
Obrotowy Tour Dawida Podsiadły powoli dobiega końca. Warszawa i koncerty na Stadionie Narodowym to zwieńczenie tygodni podróży po Polsce. I to jakie zwieńczenie – żar lał się z nieba, ale i bił ze sceny, a artyście i jego technikom udało się dokonać rzeczy niemalże niemożliwych.
Około 80 tys. ludzi ściśniętych na obiekcie podczas 36-stopniowego upału. Tak mogłaby brzmieć zapowiedź filmu katastroficznego, a nie wstęp relacji z jednego z najlepszych koncertów, jakie Warszawa przeżyła w tym roku. Obsługa stanęła na wysokości zadania – kurtyny wodne, darmowa woda z beczkowozów i w butelkach rozdawana nawet w tłumie, pozwolenie na zabranie własnych bidonów. I ostatecznie żartobliwe "hydration breaks", bo jak nie pośmiać się z mundialu, będąc na PGE Narodowym.
40 minut obsuwy, ale to i tak najlepsza i największa domówka w moim życiu
Koncert Dawida Podsiadły miał zacząć się o godzinie 20:30, ale jak to bywa, pierwsze nuty usłyszeliśmy później. Opóźnienie rozpoczęcia imprezy o 40 minut było dobrym posunięciem ze względu na temperaturę. Wszyscy zdążyli zająć miejsca, napić się wody, a zachodzące słońce nie podgrzewało atmosfery bardziej, niż było to konieczne. Ostatecznie nikt nie chciałby też, żeby ktoś z obsługi koncertu rzucił pracę przez upały.
Show Dawida Podsiadły nie zawiodło. Wizualizacje na telebimach, ogień, choć znacznie przygaszony z powodu ekstremalnych upałów, światła, które sprawiały, że scena wydawała się pokryta hologramowymi portalami, aż wreszcie opaski dostarczone przez Allegro. Niewielki gadżet ze światełkami sprawił, że 80 tys. osób oszalało i w jednej chwili złapało za telefony, aby uwiecznić ten moment. I dodajmy, że był to jeden z naprawdę niewielu takich momentów.
Wieloletnie apele Dawida o to, żeby cieszyć się chwilą, a wspomnienia zapisywać w pamięci, a nie na karcie w telefonie, przynoszą efekt. Coraz mniej osób nagrywa całe koncerty. Telefony szły w górę, kiedy na scenie pojawiła się Kaśka Sochacka albo kiedy ekscytacja sięgnęła zenitu w momencie wparowania na scenę Pezeta. Ostatecznie jednak przez większość koncertu to właśnie muzyka i zabawa, a nie kolejne nagrania, były na pierwszym miejscu.
Niesamowita była też atmosfera. 36-stopniowy upał nie pozwolił na "odpicowanie się" jak na pokaz mody. Rządziły koszulki i szorty, które gwarantowały przewiew i swobodę w tych trudnych warunkach. Zresztą sam Dawid Podsiadło ze swoją osobowością i niezręcznymi żartami, np. o swoim niepełnym zaroście, rośnięciu po piciu mleka czy nawet wbijaniu szpileczki nam, dziennikarzom, że "będą mieli nagłówki", bo padły słowa o akceptacji dla związków jednopłciowych.
Podsiadło ma w sobie niezwykłą moc. Jest zwykłym chłopakiem z Dąbrowy Górniczej, który nie ma tego gwiazdorskiego sposobu bycia. Na scenę wyszedł dokładnie ten sam utalentowany, ale skromny chłopak, który rozkochał w sobie ludzi w "X Factorze" 14 lat temu. I tak jak od początku kariery, znów połączył dzieci, nastolatków, Zetki jedzące w modnych knajpach, ale i rodziców, panie domu nucące jego piosenki przy sprzątaniu domu i seniorów. Ten koncert był jak najlepsza na świecie domówka, bo nikt nie musiał udawać tam kogoś, kim nie jest. A nieskrępowana i czysta zabawa była naturalną częścią całego show.
Zobacz także
Dawid Podsiadło w Warszawie dokonał niemożliwego. Poza jednym momentem
Artysta na Stadionie Narodowym dokonał jeszcze jednej niemożliwej rzeczy. Nareszcie byłam tam na koncercie, który doskonale słyszałam. Nie wiem, czy to fenomen płyty, ale naprawdę dźwiękowcy stanęli na wysokości zadania. Słowa były wyraźnie wyartykułowane, to samo z solo gitarowym. Kiedy przyszedł czas na perkusję, pojawiło się to przyjemne dudnienie, które jest obowiązkowym elementem takiej popisówki.
I w sieci nie widzę nawet zbyt wielu narzekań, więc wnioskuję, że nie tylko płyta, ale i trybuny tym razem słyszały i widziały cały koncert, co wbrew pozorom nie było wizytówką całej trasy. Jednak i na Narodowym nie było zawsze idealnie. Niestety występ Kaśki Sochackiej był tym zdecydowanie gorszym momentem. Jej słowa były całkowicie niezrozumiałe i przypominały bełkot, choć na przyjemnym dla ucha rejestrze.
Szkoda było też fortepianu na chwilę przed utworem "Let You Down", który całkowicie zniknął w pozostałej aranżacji. Na szczęście chwilę później, kiedy klawisze były najważniejszym elementem obok wokalu, wszystko zagrało już bardzo dobrze.
Na odbiór całego koncertu świetnie wpływało też zarządzanie jego tempem. Szybkie utwory przeplatały się z wolniejszymi kawałkami, podczas których można było złapać oddech i chwilę się powachlować w upale. Przerwy między kolejnymi sekcjami były krótkie, bez większej zbędnej gadki. Dzięki temu w trakcie dwóch godzin i 20 minut koncertu zagranych zostało aż 27 utworów Dawida Podsiadły. To była świetna zabawa, a nie tak częste w Polsce "pitu-pitu" przeplatane pojedynczymi utworami.
Zapomniani tancerze i chłód bijący ze sceny
Fenomen uczestnictwa w koncercie z poziomu płyty ma kilka zalet. Przede wszystkim miejsce do tańca, a po drugie bycie znacznie bliżej artysty. Okrągła scena jeszcze podbiła ten ostatni element, ale sprawiła też, że stojąc nieco dalej, trudno było dostrzec, co dokładnie działo się przed moim nosem.
W tym ferworze straciłam wiele z występów tancerzy, którzy w tej temperaturze mieli wyjątkowo karkołomne zadanie. Szkoda, że w odróżnieniu od Kaśki Sochackiej i Pezeta realizatorzy nie zdecydowali się na przynajmniej krótkie oddanie im części telebimów, żeby więcej osób z bliska mogło przyjrzeć się ich choreografii, która zbierała wiele dobrych recenzji przy okazji poprzednich koncertów.
Ostatecznie emocje podczas tego koncertu szalały nie raz. Gorące ognie sceny podgrzewały atmosferę, a pokazujące się w chwilach przerwy "zmrożone" niebieskie telebimy naprawdę dawały wrażenie chłodu. W połączeniu z wizualizacjami, pirotechniką i samą naturalną, choć widać, że nieco zmęczoną już postawą Dawida Podsiadły, dały show, na jakie tego wieczoru liczył 80-tysięczny tłum. Dla tego 33-letniego chłopaka naprawdę warto dać się zamknąć w "saunie Narodowej". Ten koncert był bowiem wymarzonym rozpoczęciem tegorocznego lata.






