
Tak wygląda współczesna wersja bajki o królewnie Śnieżce. Spod tyranii złej macochy, czyli wielkiej korporacji, w objęcia wyśnionego księcia, czyli własnego minibiznesu. Zamek może mniejszy, ale życie dużo szczęśliwsze. Jedną z takich uciekinierem z korpo jest Ania Migacz, która wielką agencję reklamową zamieniła na robienie ciuchów.
REKLAMA
Ania przez 15 lat pracowała w korporacji. W marketingu. – Czyli robisz wszystko i na wszystkim musisz się znać – podsumowuje Ania. Wśród jej klientów były i banki, i firmy spożywcze, i wielcy deweloperzy. – Początki były emocjonujące. Ta praca może dawać fun, jak masz dwadzieścia kilka lat i chłoniesz wszystko jak gąbka. Ale w pewnym momencie dochodzi się do ściany. No i ten dress code. – Teraz to się zmienia, ale do niedawna wszyscy chodzili pod krawatem albo w łososiowych garsonkach. Więc Ania przywoziła sobie z zagranicy dresowe marynarki, żeby choć trochę oszukać system. W ramach małego prywatnego buntu zrobiła sobie tatuaż.
A Ania od dziecka lubiła sobie podłubać w ciuchach. Ma dwie starsze siostry, zaradna mama przerabiała dla nich swoje ciuchy, Ania była niestety ostatnia w kolejce. Więc sama też kombinowała. Pierwszą rzecz zaprojektowała sobie w podstawówce. W sklepach nie było wtedy nic. Mamie jakimś cudem udało się zdobyć przepiękny materiał, różowy w drobne kwiatuszki. Cudo. Poprosiła ciocię, która była krawcową, żeby uszyła jej sukienkę.
– I ja jej tak dokładnie wszystko tłumaczyłam. A ona uszyła coś zupełnie innego, oczywiście praktycznego. Strasznie ryczałam, ale nigdy nie przyznałam się cioci, że nie o to chodziło. Próbowałam sama ją przerobić, z koszmarnym efektem – wspomina teraz ze śmiechem. Później, w dorosłym życiu cały czas coś tam sobie wymyślała, dłubała, przerabiała. Ale wszystko do szuflady. A jaką pojemność może mieć szuflada?
Czas zmian przyszedł nagle i – jak to często ze zmianami bywa – posypały się lawinowo. Zakochała się (w kliencie, bo jak pracujesz całymi dniami, tak się kończy – śmieje się Ania), zaszła w ciążę, porzuciła Kraków dla Warszawy. – Jeśli coś ci od dłuższego czasu kiełkuje z tyłu głowy, jakaś przyczajona decyzja, to jedna zmiana ciągnie za sobą inne. Wszystko albo nic – mówi. Jeszcze w ciąży, już w Warszawie, tkwiła jedną nogą w korporacji. Śmieje się, że jej synek w dziewiątym miesiącu ciąży nakręcił pięć spotów reklamowych.
Ale pracować na odległość na dłuższą metę nie było sensu. Zakładać swojej agencji nie chciała, bo za bardzo szanowała swojego byłego szefa, a musiałaby wyrosnąć na jego plecach, wyciągając klientów, bo tak to działa. Iść do innej agencji? – Przeraziła mnie myśl o tym, że po raz setny będę musiała udowadniać swoją wartość, od początku przekonywać, że się znam, że wiem, że potrafię. No i chyba już bardzo chciałam zrobić coś tylko dla siebie. To był ten moment. Teraz albo nigdy, pomyślała.
Najpierw otworzyła sklep. Zainspirowana podróżami w niesamowite miejsca (na 30. urodziny poleciała prawie na końcu świata), postanowiła stworzyć coś, czego jej zdaniem w polskich miastach brakowało. Pomysł był taki, żeby sprzedawać niedostępne w Polsce ciuchy fajnych marek. Z czasem nieśmiało zaczęła do sklepu wprowadzać własne projekty. Bo w międzyczasie Ania stworzyła dwie marki: Owee i Mnishkha.
Owee to torby. Jak to z kobietami i torbami bywa – nie dogadywały się najlepiej, żadna nie była dość dobra, więc Ania postanowiła zrobić torbę sama. A że sama jeszcze wtedy nie umiała, to zaczęła szukać kaletnika. Długo szukała, bo kaletników już prawie nie ma. Zastanawiała się nawet, czy nie pójść do szkoły kaletniczej, ale szkołę też nie łatwo znaleźć, bo kaletnictwo to profesja, która niestety wymiera.
W końcu Ania natknęła się stary artykuł, w którym Tomasz Lis opowiadał o człowieku, który zrobił mu teczkę. Znalazłam tego kaletnika. Okazał się świetnym fachowcem, choć początki ich współpracy nie były łatwe. – Miałam trochę pięknej, zielonej skóry. Poprosiłem go, żeby zrobił mi taką malutką torebeczkę. I drugą, z różowej skóry, dla koleżanki. Przychodzę odebrać zamówienie, patrzę, a moja piękna zielona torebeczka ma wszyty zielony pasek przez sam środek. Pytam, co to, a on na to „a, bo taka smutna była” – wspomina Ania ze śmiechem, choć wtedy była bliżej krzyku.
W torbie na laptopa, którą razem stworzyli, od razu się zakochała. Podobnie jak jej znajomi. Więc zrobiła drugą, trzecią, piątą. I poszło. Ta pierwsza wersja, jeszcze wzmacniana kartonem, służy jej do dziś. Teraz największym hitem Owee są torby Cargo, proste, funkcjonalne, szyte z bardzo wytrzymałej cordury. – Certyfikowanej – zapewnia Ania. – Materiał pochodzi dokładnie z tej samej fabryki, która dostarcza na potrzeby wojskowe – dodaje.
Ale na torbach się nie kończy. Mnishkha, czyli drugie – a technicznie rzecz biorąc trzecie – dziecko Ani to miękkie kapturo-szale z kieszeniami. Pierwsze takie cudo Ania uszyła sobie dwa lata temu przy okazji robienia sobie ślubnej sukienki. Założyła kaptur, ktoś stwierdził „wyglądasz jak mniszka”, kolega narysował logo, koleżanka zrobiła zdjęcia i nagle okazało się, że marka gotowa.
Korporacyjna przeszłość pozwala dużo znieść. Skórę Ania ma grubą, ale jednocześnie stosunek do rzeczywistości bardzo emocjonalny. Zdarzyło się, że klientka doprowadziła ją niemal do łez. – Ładujesz całą energię i serce w to co robisz, a ktoś przychodzi i pyta, co to za szmaty – opowiada Ania. Ale takie klientki to na szczęście wyjątek. Najstarsza klientka Ani ma prawie sto lat, jest nią Danuta Szaflarska. – To nasza prawdziwa duma – śmieje się Ania. – W sandwichu (tak nazywa się jedna z marek dostępnych w sklepie Ani) chodzi na obiadki do pana prezydenta.
Mąż stara się panować nad emocjami Ani, pilnuje żeby nie robiła za dużo na raz, bo pomysłów jest za dużo, a czasu zawsze za mało. A Ania ma nadzieję, że korporacja to przeszłość, i że najbliżsi wybaczą jej, że czasami zapomina oddzwonić.