Młody chłopak z rodzicami przegląda stare zdjęcia. Polsko-niemiecka rodzina wspomina wojenną przeszłość.
Kai, Henryk i Agnieszka - w ich domu tematu niemieckich zbrodni nie zamiata się pod dywan Fot. Anna Maciol-Holthausen/DW

1 września Henryk, student z Bonn, jest z dziadkiem na Westerplatte. Dziadek to Polak, którego ojciec brał udział w kampanii wrześniowej. Drugi dziadek, ten ze strony ojca, w tym samym czasie nosił mundur Wehrmachtu.

REKLAMA

Na parapecie pomidory. Na półkach polska i niemiecka literatura, ustawione bez podziału. W rogu salonu fotele kinowe uratowane z likwidowanego kina. Przez okno widać podstawówkę, do której chodził Henio. Mieszkanie wygląda, jakby ktoś przeniósł Kraków do Niemiec. I w pewnym sensie tak właśnie jest.

Dwudziestoletni Henryk ma w sobie historię II wojny. W zasadzie obie historie. To jest dokładnie to, co czyni jego rodzinę wyjątkową w dniu, w którym Europa kolejny raz zadaje sobie pytanie, czym właściwie jest pamięć o wojnie.

Rodziny się nie wybiera

Mama Henryka, Agnieszka, jest pisarką i tłumaczką. Jej rodzice urodzili się jeszcze przed wojną: ojciec, dziennikarz, wywodzi się z rodziny sympatyzującej z Batalionami Chłopskimi, z kolei w rodzinie mamy był partyzant z AK. Tata Henryka, Kai, jest operatorem filmowym.

Pracuje przy kultowej niemieckiej audycji dziecięcej Die Sendung mit der Maus. Jego przodkowie to Niemcy bałtyccy z Rygi i Petersburga, którzy w 1939 roku w popłochu uciekali przed Armią Czerwoną. Jego ojciec, rocznik 1921, został wcielony do Wehrmachtu i przeszedł z nim całą wojnę. Od Francji, przez front wschodni, aż po Kaukaz.

Dwie wojenne historie, które nigdy nie miały się spotkać, spotkały się w ich dziecku, w Henryku.

 – To chyba było w szkole – Henryk wspomina pierwszy moment, w którym poczuł, że jego rodzina jest inna. – Koledzy opowiadali, dokąd jadą na wakacje: na Majorkę czy do Afryki. A ja zawsze jechałem do rodziny, do Polski. To był pierwszy znak, dla mnie i dla nich, że między rodzinami jest jakaś różnica.

Ta różnica miała później dużo bardziej przykre oblicze, bo w niemieckim gimnazjum Henryk usłyszał żarty o Polakach. Dużo wcześniej zanim jeszcze zrozumiał, skąd się biorą.

– Obrażałem się, jak je słyszałem – mówi. – Dopiero później dowiedziałem się, że to pochodzi z propagandy wojennej i szowinizmu XX wieku. Denerwowało mnie, że te żarty zostały, że ciągle je słyszę od ludzi, którzy nawet nie wiedzą, czym jest nazizm.

Wiedza o zbrodniach popełnionych przez Niemców w Polsce, przyznaje Henryk, jest w niemieckim społeczeństwie wciąż bardzo mała. – II wojna światowa jest przerabiana bardzo późno, dopiero w 10., 11. klasie. Wprawdzie mówi się dużo o wojnie w ogóle, ale mało o okupacji na Wschodzie, szczególnie w Polsce.

Dom, w którym wojna była obecna zawsze

W większości rodzin wiedza o wojnie bierze się z podręczników szkolnych. W domu Agnieszki i Kaia rodziła się przy niedzielnym obiedzie – i nikt nigdy nie musiał podejmować decyzji, kiedy zacząć o tym rozmawiać z dzieckiem.

– Wojna była w naszej rodzinie stale obecna – mówi Kai, ojciec Henryka. – Sam tak to przeżywałem jako dziecko. Inne dzieci wieczorem słyszały bajkę o Czerwonym Kapturku. Ja słyszałem od matki, jak to było, gdy była mała. A to bardzo szybko prowadziło do ucieczki przez Gdynię pod pokładem okrętu Kanonier, obozu internowanych w Danii, odwszawianiu na platformach kolejowych.

Jego ojciec, sześciokrotnie ranny żołnierz Wehrmachtu, też nigdy nie milczał: –  U nas wojna nie była zamiatana pod dywan. Z Heniem robiłem dokładnie to samo, co przeżyłem w domu.

Agnieszka opowiada podobnie, z tą różnicą, że jej wojna miała inne współrzędne geograficzne i czasowe: – Kiedy byliśmy w Polsce, to 1 września, szliśmy na apel ku pamięci obrońców Polski. Kiedy byliśmy tam 1 sierpnia –  na obchody wybuchu Powstania Warszawskiego. U nas w domu cały czas mówiło się o wojnie.

Jej matka chowała przed małą Agnieszką książki o obozach koncentracyjnych – a ta i tak wiedziała, w którym kartonie leżą.

Dla Henryka wojna miała, jak mówi, konkretne miejsce: –  Byłem malutki. Pamiętam Powązki. Groby, światełka. Zapytałem chyba wtedy, kto tu leży, jacy ludzie. I wtedy dla mnie zaczęła się wojna.

Odziedziczone poczucie winy

Kai – Niemiec, który nigdy nie celował z broni do innego człowieka, którego ojciec nigdy nie walczył w Polsce – mówi o odziedziczonym poczuciu winy: – Odczuwam to bardzo wyraźnie. Nie ma powodu, żebym osobiście czuł się winny – ale czuję się bardzo odpowiedzialny za to, żeby coś takiego nigdy więcej się nie wydarzyło. I wielu w moim pokoleniu tak ma.

Kiedy Polska wstępowała do Unii Europejskiej, Kai słyszał wokół siebie znajome zdania: teraz przyjadą i ukradną nam samochody. – Odpowiadałem wtedy: w każdej polskiej rodzinie jest ktoś, komu Niemiec kiedyś coś zabrał. Nie tylko rower. Nie mamy tu żadnego powodu, żeby się bać.

Te stereotypy, mówi Kai, są głęboko zakorzenione, ale nie bez przyczyny. – NRD uważała się za kraj bratni Polski i mówiła: nie mamy nic wspólnego z nazistowskimi Niemcami, więc nie musimy nic rozliczać. A Niemcy Zachodnie miały przez żelazną kurtynę mało możliwości, żeby z Polską zrobić naprawdę dogłębne rozliczenie. To nie jest usprawiedliwienie. To znaczy tyle, że musimy zrobić to teraz  – mówi.

Henryk widzi ten sam mechanizm, ale z innej strony i wie, jak boli, gdy trafia w kogoś osobiście.

– Gdy jestem w Niemczech, często jestem widziany jako Polak. A w Polsce raczej jako Niemiec – mówi. –  Kiedyś, gdy byłem w klasie jedynym Polakiem i słyszałem żarty, brakowało mi słów. Nie wiedziałem, jak reagować. Po prostu przychodził smutek.

Dziś ma już dystans: –  Im starsi byli koledzy, tym mniej takich żartów.

Reparacje, które nie są o pieniądzach

Kiedy pytanie o reparacje pojawiło się w niemieckich mediach, Henryk pamięta dokładnie, jak wyglądała reakcja części jego klasy.

– Śmiali się: polska gospodarka się załamuje, dlatego pytają o pieniądze. Co jest zupełnym fałszem: akurat wtedy niemiecka gospodarka raczej słabła, a polska bardzo szybko rosła. To była wypowiedź bardzo ironiczna. I sądzę, że to jest najgorsze – bo można dyskutować, czy reparacje powinny być zapłacone, czy nie. Ale taka reakcja to jest szowinizm, który tylko pogarsza stosunki między naszymi krajami –  wspomina.

Kai patrzy na to inaczej – wie, że pewnych rzeczy nie da się wyliczyć w euro: – Żądania, które są stawiane, są niemożliwe do zapłacenia, bo tego, co wydarzyło się w Polsce w czasie niemieckiej okupacji, w ogóle nie da się wycenić. Ale jesteśmy zobowiązani jako Niemcy, żeby dążyć do możliwie dobrych relacji z Polską.

Dla Henryka to jasne: milczenie i unikanie tematu szkodzi bardziej niż niewygodna rozmowa. – Niemcy nie rozumieją, skąd są te żądania, bo w Niemczech ludzie nie wiedzą dokładnie, co się działo w Polsce – mówi.

Henryk zwraca uwagę na coś innego: dla niego problemem nie jest sama dyskusja o reparacjach. Jego zdaniem można się spierać, czy powinny zostać zapłacone. Problemem jest to, jak Niemcy na te żądania reagują.

– Taka reakcja, jaką dziś prezentuje strona niemiecka, szkodzi relacjom polsko-niemieckim – mówi Henryk nie ukrywając frustracji.  – Obiecują, deklarują, a gdy przychodzi do konkretnych działań, które miałyby świadczyć o realnym rozliczeniu z historią, to są przeraźliwie wolno realizowane: ma być dom polsko-niemiecki, a nie ma lokalizacji, ma być pomnik, nie ma projektu – dodaje. – Dlatego musimy o tym mówić. Na początku będą negatywne reakcje, ale do momentu, w którym Niemcy zrozumieją, o co chodzi. I od tej chwili będzie lepiej.

Trauma, którą słychać

Jest w naszej rozmowie moment, w którym Henryk mówi o czymś, czego nie planował powiedzieć na głos.

– Zabrałem kiedyś niemieckich kolegów do Warszawy, pokazałem im historię. Bardzo ich to zainteresowało. Ale poczułem, że kiedy mówię o Powstaniu Warszawskim, coś dzieje się z moim głosem, że się łamie. Sam byłem zaskoczony. I przez to interpretuję, że jakaś trauma jest.

To zdanie – jakaś trauma jest – wypowiedziane przez dwudziestolatka,  pół-Polaka i pół-Niemca, który nigdy nie widział wojny na oczy, brzmi jak potwierdzenie tego, o czym mówił wcześniej Kai: że dziedziczymy więcej, niż nam się wydaje.

– To nie jest voodoo – mówił Kai. – Istnieje epigenetyka, dziedzina badań prowadzona od lat 60. Wiadomo, że lęk i stres, pochodzące z traumatycznych przeżyć, zapisują się w genach. Wszyscy dźwigamy ten plecak traumy naszych rodziców.

Agnieszka, pytana, co chciałaby, żeby Henryk wyniósł z ich domu, nie mówi o tożsamości narodowej. Mówi o czymś bardziej uniwersalnym.

– Nigdy bym nie narzucała synowi, kim ma być. Każdy sam wybiera swoją tożsamość. Ale najgorszym problemem jest problem, który jest przemilczany – to on staje się największym balastem. Jest zdanie kobiety, która przeżyła nazistowski obóz koncentracyjny: przeszłość musi żyć w tobie, a nie ty w przeszłości. To trzeba oddzielić. Jeśli każdy z nas nie zmierzy się ze swoją traumą, będzie ona przekazywana dalej.

Skarb, nie balast

Zapytany wprost, czy polsko-niemiecka tożsamość go męczy, Henryk odpowiada bez wahania: – Moja tożsamość to skarb. Autentyczne życie w dwóch kulturach, które dostałem od urodzenia. Widzę dwie różne perspektywy – to cenniejsze niż jakikolwiek balast.

Nie jest to naiwny optymizm. Henryk wie dokładnie, ile kosztowało dojście do tego wniosku – ile razy zabrakło mu słów w klasie, ile razy musiał tłumaczyć kolegom, skąd biorą się żarty, które słyszał od chłopaków w gimnazjum. Ale wie też, że rodziny takie jak jego niosą coś, czego nie da się zastąpić żadną kampanią edukacyjną.

– My mamy pogłębioną znajomość obydwu kultur – mówi Agnieszka. – I przez to wchodzimy głębiej w historię drugiego narodu, poznając historie pojedynczych ludzi, z pierwszej ręki. To jest wielka odpowiedzialność i wielka szansa.

"Czas Honoru" z niemieckim dubbingiem

Kai patrzy na tę odpowiedzialność też z innej strony – jako operator filmowy, który zawodowo śledzi, jak historia jest opowiadana na ekranie. Nie kryje zdziwienia, że tak dobrych polskich filmów i seriali historycznych Niemcy po prostu nie widzą.

– We troje obejrzeliśmy wszystkie odcinki "Czasu Honoru". I zastanawiam się, dlaczego na platformach streamingowych są napisy angielskie, a nie ma niemieckich? – mówi.

Winą obarcza też przyzwyczajenia niemieckiej publiczności: – My, Niemcy, oglądamy niestety tylko dubbingowane rzeczy, nie filmy z napisami. To robią tu tylko najzagorzalsi kinomani, szeroka publiczność ogląda tylko dubbingowane produkcje. A to byłoby coś, na co niemiecka instytucja wspierająca kino mogłaby dać pieniądze – żeby polskie seriale, które poruszają tę historię, dotarły tutaj. "Czas Honoru" był pokazywany w Szkocji i tam nagrodzony. Tu też by się spodobał, bo pokazuje, co wojna robi z ludźmi – ze wszystkimi ludźmi. To nie jest tylko czarne i białe.

Westerplatte, 1 września

W tym roku Henryk jest z dziadkiem, którego ojciec walczył w kampanii wrześniowej, na Westerplatte. Stoją razem w miejscu, od którego zaczęła się wojna, w której jego drugi dziadek, w mundurze Wehrmachtu, brał udział po drugiej stronie frontu.

Nie ma w tym nic z symbolicznego pojednania na pokaz. Jest w tym po prostu rodzina, która od 20 lat robi to, co ojciec Henryka, Kai, nazywa jedynym możliwym sposobem radzenia sobie z historią: mówić o niej głośno zamiast milczeć.

– Ten balast, który dźwigamy, to nie jest jakieś nowe odkrycie – powtarza Kai. – Ale wszystko, co jest przemilczane, staje się jeszcze większym balastem.

W mieszkaniu z pomidorami na parapecie, z fotelami kinowymi wyciągniętymi z rozbiórki, z widokiem na podstawówkę, do której chodził mały Henio ta zasada nie zmienia się od lat. Może właśnie dlatego to mieszkanie – mimo dwóch języków, dwóch historii i dwóch dziadków po dwóch stronach wojny –  wygląda tak spójnie: jakby ktoś naprawdę przeniósł tu kawałek Krakowa.

Bo dom, w którym nie ma rzeczy przemilczanych, w końcu staje się jednym domem.