
Wystarczyło udowodnić swoje niezwykłe zdolności w kontrolowanych warunkach. James Randi oferował za to milion dolarów, a chętnych nie brakowało. Mimo to nagroda pozostała nietknięta. W "Biurze Tajemnic" Bartosz Migas opowiada o testach, podczas których pewność siebie zderzała się z bezlitosnym wynikiem.
Przewracanie kartek siłą umysłu, widzenie aury, odnajdywanie ukrytych przedmiotów. Dla publiczności takie pokazy bywały dowodem na istnienie zjawisk niewytłumaczalnych. Dla Randiego były przede wszystkim powodem, żeby sprawdzić, co dzieje się poza zasięgiem wzroku widza. Sam był iluzjonistą. Potrafił zadziwiać, ale otwarcie przyznawał, że za jego występami nie stoją żadne nadprzyrodzone moce.
Milion dolarów i trzy proste pytania
Wyzwanie zaczęło się od tysiąca dolarów. Z czasem stawka wzrosła do miliona. Kandydat musiał określić, co potrafi, z jaką skutecznością i w jakich warunkach. Zasady eksperymentu uzgadniano z nim przed rozpoczęciem próby. Sukces miał być mierzalny, a wynik odróżnialny od zwykłego przypadku.
Już ten etap okazywał się przeszkodą. Jak relacjonuje Migas, powołując się na wspomnienia Randiego, część zgłaszających opisywała swoje zdolności na wielu stronach, ale nie potrafiła wskazać konkretnego efektu, który można sprawdzić. Inni urywali kontakt, gdy przychodziło do ustalenia szczegółów.
Droga do pieniędzy prowadziła przez test wstępny i finał. Według przywołanej w podcaście relacji Randiego nikt nie przeszedł pierwszego etapu. Uczestnikom nie brakowało jednak wyjaśnień: zawinić miały planety, energia otoczenia albo wyjątkowo niesprzyjające warunki.
Telekineza przegrała ze styropianem
Jedna z najbardziej wymownych historii dotyczy Jamesa Hydricka. Twierdził, że potrafi przewracać strony książki bez dotykania jej, wyłącznie siłą umysłu. W 1981 roku w programie „That's My Line” czekał na niego test, którego stawką było 10 tys. dolarów.
Randi rozsypał wokół książki lekkie kawałki styropianu. Miały ujawnić podmuch powietrza, gdyby to on odpowiadał za ruch kartek. W tych warunkach Hydrick nie zdołał wykonać zadania. Powoływał się na elektryczność statyczną i studyjne oświetlenie. Randi pokazał natomiast, jak można poruszać kartkami, odpowiednio dmuchając.
W odcinku wraca też historia Petera Popoffa. Informacje o uczestnikach jego pokazów miały pochodzić od Boga. Zespół Randiego wykazał jednak, że przekazywała je żona Popoffa przez radio do ukrytej w jego uchu słuchawki. Za zdumiewającą wiedzą stała technika.
Porażka nie zawsze odbierała wiarę
Nie każdy uczestnik musiał świadomie oszukiwać. Randi uważał, że wielu radiestetów szczerze wierzyło w działanie swoich różdżek. Nie dostrzegali, że sami mogą wprawiać je w ruch, wykonując drobne, nieświadome gesty. Zapamiętywali trafienia, a pomijali nieudane próby.
Ten mechanizm wykracza poza opowieści o niezwykłych mocach. Sen przypominający późniejsze wydarzenie łatwo uznać za proroczy. Znacznie trudniej pamiętać wszystkie pozostałe, które nie miały żadnego związku z rzeczywistością. Przekonanie rośnie, choć dowodów nie przybywa.
Jak mocna bywa taka pewność? Migas przytacza anegdotę Randiego o mężczyźnie, który przyjechał do fundacji z pustą walizką na wygraną. Twierdził, że świeci w ciemności. Po zgaszeniu światła nikt go jednak nie widział. Wyszedł bez pieniędzy.
Wyzwanie zakończono w 2015 roku, a nagrody nie wypłacono. Nie jest to dowód rozstrzygający każde twierdzenie o zjawiskach paranormalnych. Pokazuje jednak, że deklarowane zdolności uczestników nie wytrzymały uzgodnionych testów. Dlaczego nawet wtedy część ludzi pozostawała nieprzekonana?
Całą historię Randiego i jego konfrontacji z rzekomymi cudami poznacie w tym odcinku "Biura Tajemnic".
