Pracują na ulicy. Tylko oni poznają tylu ciekawych ludzi i tak wiele bezinteresownej agresji

Praca na ulicach to wyzwanie. Na polskich ulicach pracują nie tylko biedni studenci, ale i ludzie z doktoratem realizujący się w swym zawodzie.
Praca na ulicach to wyzwanie. Na polskich ulicach pracują nie tylko biedni studenci, ale i ludzie z doktoratem realizujący się w swym zawodzie. Fot. Adam Stępień / Agencja Gazeta
- Ulica to najciekawsze miejsce pracy, w którym możesz spotkać setki fascynujących ludzi - mówią mi ludzie, którzy codziennie rano wybierając się do pracy, zamiast do biura wychodzą na ulice miast. Każdy z nich natychmiast dodaje jednak, że na polskich ulicach jest tyle niczym nieuzasadnionej agresji, że przetrwać mogą tam tylko najsilniejsi. - Ulica mi udowodniła, że żadnego boga raczej nie ma - stwierdza... uliczny ewangelizator.


Praca na ulicy zwykle kojarzy się nam z jednym. Tymczasem na ulicach miast całego świata pracują setki tysięcy, a może miliony uczciwych, ambitnych, robiących coś ważnego i ciekawego ludzi. Do nich należą streetworkerzy, fundraiserzy, czy nawet irytujący często uliczni ewangelizatorzy. Wszystkich ich zwykle zbywamy, omijamy szerokim łukiem. Uciekamy, by nie zabrali nam cennego czasu. Ktoś zastanawiał się kiedyś na czym właściwie polega ich praca? W rozmowie z naTemat ludzie pracujący na ulicy opowiadają, że to okazja, by poznać fascynujących ludzi, ale i codzienne stykanie się z niczym nie uzasadnioną agresją.


Pieniądze leżą na ulicy
Tak w skrócie o swojej pracy na ulicy mówi Basia (imię zmienione), fundraiserka jednej z międzynarodowych organizacji walczących o prawa człowieka z Gdańska. Praca Basi polega na zachęcaniu mieszkańców miasta do wsparcia jej organizacji. Fundraiserzy nie zbierają pieniędzy do puszek jak wolontariusze WOŚP, czy innych tego typu fundacji. Przede wszystkim tłumaczą na czym polega praca ich organizacji i zapraszają do wypełnienia polecenia zapłaty na zadeklarowaną kwotę, która co miesiąc z konta darczyńcy zasili sprawę, o którą walczą.

- Pierwszego dnia pracy na ulicy od absolutnie pierwszej napotkanej kobiety dowiedziałam się, że jestem dziwką, która zbiera pieniądze na jakichś pedałów. No i że niszczę wielki Kościół Katolicki - opowiada dziewczyna. I dodaje, że tacy ludzie to w niektóre dni większość osób, z którymi próbuje porozmawiać się o czymś ważnym. Są jednak i tacy, którzy ulicznym fundraiserom pracę "umilają" także o wiele bardziej brutalnie. Koledzy Basi opowiadali, że wielokrotnie musieli uciekać przed grupkami ONR-owców, którym nie podoba się, że zbierane środki pomagają też w emancypacji kobiet, czy walce z homofobią.


- Codzienność to także wszelkiej maści szaleńcy, którzy przyczepiają się do każdego z nas. I godzinami zanudzają opowieściami o swoich mniej lub bardziej wyimaginowanych problemach życiowych - skarży się Basia. W świecie ulicznego fundraisingu chodzi przede wszystkim o pieniądze. Organizacje pozarządowe od lat wychodzą po nie na ulice, bo na ulicach leżą miliony. A dokładnie chodzą z nami w naszych portfelach. I choć organizacje takie, jak Greenpeace, czy Amnesty International zbierają każdy grosz na cele bezapelacyjnie szczytne, muszą codziennie walczyć o najlepsze miejsce z "zawodowymi" bezdomnymi. Basia mówi mi, że czasem szarpać się z nimi przychodzą nawet rozdający ulotki, którzy czują zagrożenie dla swojego dobrego terenu.

Strzał ze strzykawki
- Od lat wiele się w tej robocie się zmieniło, ale codziennie wciąż możesz dostać strzał z zakażonej strzykawki - mówi mi Mateusz. Od pięciu lat jest jednym z coraz większej grupy polskich streetworkerów, którzy całe dnie spędzają wchodząc w środowisko ludzi staczających się, by pomóc im wyrwać się z nałogu i trudnej sytuacji. - Są dni, gdy kładę się spać sfrustrowany i zły na ludzi, którzy po prostu odrzucają pomoc, którą człowiek podsuwa im jak najlepiej potrafi. Ale każdy, kto zaczyna się w to bawić i nie pęka po roku nie powinien narzekać - przyznaje. Jednak zaraz wspomina, gdy kilka lat temu wszedł do squatu, w którym od miesięcy mieszkała grupka nastoletnich narkomanów i już myślał, że się z nimi zaprzyjaźnił, znalazł szansę, by im pomóc, a ci okradli go i na dłuższy czas wysłali do szpitala.

- Taka jest ulica. Ale to też szansa, na spotkanie wyjątkowych ludzi. O tych, z którymi ja pracuję mówią menele, a to często ludzie, którzy mają do opowiedzenia o wiele ciekawsze historie, są znacznie bogatsi duchowo niż elity, panowie w białych kołnierzykach z korporacji, gdzie każdy chce teraz pracować - zapewnia Mateusz. I zarzeka się, że o zejściu z ulicy nawet nie myśli. Jedyne, co zamierza wkrótce w swojej pracy zmienić to założyć własną fundację i uczyć kolejnych streetworkerów. - Bo tylko tu mam takie historie, że bawię się na weselu dziewczyny, którą jako nastolatkę wyciągnąłem z najgorszego bagna, sprzedawania się za parę dych po klubach - mówi.

Dodaje tylko, że czasem brakuje mu szacunku do jego pracy. Jego zdaniem, Polacy wciąż mają ludzi pracujących na ulicy i "z ulicą" za patologię. - Tak traktują nas nawet mundurowi, czy urzędnicy z opieki społecznej za których odwalamy kawał roboty. Ładna to patologia z doktoratem - śmieje się mój rozmówca.

"Na ulicy Boga nie ma"
Do śmiechu, gdy mowa o pracy na ulicy nie jest jednak Krzysiowi, który do niedawna na ulicach Krakowa propagował swoją religię. Był świadkiem Jehowy i swoją wiarą chciał dzielić się z innymi. Ewangelizował pod Wawelem przez pół roku. - Przede wszystkim chcę pamiętać te dziesiątki fantastycznych rozmów o sprawach w życiu najważniejszych, które prowadziłem z ludźmi w wieku od 15 do chyba 115 lat - mówi. Jednak trudno mu zapomnieć brutalne pobicie, które skończyło się złamaną żuchwą, krwiakiem i kontuzją prawej nogi. Skutki nawracania przez krakowskich neonazistów będzie odczuwał do końca życia.

- Krzyczeli, że jak zobaczę prawdziwego Boga, to przestanę pierdoły wygadywać - wspomina Krzyś. I dodaje, że to był tylko tragiczny koniec jego przygody z ulicą. Wcześniej były mniej brutalne bójki, plucie w twarz, staruszki okładające laskami. - Ja rozumiem, że nie każdy chciał rozmawiać, nikogo jednak nie ścigałem. Nie wiem skąd w Polakach ta pogarda i agresja - tłumaczy. I przyznaje, że dziś bałby się jakiejkolwiek pracy na ulicy. Mimo, że z nauką Bogu nigdy już raczej na nią nie wyjdzie. Mówi mi, że po tym wszystkim stał się chyba ateistą. - Ulica mi udowodniła, że żadnego boga raczej nie ma - stwierdza.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Małgorzata Tusk zadała szyku we Francji. Tak wyglądała obok małżonek Trumpa i Macrona
0 0Ciężarna Joanna Krupa całkowicie naga na okładce "Wprost". Stanęła w obronie LGBT
JACEK LIBERSKI 0 0"Robią z Polaków idiotów". Dlaczego Ziobro musiał wiedzieć o aferze hejterskiej
Unum 0 0Nie wszystkie ubezpieczenia chronią przez całe życie. Jak wybrać polisę, która nie wygasa
0 0Smutni 30- i 40-letni. Wyniki światowych badań dają do myślenia
WYWIAD 0 0Aktor, któremu na bank się udało. Lech Dyblik o tym, jak odbić się od dna i... ganiać Malkovicha
NEWSWEEK 0 0Polskę czeka kryzys senioralny? Władze ignorują poważną zmianę demograficzną
0 0Kuchciński odnalazł się po aferze samolotowej. Dostał "zadanie specjalne"
POLECAMY 0 0"Cały dom robi we wiadra". Sławojki i wychodki w środku polskiego miasta