Artur Liebhart: Jeśli nie potrafiłbym zachwycić się filmem, rzuciłbym to co robię

Artur Liebhart
Artur Liebhart
– To coś między głosem serca a szaleństwem – mówi o swoich życiowych wyborach Artur Liebhart, założyciel firmy dystrybucyjnej Against Gravity i twórca festiwalu PLANETE+ DOC FILM FESTIVAL. W rozmowie z naTemat opowiada o swoich planach, o tym, że filmem można zmienić świat, oraz tłumaczy, dlaczego chciałby zobaczyć film dokumentalny o Kwaśniewskim i Stadionie Dziesięciolecia.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że ogląda 1000 filmów dokumentalnych rocznie. To prawie trzy dziennie. Jak przy tak ogromnym “przerobie” nie stracić wrażliwości wobec oglądanych obrazów? Czy potrafi Pan jeszcze tak zupełnie naiwnie zachwycić się jakąś produkcją?

Artur Liebhart:
To, że oglądam 1000 filmów rocznie, nie znaczy, że wszystkie śledzę do napisów końcowych. Ale jeśli nie potrafiłbym zachwycić się filmem, to rzuciłbym to, co robię.

Czy ostatnio jakiś film szczególnie zapadł panu w pamięć?


Mój ostatni "naiwny" zachwyt zdarzył się w czasie oglądania filmu fabularnego "Salvo" w reżyserii Fabio Grassadonia i Antonio Piazza w Cannes w tym roku. Film jest historią  sycylijskiego mafiosa, który nieoczekiwanie zakochuje się w niewidomej siostrze swojej ofiary. Tajemnica tego filmu leży w kunszcie aktorskim i formie filmu. I w czymś, co cenię w filmach fabularnych: pedantycznym dążeniu do osadzenia fabuły w rzeczywistych, dokumentalnych przestrzeniach społecznych.

Czy ma pan swoich ulubionych reżyserów filmów fabularnych?

Seidl, Łoźnica, Dworcewoj, Reygadas – to moi mistrzowie "zagadnienia". Ale na to potrzeba czasu. Dużo czasu. Ich fabuły powstają latami.

A pana ostatnie dokumentalne zachwyty?  

"Abu Haraz" Macieja Drygasa, "Sztuka znikania" Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego. Ten drugi jest bodaj najbardziej odważnym filmem o polskiej historii najnowszej, a jednocześnie dowodem, że dla Sztuki Dokumentalnej nie ma granic gatunkowych.

Co jest dla Pana kluczowe przy selekcji filmów na Planete+ Doc Film Festiwal? Czy klucz doboru jest tożsamy z Pana osobistym gustem filmowym?

Selekcja ponad 100 filmów do programu festiwalowego nie powinna być oparta wyłącznie na jednym guście filmowym, choćby tak "pojemnym" jak mój. Na szczęście mam dość szerokie zainteresowania i nie kieruję się w doborze filmów wyłącznie gustem filmowym. Pomagają mi również moi współpracownicy, aby możliwie jak najszerzej pokazać świat językiem filmowym wysokiej próby. I tu niebagatelne znaczenie ma forma . A zrobić dobry film dokumentalny, bez głosu z offu, podążając za historią bohatera, wykorzystując archiwalia, poddając się reżimowi montażu, itd. jest o wiele trudniej niż nakręcić dobrą fabułę.


Nadal wielu uważa, że film dokumentalny, to coś, co można zobaczyć w TVN24 i na takie rzeczy nie chodzi się do kina. Kinowy film dokumentalny jest jednak jak magnes. Raz się go zobaczy w sali kinowej i człowiek uzależnia się na zawsze. Znamy takie przykłady z festiwalu PLANETE+ DOC. Film dokumentalny - powtarzam film, nie produkcje telewizyjne, tzw. "dokumenty" -  jest najszybciej rozwijającym się gatunkiem filmowym. Potrafi zostać w głowie i w sercu długo po wyjściu z kina. Takie produkcje filmowe proponujemy czterdziestotysięcznej widowni festiwalu filmowego PLANETE+DOC, trzeciego co do popularności festiwalu filmów dokumentalnych w Europie.

Jak widzi Pan przyszłość festiwalu?

W pewnym sensie już jesteśmy "w przyszłości" festiwali filmowych: PLANETE+DOC to jedyne w Polsce tego typu wydarzenie, które odbywa się równolegle w dwóch miastach – Warszawie i Wrocławiu i, również równolegle, ma swoje odsłony w 30 miastach na terenie całego kraju w ramach "Weekendu z PLANETE+DOC”. Żyjemy w XXI wieku, więc nie rozumiem dlaczego festiwal, a więc święto filmu, musi być przeznaczony tylko dla publiczności jednego miasta. To bardzo konserwatywne, jeśli nie bojaźliwe podejście.

Na waszym festiwalu widać duży nacisk na interakcję z widzami, na wychodzenie poza samo oglądanie filmów.

Ze swej natury jestem nastawiony na poszerzanie wrażliwości na świat i solidarności z nim, czy wręcz wezwanie do akcji, a film dokumentalny jest dla mnie pretekstem do dyskusji. Dlatego na PLANETE+ DOC organizujemy ponad 20 dyskusji po filmach. Nasza publiczność tego wymaga. To aktualne i przyszłe elity tego kraju. Najbardziej wymagająca widownia kinowa. Musimy dostarczać jej "food for thought". To wspaniałe zajęcie. Współpracujemy z wieloma organizacjami robiąc debaty, warsztaty, koncerty. W tym roku w sumie zorganizowaliśmy 60 wydarzeń pozafilmowych, pracując na budżecie kilkakrotnie niższym niż festiwale filmów fabularnych. Ale plany mamy i owszem, jeszcze bardziej ambitne.

A konkretnie o czym myślicie?

Akademia PLANETE+ DOC rozpoczyna fakultety uzupełniające na kilku uniwersytetach, których program oparty jest na filmie dokumentalnym. Szykujemy symultaniczne wydarzenia filmowe z dyskusjami w ramach festiwalu w 100 miastach w Polsce. Wierzę, że film dokumentalny może zmienić świat zaczynając od świadomości widzów.

W jaki sposób narodziło się w Panu pragnienie, by zająć się właśnie filmem dokumentalnym i ambitną fabułą? To chyba nieoczywisty, ryzykowny wybór. Czy myślał Pan o tym ryzyku? Czy sądził Pan, że w Polsce “popyt” na ambitne kino jest na tyle duży, że Against Gravity zdoła utrzymać się na rynku?

Od ósmego roku życia co niedziela chodziłem sam do kina. Mój pierwszy karnet na Konfrontacje, poprzednika Warszawskiego Festiwalu Filmowego nabyłem gdy miałem 13 lat. Natomiast film dokumentalny stał mi się bardzo bliski w czasie studiów na Wydziale Nauk Politycznych i Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. W pewnej chwili po prostu przyszedł moment życiowej decyzji: albo robię coś nowego, aby zarobić na życie, albo wykorzystując swoje rozliczne doświadczenia biznesowe, poświęcam się pasji. Jeśli na początku tej drogi, w 2003 roku, analizowałbym ryzyko, to nie byłoby sensu zaczynać. Dlatego uważam, że dane rynkowe mają ograniczoną wartość.

Czy w Polsce jest klimat dla filmu dokumentalnego i ambitnej fabuły?

Choć klimat w Polsce jest bardzo "komercyjny", to wierzę, że Polacy są społeczeństwem filmowym. Ile można oglądać te same historie w różnych kostiumach? Ile razy można oglądać w kinach widowiska, bo przecież trudno je nazwać filmami? Ciekawe, inspirujące intelektualnie i poruszające emocjonalnie kino nadal istnieje. Myślę, że nadchodzi klimat na zmiany. Ostatnio mówił o tym… Steven Spielberg. Film kinowy, w swojej autorskim wydaniu,  zmieni swój status. Stanie się czymś w rodzaju teatru – w sensie prestiżu i znaczenia, oddzieli się od pseudo-widowisk kinowych. Działalność Against Gravity ma mocne podstawy  i nastawiamy się na rozwój, a nie brak "popytu". Oczywiście jesteśmy przygotowani na różne scenariusze rozwoju rynku, ale staramy się raczej kreować nowe możliwości rozwoju niż podążać za trendami, które na końcu “konsumują” i tak główni, komercyjni, gracze.

Co zrobić, żeby w takiej rzeczywistości móc zarabiać proponując widzom twórczość trudną, niebanalną, wymagającą?

Szefowie czołowych kin w Polsce zauważają, iż widzowie coraz staranniej wybierają filmy. Nie nabierają się już na reklamę i nawet gwiazdorska obsada nie zapewnia już sukcesu kasowego. Dystrybucja kinowa przypomina kasyno. Przy komercyjnych tytułach filmowych ryzyko straty jest olbrzymie, a każdego roku dochodzi do kilku spektakularnych wpadek na miliony złotych. Dlatego największe firmy dystrybucyjne muszą dostosowywać się do tzw. masowego gustu, bo on jest bezpieczną opcją biznesową. Wyobraźmy sobie, że Pedro Almodovar, Lars von Trier, czy David Lynch debiutują dziś. Obawiam się, że żaden ich film nie byłby wyświetlany w mutlipleksach. Ten sam model "bezpiecznego" myślenia przejawiają stacje telewizyjne, zrównując widza do najniższego wspólnego mianownika. Miałkość jest w cenie, bo na pewno się sprzeda i słupki oglądalności będą utrzymane.

Ale są wyjątki.

Tak. I to one są jaskółką nadziei. TVP Kultura ma bardzo dobre wyniki oglądalności biorąc uwagę swój zasięg. Czołowe festiwale filmowe są oblegane przez widzów spragnionych dobrego kina. Tak jest też na PLANETE+ DOC. Dla mnie film, który nie pobudza do myślenia, nie jest wart biletu i wysiłku, aby go przedstawiać polskiej widowni. W ten sposób wyraża się mój szacunek do widza. Kluczem jest dotarcie do niego z kinem niebanalnym. To powinien być cel, na który kieruje swój wysiłek dystrybutor kina autorskiego.

Czy w ramach działalności Against Gravity wprowadzenie któregoś z filmów na polski rynek miało dla Pana specjalne, osobiste znaczenie?

Dużym wydarzeniem dla mojej firmy było wprowadzenie w 2008 roku do kin filmu "Spotkania na krańcach świata" Wernera Herzoga. Przyjazd Mistrza Wernera na mój festiwal rok później potwierdził czołową pozycję tego wydarzenia w naszej części Europy – pamiętajmy, iż Herzog wybiera rocznie tylko jeden festiwal filmowy, na który przybywa jako gość. W efekcie PLANETE+DOC otrzymał nagrodę Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej w kategorii "Najważniejsze międzynarodowe wydarzenie filmowe roku".

Dużym sukcesem Against Gravity było też wygranie wyścigu do praw do dystrybucji w Polsce trylogii filmowej Urlicha Seidla "RAJ" ( Miłość, Wiara, Nadzieja). W tym roku jesteśmy nominowani przez PISF w kategorii "najlepszy dystrybutor fimów zagranicznych roku" właśnie za dystrybucję tego cyklu. Ostateczne decyzje o zwycięstwie w tej kategorii zostaną ogłoszone na festiwalu w Gdyni.

W życiu zajmował się Pan m.in.  biznesem, reklamą, później filmem. W jednym z artykułów czytamy o Panu: “Zaczyna od chińskich kurtek. Tu kupi, tam sprzeda. Nabiera rozpędu. Handluje wszystkich wliczając w to leasingowane jaguary dla rosyjskich biznesmenów.” Czy mógłby Pan opowiedzieć o tamtych czasach?

Studia skończyłem w 1989 roku. Otrzymałem propozycję zostania na uczelni, ale po roku zrezygnowałem. Wszystko, co ciekawe, działo się wtedy na ulicy, a mnie pociągały rzeczy, których nie znałem i które były nowe, trudne i ekscytujące. W czasach studenckich dorabiałem sobie w wakacje w Niemczech i we Francji i dzięki temu poznałem wielu młodych podróżników. Z kolegą ze Stanów napisaliśmy i wydaliśmy własnym sumptem pierwszy przewodnik po "nowej" Warszawie, skierowany do backpackerów. Następnie to samo zrobiliśmy w Petersburgu. Pamiętam miny celników rosyjskich w pociągu, gdy przewoziliśmy wydrukowany w Warszawie nakład przewodników. Plany mieliśmy szerokie, ale nasz researcher został zatrzymany w Hawanie pod zarzutem szpiegostwa. Obecnie moi współpracownicy z tego projektu są czołowymi autorami wydawnictwa Lonely Planet. Zbierałem później różne doświadczenia w handlu, również międzynarodowym i współprowadząc studio designu i reklamy (Mars&Venus). W latach dziewięćdziesiątych dużo podróżowałem po Afryce, co miało przełożyć się na prowadzenie guest house'u, ale ostatecznie nie starczyło mi na to czasu.

Co kierowało Pana zawodowymi wyborami? Czy miał Pan jakiegoś rodzaju “plan” swojej kariery, czy raczej szedł za głosem serca? Jak to się stało, że jest Pan tu, gdzie jest?

Moje wybory nastawione były na wyzwania i na obietnicę niebanalnej, ale ciężkiej pracy. Coś między głosem serca, a szaleństwem.

Co Pana napędza, co daje Panu energię do działania?

Zbudowanie wartości, którą można rozwijać i która daje sens i radość innym ludziom.

Od jakiegoś czasu mówi się, że na polskim rynku książki trwa moda na literaturę faktu. Czy o analogicznym zjawisku można mówić w świecie filmu? Czy Polacy chcą oglądać dokumenty, tak jak kupują książki reportażowe, wspomnienia, biografie?

Na pewno  czytelnicy literatury faktu są wrażliwi na film dokumentalny. Film fabularny jest w kryzysie. Cała machina reklamowa i telewizyjna utrzymuje jednak przeciętnego widza w przekonaniu, iż poza filmem komercyjnym nie istnieje inne kino. Sztuka filmowa to “Avatar”. Kina artystycznego w multipleksach się nie zobaczy. Jednak film dokumentalny w ostatniej dekadzie zdobył sobie mocną pozycję w telewizyjnych ramówkach. Również w kinach nikogo już nie dziwi, ale gdy zaczynaliśmy wprowadzać takie filmy do kin w 2004 roku, ludzie pukali się w czoło.  

Against Gravity robi dużo rzeczy wykraczających poza dystrybucję filmową, prowadzi m.in. filmowe akademie dla uczniów. Podobnie Planet+ Doc Film Festiwal - jest czymś więcej, niż przeglądem filmów, o czym już mówiliśmy. Czy swoją działalność postrzega Pan w kategoriach misji?

Akademia filmowa PLANETE+DOC to program filmowy skierowany do uczniów szkół średnich i studentów szkół wyższych (www.akademia.planetedocff.pl). Z powodzeniem rozpoczęliśmy też w zeszłym roku fakultet na Uniwersytecie Warszawskim. Po kilku dniach musieliśmy zamknąć nabór, bo chętnych było za dużo - 400 studentów na I i II semestrze. W nadchodzącym roku akademickim podobne fakultety organizujemy na Uniwersytecie Gdańskim i w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej. Z kilkoma wyższymi uczelniami prowadzimy rozmowy.

Festiwal filmowy PLANETE+DOC od początku nie miał być kolejnym festiwalem filmowym, tylko miejscem spotkań i dyskusji o świecie, w którym żyjemy, w całej jego złożoności. Hasło festiwalu: “ZOBACZ, CZY ROZUMIESZ ŚWIAT I CZY ŚWIAT ROZUMIE CIEBIE” odzwierciedla to znakomicie. Cieszę się, że oprócz znakomitych reżyserek i reżyserów, którzy często są niezwykle charyzmatyczni, co roku odwiedzają nasz festiwal liczne osobowości nauki, polityki, działacze społeczni. Wspomnę o Jane Goodall, Gari  Kasparowie, Dawidzie Cohn-Bendicie i czołówce polskich komentatorów społeczno-politycznych.

Sądzi pan, że film dokumentalny może zmieniać świat?

To, że film dokumentalny może zmienić świat, jest faktem. Zapotrzebowanie na przestrzeń do myślenia w kinie jest duże. A że nie wszystkim jest to rękę, no cóż... Społeczeństwa najbardziej wykształcone - kanadyjskie, norweskie, szwedzkie, duńskie są również liderami w produkcji i oglądalności filmów dokumentalnych. Niech to będzie drogowskazem.

Jaki film dokumentalny dotyczący polskiej rzeczywistości chciałby Pan obejrzeć? O czym byłby taki film? Jakie są tematy, które filmowcy-dokumentaliści dotychczas przegapiali?

Dużo jest takich filmów. Film o Aleksandrze Kwaśniewskim i film o Stadionie Dziesięciolecia mogłyby być najważniejszymi filmami o polskiej transformacji. Niestety, zarówno polityka jak i "handelek" brzydziły polskich filmowców. Wyobrażam sobie kręcenie filmu o Stadionie przez 5-6 lat, albo i dłużej, podążając za kilkoma bohaterami. Helena Trestikowa, czeska reżyserka, rozpoczęła kilka filmów na raz 20-30 lat temu. Co kilka lat pokazuje ukończony film. Ostatni, pt. "Prywatny wrzechświat", portretuje przeciętną rodzinę czeską od lat 70-tych do 2010 roku. Takich filmów o Polsce bardzo mi brakuje.

A jakieś współczesne tematy?

Przykładem zapoznanego tematu z naszej teraźniejszości mogą być "Polskie drogi", zwierciadła polskiej rzeczywistości. To mógłby być fascynujący film nie tylko i nie przede wszystkim o budowie dróg w Polsce. Tematem tabu w Polsce jest też gaz łupkowy. Dopiero Amerykanin polskiego pochodzenia Lech Kowalski zrobił film na ten temat: "Drill, Baby Drill", starannie przemilczany przez media. Być może więc “Fuck for Forest” w reżyserii Michała Marczaka nie będzie wyjątkiem i zacznę na serio produkować filmy?
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...