Charlie i Fabryka Czekolady

Nasi ukochani amerykańscy naukowcy poza dowodzeniem, że marihuana jest lepsza dla młodzieży niż alkohol, albo że szczurze zarodki nie wcale są idealnym suplementem diety, od lat twierdzą, że największe szanse na osiągnięcie sukcesu mają dzieci, które musiały od najmłodszych lat borykać się z jakimś problemem. Takie, którym po prostu nigdy nie było za dobrze. Takie, które są bezczelne. I tu na pewno mają rację.

REKLAMA
Sen z powiek tym dzieciom mogła spędzać albo bieda w domu, albo fakt, że wychowywał je tylko jeden rodzic, albo problemy z rówieśnikami. Na drodze do sukcesu najlepiej radzili sobie ci, którzy doświadczali kumulacji tego wszystkiego, co wymieniłam wcześniej. Wygrywają dzieciaki wychowywane przez ledwie wiążące koniec z końcem samotne matki lub ojców. Obserwując zaradność rodzica, dzieci same najlepiej się jej uczą, a w dodatku poznają dobre sposoby na szybkie radzenie sobie z problemami lub odsuwanie ich od siebie. Poza tym, od początku wiedzą, że świat wcale nie jest takim przyjemnym miejscem. Są odporne na kolejne kopniaki. I bezczelne.
Ci, którym jest dobrze, nie mają w sobie woli walki, nie muszą o nic zabiegać. Za to ci, którzy od zawsze czegoś potrzebowali doskonale znają skuteczną taktykę „na bezczela”. W tekście Krzysztofa Majaka o Hannie Rydlewskiej, która postawiła Zuzę Ziomecką przed faktem dokonanym, mówiąc, że będzie u niej pracować, ten mechanizm został dobrze pokazany. Wszystko na jedną kartę, szybkość działania i pewność siebie – tak właśnie teraz działają dzieciaki, które w młodym wieku odnoszą sukces (prawdziwy, nie kupiony przez rodziców). Nie pamiętam, które dokładnie mamy teraz pokolenie, czy to X, czy Y, czy może Z, jednakże jedno jest pewne - w każdym z nich przebijają się z reguły ci, którzy są B, czyli biorący sprawy w swoje ręce, nie czekając na pomoc od innych. A także są gotowi na podejmowanie trudnych decyzji.
Mój przyjaciel Karol to pyskaty i bezczelny chłopiec, który w dodatku się tego nie wstydzi. Jest artystą wizualnym - realizuje się w fotografii i filmie. To nie tylko jego pasja, ale i zawód. Nie jest dzieciakiem ganiającym z lustrzanką, który robi zdjęcia koleżankom na torach i przy murze. Karol realizuje zlecenia dla Opery Narodowej, jest już po debiutanckiej wystawie i obecnie przygotowuje się do wyjazdu, kierunek - Londyn. Jego rówieśnicy dopiero co zdawali maturę. On nie. Liceum kończy eksternistycznie i wbrew stereotypom nie jest ani nastolatkiem z poprawczaka, ani młodą matką, ani kimś, kto intelektualnie sobie ze szkołą nie może poradził - wręcz przeciwnie. Po drugiej klasie liceum zdecydował się rzucić szkołę, wyjechać do Warszawy i zająć się fotografią.
Szkoła, którą rzucił była jego drugim liceum. Z pierwszego został wyrzucony. - W mojej szkole istniało koło filmowe. Po pięciu latach chodzenia na nie i po wielu zrealizowanych filmach chciałem zrobić swój własne dzieło. Poprosiłem nauczyciela prowadzącego, żeby napisał ze mną scenariusz. Po 4 miesiącach zaczął się go bać, ponieważ film opowiadał o szkole i nienawiści do nauczycielki. Prowadzący obawiał się, że straci swoją posadę w momencie kiedy ludzie skojarzą te fikcyjne postaci z prawdziwymi. Poproszono mnie o zaprzestanie kręcenia tego filmu, lecz ja się nie zgodziłem i protestowałem. Dostałem naganę i wyrzucili mnie ze liceum, a uzasadniono to tym, że działam przeciwko dobru społeczności szkolnej. Zmieniłem szkołę, a później zdecydowałem się rzucić liceum i wyjechać. Karol uważa, że to była najlepsza decyzja, jaką mógł podjąć.
Kolejnym przykładem bezczelnego i pyskatego dzieciaka jestem ja. Domyślam się, że nie jestem Waszą ulubioną autorką. Nie chcę się jakoś przesadnie usprawiedliwiać, ale mimo wszystko warto wspomnieć, że mam równo dwadzieścia lat, zaczynam, próbuję, rozwijam się, szukam. Moje opinie mimo że są czasem kontrowersyjne, a czasem uważane za głupie, znacie Wy, czy chcecie tego czy nie - choć raczej chcecie, bo przecież nikt nie nakazuje Wam czytać moich tekstów. Jest Was sporo, sprawdzam statystyki. Bardzo niewielu z nas, dwudziestolatków, zarabia na tym, co lubi robić. I nie każdy z moich rówieśników ma taką szansę, aby być czytanym przez takie grono, za co Wam dziękuję, nawet jeżeli przyszliście tu po to, żeby mnie troszkę przytemperować.
Dlaczego ja? Zauważyłam w komentarzach, że często sami o to pytacie. Dlaczego ta Lewandowska? Czemu akurat na głównym temacie są jej wypociny/bzdurne teksty/odwalane wierszówki i tak dalej? Już śpieszę z odpowiedzią! Nie, wcale nie dlatego, że ktoś mi to załatwił. Nie kupił mi też tego tata, żebym mogła się trochę pobawić w dziennikarkę. Dlaczego? Bo tego chciałam od pierwszego dnia, kiedy tylko zobaczyłam ten serwis.
Nie wygrałam tej posady na loterii, tak samo jak żadnej poprzedniej. Do pierwszej swojej pracy zrobiłam dokładnie takie samo wejście jak wspomniana wcześniej Hanna Rydlewska. Do wszystkich programów stypendialnych, konferencji i konkursów zgłaszałam się sama. Nie czekałam na to, aż zrobi to szkoła, jak działo się w przypadku moich znajomych w innych liceach. Czekając prawdopodobnie nie doczekałabym się nigdy. Co kilka dni sprawdzałam w internecie wieści ze świata grantów i zgłaszałam się po nie. Nikt mi nie pomagał bo ambitni uczniowie, tak jak kiedyś pisałam, zdają się być przekleństwem w szkołach.
Mimo że my, dwudziestolatkowie biorący sprawy w swoje ręce, dostaliśmy już parę kopniaków, wiemy co zrobić, żeby osiągnąć to, czego chcemy. Od samego początku musieliśmy o coś walczyć i nie zawsze było miło. Czy tego chcecie czy nie, teraz nie wystarczy być po prostu zdolnym. Dziś świat należy do bezczelnych dzieciaków!