Czy oszczędzanie [url=http://shutr.bz/17Riaqc]czasu[/url] i ciągła "optymalizacja" naszej codzienności dają szczęście?
Czy oszczędzanie [url=http://shutr.bz/17Riaqc]czasu[/url] i ciągła "optymalizacja" naszej codzienności dają szczęście? Fot. Irina Mozharova / Shutterstock.com

"Życie jest za krótkie, by go nie shakować" – twierdzą skupieni pod sztandarem mody na "lifehacking" entuzjaści licznych trików i patentów, które na co dzień oszczędzają nasz czas. To ludzie, którzy chcą pracować wydajniej, upraszczać to, co trudne i po prostu – więcej czerpać z życia. Paradoksalnie jednak, ich dążenie do perfekcji i szczęścia może dawać odwrotne efekty.

REKLAMA

Jak przyspieszyć pisanie na klawiaturze telefonu? Jak automatycznie uporządkować komputer? Jak żyć 35 lat dłużej? Jak pokonać prokrastynację? Jak spać 4 godziny na dobę? Jak zrobić idealnie okrągłe jajko sadzone? Jeśli chcielibyście poznać odpowiedzi na te wszystkie pytania, które mają ułatwić nasze życia i zaoszczędzić nam zbędnego wysiłku i marnotrawstwa czasu, zainteresujcie się lifehackingiem.

Szybciej, łatwiej, prościej Termin “lifehacking” ukuł prawie 10 lat temy brytyjski dziennikarz technologiczny Danny O'Brien. Prezentował on na pewnej konferencji wyniki analiz nad sposobami, w jakie komputerowi zapaleńcy zwani geekami dbają o zachowanie maksymalnej efektywności w wykonywanych przez siebie zawodowych zadaniach. Chodziło o różnego rodzaju uproszczenia, sztuczki i “patenty”, które pozwalając automatyzować pewne czynności, oszczędzają czas.

Choć początkowo "lifehack" odnosił się do komputerowych skryptów, filtrów i sposobów zarządzania kalendarzem, wkrótce jego definicja rozszerzyła swój zakres, a wokół lifehackingu wyrosła swoista subkultura. To ludzie, którzy (często bazując na technologicznych nowinkach) chcą przyspieszać codzienne czynności, efektywniej rozwiązywać problemy i cenią sobie swój czas.

Czytając takie blogi, jak lifehacking.pl, można dowiedzieć się np., że by żyć 35 lat dłużej, należy jeść orzechy, myć zęby, pracować na stojąco i myśleć pozytywnie. Z drugiej strony w lifehackingu mieszczą się też bardziej przyziemne, praktyczne porady: na jednej ze stron ekspert tłumaczy, jak efektywnie ustalać priorytety na naszej liście rzeczy do wykonania. Z kolei książka „Lifehacker. Jak żyć i pracować z głową” jest bliska źródłom lifehackingu, bo dotyczy przede wszystkim sprytnych, technologicznych nowinek.

Społeczność “sprytnych” optymalizatorów szybko się rozrastała, a jej fani są dziś także w Polsce. Mają swoje strony, blogi i książki, z których dowiemy się np. jak efektywnie pracować z domu, przyrządzać spaghetti, poszerzać zakres podzielności uwagi. Tak o lifehackingu pisze blogerka Natalia Dołżycka (to ona wymyśliła slogan “Życie jest za krótkie, by go nie shakować”):

Czy to działa?I to jak! To zaledwie kilka sztuczek z ponad 50ciu opisanych w książce. Mimo to już teraz świetnie przyspieszają mi bardzo banalne, podstawowe czynności związane z telefonem i komputerem. Zaczynam testować też następne, wiedząc że w tej małej ilości czasu, którą mam dla siebie każdego dnia, wszystko co pozwala na zoptymalizowanie tych kilku godzin, jest na wagę złota. Wczytuję się już też w następne sztuczki, znalezione “u źródła”, czyli na serwisach o lifehackingu. CZYTAJ WIĘCEJ

Natalia Dołżycka

Brzmi fajnie? Tak, nawet bardzo. Bo czemu nie mielibyśmy lepiej organizować swojego czasu, czerpać więcej z życia i wykorzystywać niekonwencjonalnych pomysły prowadzących nas do szczęścia? Ale, jak pisze na łamach Slate.com Evgeny Morozov sprawa nie jest taka prosta.

W miarę jak lifehacking ze swoimi blogami i książkowymi poradnikami staje się przemysłem, duża część czasu, którą dzięki niemu zyskujemy, przeznaczana jest na poprawianie i doskonalenie jego narzędzi i technik. Czy jest coś bardziej wewnętrznie sprzecznego, niż używanie technologii do zyskiwania wolnego czasu tylko po to, byśmy dzięki niemu mogli uczyć się jak jeszcze lepiej zyskiwać czas? CZYTAJ WIĘCEJ

Evgeny Morozov

Slate.com

– Chcąc żyć coraz intensywniej, szybciej i pełniej przyspieszamy nieraz tak bardzo, że zupełnie nie potrafimy się zatrzymać – mówi Julia Wahl, psychoterapeuta i psycholog, a także blogerka naTemat. Opowiada o pacjentach, którzy z powodu intensywności życia mają nie tylko złe samopoczucie, ale i objawy somatyczne.

Nieszczęśliwi zoptymalizowani – Nasze ciało nie “nadąża” za tempem, w jakim dziś żyjemy – mówi wprost o ludziach, którzy “efektywność” i zabarwioną korporacyjnym żargonem “optymalizację” wzięli na swoje sztandary. W tym samym duchu pisze cytowany przez Morozova Jonathan Crar, autor książki “24/7”, zauważając, że lifehacking wkraczając ze swoją optymalizacyjną obsesją w takie obszary, jak sen (a są tacy, którzy chcieliby spać 4 godziny na dobę), zaczyna być dla nas naprawdę szkodliwy.

Julia Wahl podnosi jednak inną, równie ważną kwestię: – Co z tego, że sprytnymi sztuczkami wydłużamy sobie życie i zyskujemy codziennie nieco więcej czasu dla siebie, skoro nie mamy co z tym czasem zrobić? Zyskiwanie czasu nie może celem samym w sobie. Stale się doskonaląc, musimy też pamiętać o jakości naszego życia – przekonuje Wahl.

Z doświadczenia psychoterapeutki wynika, że wiele osób stale pędzi i “optymalizuje” swoje życie także wtedy, gdy teoretycznie jest najlepszy moment, by się wyciszyć, uspokoić: podczas wakacji, romantycznej kolacji, a nawet w czasie seksu. Często zapominamy o tym, że “nic-nie-robienie” też ma swoje zalety.

– Każdy powinien się czasem zatrzymać, poświęcić chwilę na refleksję, zastanowić się nad tym, co się dzieje w jego życiu i w życiu ludzi dookoła – przekonuje Julia Wahl. Dlatego chcąc usprawniać swoje życie musimy znać miarę. Inaczej nasz “zoptymalizowany” pęd będzie prowadził donikąd.