
Gdy w kraju na Bliskim Wschodzie zaczyna brakować paliwa na stacjach, to znaczy, że jest naprawdę źle. Przemiany ustrojowe po obaleniu rządów Hosniego Mubaraka doprowadziły do tego, że taki stan rzeczy właśnie można zaobserwować w Egipcie. Choć kraj ten produkuje "tylko" ok. 1 proc. ropy dostępnej na świecie, to dotąd wystarczało to do utrzymania prawie pełnej samowystarczalności. Teraz stacje benzynowe w Kraju Faraonów czekają na dostawy nawet miesiąc.
REKLAMA
A gdy te już docierają, są śmiesznie małe. Stacje, które zamawiają dziesiątki tysięcy litrów ropy otrzymują ich zaledwie kilka. Szczególnie te, które należą do prywatnych przedsiębiorców. Im brakuje już każdego typu paliwa. Na takie problemy nie narzekają dystrybutorzy państwowi. Lub narzekać im nie wolno.
Gdzie leży przyczyna? Obalenie reżimu prezydenta Mubaraka nie odbiło się na dłużej na przemyśle wydobywczym. Produkcja paliw przebiega podobno bez zakłóceń. Problemy zaczynają się, gdy mowa o dystrybucji. Ministerstwo ds. Ropy Naftowej Egiptu twierdzi, że problemów z dostawami nie powinno być, bo nie ma ku temu żadnych podstaw. Przedsiębiorcy oskarżają tymczasem władze, że dystrybucją zaczęła rządzić korupcja i rząd ma zmowę z niektórymi największymi dostawcami. Sami też są oskarżani - o sprzedaż paliwa na czarnym rynku.
Prawda jak zwykle leży pewnie po środku. Nam w Polsce przychodzi pocieszyć się, że nie tylko my mamy na stacji problem. Pytanie, który lepszy - brak paliwa, czy takie, które kosztuje nawet ponad 6 zł za litr?
