
Pamiętacie wrzesień 2025 roku? Przez całą Polskę przetoczyła się wtedy fala mniejszego lub większego oburzenia. Cena za obowiązkowe przeglądy techniczne skoczyła w końcu z 98 zł na 149 zł. Wszyscy myśleliśmy, że właściciele stacji diagnostycznych wreszcie odetchną z ulgą po ponad dwóch dekadach cenowej hibernacji, a biznes znowu zacznie im się spinać. Cóż, byłem w błędzie. Najnowsze dane pokazują, że Stacje Kontroli Pojazdów w Polsce znowu wpadają w potężny finansowy dołek.
Kiedy zobaczyłem najnowszy raport przygotowany przez BIG InfoMonitor oraz BIK, po prostu złapałem się za głowę. Okazuje się, że to ubiegłoroczne, wrześniowe odbicie było tylko chwilową kroplówką dla Stacji Kontroli Pojazdów.
W styczniu 2026 roku faktycznie wydawało się, że jest odczuwalnie lepiej, bo przeterminowane długi spadły o ponad 3 miliony złotych (3,4 proc.). Ale radość trwała krócej niż pełne tankowanie auta spalinowego.
Na koniec kwietnia tego roku zadłużenie branży motoryzacyjnej w sektorze badań technicznych znów wystrzeliło w górę i przekroczyło potężną kwotę 90,3 mln złotych. To skok o 2,2 proc. z zeszłorocznego poziomu!
– Radość przedsiębiorców trwała jednak krótko. Koszty operacyjne, w tym skokowe podwyżki cen energii, składek społecznych czy kosztów pracy, mogły wpłynąć na ograniczenie zyskowności – tłumaczy dr hab. Waldemar Rogowski, główny analityk BIG InfoMonitor, dodając, że obecnie z problemami w terminowej spłacie rachunków boryka się 341 stacji (ok. 3 proc. wszystkich w kraju). To o 9 punktów więcej niż rok temu.
Unijne dyrektywy i absurdalny rządowy cennik
Myślicie, że to koniec problemów? Gdzie tam. Prawdziwy test dla stabilności branży dopiero nadciąga ze strony Unii Europejskiej. Nowe dyrektywy mają docelowo wyeliminować z naszych dróg kopcące graty i auta stwarzające niebezpieczeństwo.
Dla nas, zwykłych kierowców, to super wiadomość. Ale dla właścicieli SKP oznacza to jedno, czyli widmo gigantycznych inwestycji w supernowoczesną, certyfikowaną aparaturę diagnostyczną nowej generacji.
Wymuszone zostaną m.in. niezwykle rygorystyczne testy emisji spalin i pełna, zautomatyzowana wysyłka wyników, aby wykluczyć tzw. czynnik ludzki i fałszowanie pomiarów.
I tutaj dochodzimy też do największego absurdu tej całej sytuacji. W normalnym biznesie, gdy przedsiębiorca musi zainwestować potężne środki w nowy sprzęt lub rosną mu koszty utrzymania pracownika, po prostu podnosi ceny swoich usług. Ale nie tutaj. Podwyżki na stacjach diagnostycznych nie zależą od widzimisię właściciela. Są one sztywno przybite do muru rozporządzeniem Ministra Infrastruktury.
Świetnie punktuje to Jolanta Źródłowska, Prezes Zarządu Polskiej Izby Stacji Kontroli Pojazdów, uspokajając jednocześnie kierowców: – Nie można również zakładać, że nakłady inwestycyjne zostaną przerzucone na klientów, ponieważ opłata za badanie techniczne pojazdu nie jest ustalana przez przedsiębiorców prowadzących stacje kontroli pojazdów. Przedsiębiorca nie ma zatem możliwości samodzielnego kształtowania ceny.
Przez 21 lat branża wegetowała na starych stawkach, podczas gdy wszystko dookoła drożało w zastraszającym tempie, więc obecna sytuacja ekonomiczna punktów bywa bardzo nierówna i zależy od lokalizacji.
Ostatnia podwyżka opłat okazała się ledwie cienkim plastrem naklejonym na otwarte złamanie. Bez konkretnych, systemowych zmian i regularnego dostosowywania stawek do bieżących realiów gospodarczych, badania techniczne w Polsce mogą stać się usługą wysoce deficytową. Zastanawiam się tylko, co zrobi państwo, kiedy mniejsze stacje zaczną po prostu masowo upadać? Bo na razie wszystko wskazuje na to, że pędzimy wprost na ścianę. I to z niesprawnymi hamulcami.
