1, ISO 3200 (wysokie ISO dla uzyskania ziarna) Zdjęcie z prawej: 1/1000 s, f/6.3, ISO 1000 Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Właśnie podczas tej ulewy zrobiłam dwa najlepsze zdjęcia tego wyjazdu. Stojąc pod daszkiem i czekając na poprawę aury, mijałam dzieci, które właśnie skończyły zajęcia. Skierowałam aparat w ich stronę i zamroziłam tę chwilę – strugi deszczu i dwaj chłopcy szukający schronienia, biegnący w moim kierunku. Drugie ujęcie to natomiast wizytówka tajskiej ulicy. Deszcz nie zatrzyma tam kierowców skuterów. Wystarczy peleryna, kask i determinacja, żeby mimo załamania pogody dotrzeć do celu.

Nocny market na Penangen i mnisi pod Batu Caves w Kuala Lumpur

Kolejnym etapem mojej podróży była Malezja, a dokładnie Kuala Lumpur i wyspa Penang. Tu klimat był już inny. Stolica to nowoczesne centrum biznesowe z potężnymi drapaczami chmur, ale i pięknym lasem deszczowym w samym centrum miasta. Stamtąd na długo zapamiętam zwłaszcza wizytę w największym hinduskim kompleksie świątynnym, czyli Batu Caves.

logo
Zdjęcie z lewej: 1/800 s, f/10/ISO 800 Środek: 1/160 s, f/6,3, ISO 800 Zdjęcie po prawej: 1/800 s, f/10, ISO 800 Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Miejsce to słynie z obiektów kultu, ale i makaków, które okradają turystów. Małpy są obecne dosłownie na każdym kroku. A kiedy spacerowały po kolorowych schodach, sprawiały wyjątkowo futurystyczne wrażenie. Prawdziwe uchwycenie chwili miałam jednak w momencie, kiedy przed schodami do głównego kompleksu spotkałam mnichów buddyjskich karmiących gołębie. Dynamika latających ptaków zamrożona na zdjęciu to kwintesencja fotografii podróżniczej, bo pokazuje klimat danego miejsca, ale i zatrzymuje wyjątkową oraz niepowtarzalną chwilę.

logo
Zdjęcie z lewej: 1/250 s, f/10, ISO 100 Zdjęcie w środku: 1/125 s, f/5, ISO 1600 Zdjęcie z prawej: 1/125 s, f/6.3 ISO 3200 Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Wyspa Penang to natomiast królestwo street foodu, ale i pełne murali oraz kolonialnej architektury George Town. Nocne targi to prawdziwa kwintesencja Azji – nie inaczej jest też w Malezji. Spacerując ulicą, uderza was żar bijący z kolejnych stoisk, ale i zapach aromatycznych przypraw. Tamtejsi kucharze bywają mistrzami w swoim fachu, a przerzucanie makaronu na wielkiej patelni bywa prawdziwym artyzmem. Dania kupuje się tam po zapachu i wyglądzie, bo często trudno zweryfikować, co to tak właściwie jest.

logo
Zdjęcie z lewej: 1/400 s, f/7.1, ISO 100 Zdjęcie w środku: 1/500 s, f/7.1, ISO 160 Zdjęcie z prawej: 1/250 s, f/6.3, ISO 800 Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Podróż kończyłam natomiast w Singapurze, czyli mieście-państwie, które w żaden sposób nie pasuje do tego regionu Azji. To jeden z najbogatszych krajów świata, gdzie niskie budynki Chinatown cudownie kontrastują z nowoczesną architekturą i geometrycznymi instalacjami. Dla mnie był to prawdziwy fotograficzny plac zabaw, na którym z obiektywem 14-30 mm podłączonym do Canon EOS R50 V czułam się jak ryba w wodzie.

Aparat przedłużeniem ręki. Telefon nigdy nie da takiej jakości

I pewnie zaraz znajdzie się jakiś maruder, który stwierdzi, po co mi aparat fotograficzny, skoro aparaty w telefonach mogą dziś robić świetne zdjęcia. I owszem, jest w tym trochę racji. Jednak przewagę bezlusterkowca od Canon najlepiej widać w nocy.

logo
1/40 s, f/6.3, ISO 2500 Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Małe matryce telefonów nie są w stanie uwiecznić nawet połowy detali, które w słabym oświetleniu wychwytuje Canon EOS R50 V za sprawą matrycy APS-C. Przy wysokiej czułości szum, czyli te brzydkie drobinki na zdjęciu, pozostaje mało widoczny, a zdjęcie wydaje się zdecydowanie bardziej realistyczne. Podobne ujęcia z telefonów są płaskie, pozbawione szczegółów i bardziej przypominają animację niż realny kadr.

Problemem jest także bateria. W ponad 30-stopniowym upale pasek energii w telefonie dosłownie parował w oczach. Smartfon, którego używam od sześciu miesięcy w Polsce, trzyma mi nawet dwa dni bez ładowania – w Malezji i Singapurze musiałam ładować go dwa razy dziennie. Aparat ładowałam natomiast zaledwie dwa razy podczas dwutygodniowego urlopu. Dobry system chłodzenia sprawiał, że nie grzał się on tak jak telefon.

Różnicę robi też ergonomia. Telefon został stworzony z myślą o wygodnej obsłudze jedną ręką, ale jego płaska konstrukcja sprawia, że w spoconej dłoni trzyma się on średnio. Testowany przeze mnie Canon pozostał bardzo lekki (body z obiektywem to raptem 551 gramów). To więcej niż telefon, ale dzięki wygodnemu gripowi świetnie leżał w ręce. Dlatego kiedy robiłam nim zdjęcia na wysokości w Singapurze, nie bałam się, że nagle wyślizgnie mi się z dłoni.

logo
1/15 s, f/6.3, ISO 800 Fot. Klaudia Zawistowska/naTemat

Ostatnia, ale dla mnie bardzo ważna różnica to odchylany ekran. Zdjęcie z niskiej perspektywy? Widzę efekt bez kładzenia twarzy na ziemi albo strzelania "na ślepo". Chcę pokazać krajobraz ponad tłumem? Znów przekręcam ekran i widzę, co robię. Nawet selfie staje się łatwiejsze, bo dotykowy ekran obraca się o 180 stopni.

To bardzo przydatne także podczas kręcenia wideo. Canon EOS R50 V to bowiem wymarzony sprzęt dla vlogerów. Możecie nagrywać materiały, filmując siebie aparatem w jakości 4K i 60p, i widząc efekt na ekranie. Ta opcja dostępna jest także w pionie. A jeśli lubicie i przede wszystkim potraficie "kolorować" swoje nagrania, to ten model aparatu posiada tryb Canon Log 3, który pozwala nadać nagraniu np. filmowy charakter.

A co z największą przewagą telefonu, czyli błyskawiczną możliwością publikacji zdjęć w mediach społecznościowych? Żaden problem. Dzięki aplikacji błyskawicznie i bez żadnych kabli mogę przesłać wybrane kadry z aparatu na telefon i wrzucić na swoje profile.

Dlatego, jeżeli i wy macie dość robienia zdjęć, które nie pokazują detali, ładnie wyglądają tylko na Instagramie, ale po przybliżeniu są tylko rozmazanym kleksem, to Canon EOS R50 V jest rozwiązaniem dla was. To idealny kompromis między jakością zdjęć i nagrań a mobilnością i lekkością, z których wcale nie trzeba rezygnować. Dziś aparat wysokiej klasy nie musi ważyć wielu kilogramów, aby zapewniać wysoką jakość materiałów.

Materiał reklamowy