
Zacznę od przewrotnego wyznania: nigdy nie byłem fanem Volkswagena, a w szczególności Passata (cóż, chyba nie jestem prawdziwym Polakiem). Doceniałem usportowione wersje GTI czy VR6, a Golf II GTI był pierwszym sportowym autem, z którym miałem w życiu styczność, po tym jak mój ojciec zamienił wysłużonego Malucha na ten właśnie model.
Potem przyszła pora na Golfa III VR6, który w tamtych czasach wzbudzał większe poruszenie na ulicy niż dzisiaj 911-tka. Boczna szyba po stronie kierowcy była wiecznie upstrzona odciskami dłoni, bo nie było na osiedlu dzieciaka, który nie spojrzałby na licznik. Tylko drugie VR6 w okolicy – Corrado – wzbudzało u mnie większą ekscytację. Gdy podrosłem, niemiecka marka zniknęła z mojego motoryzacyjnego radaru. Aż do teraz…

Wszystkie te chwile, gdy serce mocniej bije
Niejeden czytelnik popuka się w głowę, gdy przeczyta, że modelem, który sprawił, że moje serce mocniej zabiło nie był żaden mocny, sztywny i porykujący benzyniak spod szyldu GTI albo R, a elektryczny ID.7. Napędzany prądem flagowiec z Wolfsburga to genialny samochód, ale to nie jego parametry techniczne, rozmiar czy wygoda sprawiły, że będę go wspominał z rozrzewieniem.

Rzecz w tym, że patrzę na samochody przez pryzmat emocji, które we mnie wywołują, które odczuwam, prowadząc. Nie interesuje mnie moc silnika (ale pojemność i liczba cylindrów już tak), przyspieszenie do setki, czy czas okrążenia północnej pętli Nurburgringu. Wyrosłem ze sprawdzania prędkości maksymalnej na liczniku. W głębokim poważaniu mam naszpikowane elektroniką bolidy, którymi jazda nie rózni się niczym od grania na konsoli.

Volkswagen ID.7 zabrał mnie na niezapomnianą przygodę, podczas której narodziły się wspomnienia trwalsze niż silnik 1.9 TDI tegoż niemieckiego producenta. Jeden samochód spełnił marzenia trzech osób za jednym zamachem, bez wysiłku. Jakie? Są na tym świecie drogi, które choć raz w życiu chciałby przejechać każdy fan motoryzacji. Szwajcaria obfituje w wiele takich tras, a alpejskie przełęcze przyciągają kierowców niczym syrenii śpiew marynarzy.

Niezła Furka
Jedną z najsłynniejszych tras w szwajcarskich Alpach jest Furkapass. To stara droga, wiodąca przez skaliste szczyty i bezkresne pastwiska, której pokonanie zajmowało niegdyś kilka dni. Dlatego, bodaj najsłynniejszym punktem na trasie jest opuszczony hotel Belvedere, położony na jednym z wielu nawrotów, z pięknym widokiem na panoramę gór, a niegdyś także na lodowiec Rodanu.

Rozwój motoryzacji i udoskonalenie samochodu zadały śmiertelny cios infrasktrukturze turystycznej rozsianej wzdłuż przełęczy Furka, ponieważ umożliwiły pokonanie całej trasy w znacznie krótszym czasie niż jeden dzień. Wijąca się serpentynami droga jest dzisiaj atrakcją turystyczną z zapierającymi dech w piersiach widokami i ziemią obiecaną dla kierowców najdoskonalszych współczesnych samochodów.

Niemiecką motoryzację reprezentują tu najczęsciej wszelkie odmiany i generacje Porsche 911, w tym GT3, które zostało chyba stworzone z myślą o takich drogach jak Furkapass. Jezdnia miejscami jest tak wąska, że nie ma szans, by minęły się na niej dwie szerokie jak szafa GT3 RS. Dodam, że zamiast pobocza z jednej strony kłaniają się ku asfaltowi skalne ściany, a z drugiej patrzymy wprost w przepaść.

Wydawałoby się, że to nie miejsce dla niemal 5-metrowej, masywnej limuzyny, jaką jest ID.7. Pozory jednak mylą, a elektryczny flagowiec Volkswagena sprawdził się na szwajcarskich serpentynach znakomicie. Głównie dzięki niewielkiemu promieniowi skrętu – ten samochód jest w stanie zawrócić niemal w miejscu, nigdy czegoś podobnego nie doświadczyłem. Poza tym reakcja na gaz jest – jak to w elektrykach – natychmiastowa, środek ciężkości położony nisko, a układ kierowniczy precyzyjny.
Nie będę ukrywał, że widziałbym się na alpejskich przełęczach raczej w BMW M2 CS, które niedawno testowałem, czy w takim 911 GT3 generacji 997, ale nie zapominajmy, że mówimy o drogach publicznych, a łamanie ograniczeń prędkości w Szwajcarii (wszędzie indziej też) to bardzo zły i kosztowny pomysł. Volkswagen ID.7 sunął przez te widowiskowe szosy z wcale nie mniejszą sprawnością niż supercary, zapewniając pasażerom znacznie większy komfort.

Żródłem przyjemności jest sama jazda po takiej drodze, napawanie się widokami na gęsto rozsianych przystankach i oddychanie pełną piersią czystym górskim powietrzem o zapachu wolności. To jak szybko przejedziesz dany odcinek jest bez znaczenia. No chyba, że…
Drugą spektakularną przełęczą, którą przemierzyłem w tę i we w tę kilka raz jest Berninapass. W tym przypadku mamy do czynienia z szeroką i dobrze utrzymaną drogą, z której rozpościerają się widoki na góry, doliny i lodowiec, a krajobraz wygląda momentami wręcz nieziemsko, jakbyśmy niepostrzeżenie zmienili planetę.
Berninapass – przełęcz ze snu
Pierwszy przejazd Berninapass nieomal się nie odbył, ponieważ okazało się, że droga za 5 minut ma być zamknięta, by mógł odbyć się na niej wyścig górski klasycznych i egzotycznych samochodów. Szczęśliwym zrządzeniem losu trafiłem na chyba najbardziej niesamowitą imprezę motoryzacyjną w moim życiu – Bernina Gran Turismo.

Przejeżdżając obok tawerny na szczycie, której parking służył za zaplecze wyścigu, przecierałem oczy ze zdumienia. W szpalerze samochodów zobaczyłem takie rodzynki jak: wyścigowe Ferrari 365 Daytona NART (North American Racing Team), Alfa Romeo 8C Monza, Ferrari 275, Lancia Delta Evo, Alfa Romeo TZ2, Mercedes 300 SLR, czy GMA T.50 tzw. "fancar".

Rzutem na taśmę zjechałem prędko do położonego kilkadziesiąt zakrętów dalej i niżej punktu startowego, zająłem miejsce na pobliskim wzniesieniu i chłonąłem atmosferę, charakterystyczny zapach benzyny z gaźnika i rozpływałem się w symfonii dźwięków silników, które niestety są już prehistorią.

Nie mogę nie wspomnieć o przełęczy Julierpass i drodze, która meandruje tam wśród strzelistych turni i czerwono-pomarańczowych pastwisk, tworząc iście marsjański krajobraz. To, jak różnorodna jest Szwajcaria i jak bardzo zmienia się widok za oknem na odcinku zaledwie 50-100 kilometrów wymyka się najśmielszym wyobrażeniom. W moich oczach, to jeden z najpiękniejszych obszarów Europy, a nawet świata.

Szwajcarskie Alpy na stałe wryły się w moją pamięć i nie byłoby to możliwe bez odpowiedniego narzędzia – Volkswagena ID.7. Teraz, drogi czytelniku już wiesz dlaczego zapałałem miłością do elektrycznego Niemca. Nic tak nie łączy, jak wspólna, epicka przygoda. Jesteśmy z ID.7 niczym Frodo i Sam, połączeni czymś większym niż my sami.
Czy to już klasa premium? Tak
Wróćmy jednak ze Śródziemia na ziemię i przyjrzyjmy się twardym danym. Sercem flagowej, elektrycznej limuzyny z Wolfsburga jest umieszczony przy tylnej osi silnik elektryczny generujący moc 286 KM oraz potężny moment obrotowy wynoszący 545 Nm. W wersji Pro S kluczowym elementem jest powiększona bateria o pojemności aż 86 kWh. Taki zestaw według cyklu WLTP pozwala na przejechanie nawet 700 kilometrów na jednym ładowaniu.

Jak te deklaracje znoszą zderzenie z rzeczywistością? Na dystansie 1300 kilometrów zrobiliśmy 4 przystanki na ładowanie. Niektórzy powiedzą, że to dużo, ale należy zaznaczyć, że pokonałem większość trasy na tempomacie z autostradową prędkością, włączoną klimatyzacją i wszystkimi udogodnieniami, nie schodząc poniżej 20% naładowania baterii.
Samo ładowanie na szybkich ładowarkach zajmuje zaledwie 15-20 minut w zakresie od 20 do 80%, a naładowanie do 100% trwa około pół godziny. Dokładnie tyle, ile potrzeba na rozprostowanie nóg i dobrą kawę. Ten naturalny rytm sprawił, że co kilka godzin robiliśmy regeneracyjną przerwę. Efekt? Całą trasę przejechałem bez skrajnego zmęczenia, a do celu dotarliśmy wypoczęci. Rytm jazdy elektrykiem okazał się po prostu znacznie bezpieczniejszy i bardziej ludzki.

Największe zaskoczenie czekało nas podczas zjazdów. To, jak w górzystym terenie działa rekuperacja, graniczy z magią. Z pomocą grawitacji, silnik pracujący jako generator ładował baterię w imponującym tempie. System odzyskiwania energii działał tu tak wydajnie, że po samej Szwajcarii pokonaliśmy setki kilometrów bez żadnego ładowania!
Wersja Pro S Plus wznosi pojęcie wygody na najwyższy poziom, sprawiając, że granica między marką popularną a klasą premium zaciera się. Wnętrze ID.7 to prawdziwa oaza spokoju. Jakość użytych materiałów, miękkie wykończenia, podświetlenie nastrojowe oraz kapitalne fotele ergoActive z funkcją masażu i wentylacji czynią z tego auta idealnego pożeracza autostrad.

Zachwycające jest też wyciszenie kabiny. Dzięki zastosowaniu podwójnych szyb akustycznych oraz dopracowanej aerodynamice, w środku przy prędkościach autostradowych panuje absolutna cisza. Najlepszą recenzją niech będzie stwierdzenie mojej żony, że nie jeździła nigdy wygodniejszym autem.

Mówią, że miłość jest ślepa; moja wskrzeszona sympatia do Volkswagena, jest ślepa ewidentnie. Ślepa na przeszłość, na wygląd, na status marki, na opinię innych ludzi. Dlatego, że rozpaliła ją inna iskra – wspólnie przeżyta przygoda, coś nieuchwytnego, nienamacalnego, niewidocznego. Ktoś mógłby powiedzieć, że łatwo zakochać się w samochodzie o tak wielu zaletach. Tak, ID.7 jest pod wieloma względami autem doskonałym, ale kto powiedział, że nie można mieć wszystkiego?
