Thomas Quick - seryjny morderca, który nikogo nie zabił? Pułapki systemu sprawiedliwości

Thomas Quick - seryjny morderca, który nikogo nie zabił? Pułapki systemu sprawiedliwości
Thomas Quick - seryjny morderca, który nikogo nie zabił? Pułapki systemu sprawiedliwości YouTube.com / Qderth
Przyznał się do popełnienia 33 morderstw. Miał zabijać, gwałcić a nawet zjadać ciała swoich ofiar. Jego skazanie miało być wielkim sukcesem szwedzkiego wymiaru sprawiedliwości, a okazało się być kompromitacją na światową skalę. Jak to możliwe, że wszyscy uwierzyli w winę największego kłamcy w historii Szwecji? – W Polsce taka pomyłka nie byłaby możliwa – mówi Dariusz Loranty, były negocjator policyjny.


Akcja partnerska z wydawnictwem "Prószyński i S-ka"

"To więcej niż zbrodnia, to błąd" – stwierdził niegdyś Napoleon Bonaparte. Trudno o bardziej adekwatny cytat opisujący historię "szwedzkiego Hannibala Lectera", który od kilkudziesięciu lat trzęsie szwedzkim wymiarem sprawiedliwości, mediami i opinią publiczną.


Historia Thomasa Quicka (naprawdę nazywał się Sture Bergwall) zaczęła się na dobre w 1992 roku, kiedy przebywał w szpitalu psychiatrycznym. Quick przyznał się wówczas do zamordowania 11-letniego Johana Asplunda, który zaginął bez śladu w 1980 roku.

Thomas Quick
Fragment książki: "Seryjny morderca Thomas Quick"

Zabrałem Johana sprzed szkoły i zwabiłem go do mojego samochodu. (...) Zawiozłem go do lasu i tam wykorzystałem seksualnie. Nie miałem zamiaru go zabić, ale wpadłem w panikę i udusiłem go.


Pacjent szwedzkiego szpitala psychiatrycznego ze szczegółami opowiadał wówczas, jak bardzo smakowało mu ciało zabitego przez siebie dziecka. Na przestrzeni kilku następnych lat, Szwed przyznał się do popełnienia ponad 30 innych morderstw, podczas których miał posuwać się do gwałtów i aktów kanibalizmu.

To sprawiło, że sprawą coraz bardziej interesowały się media, a Thomas Quick urósł do rangi celebryty wśród największych zbrodniarzy. W internecie znajduje się tysiące artykułów i opinii dotyczących jego osoby, a w serwisie YouTube umieszczonych jest wiele wywiadów ze "szwedzkim kanibalem".



"Czy Thomas Quick na pewno jest człowiekiem?"
Quick twierdzi, że popełniał przestępstwa na terenie całej Skandynawii, między innymi w Szwecji, Norwegii i Danii. Media wręcz oszalały na jego punkcie i prześcigały się w generowaniu coraz nowszych, barwniejszych i lepiej ukazujących bezwzględność działań mordercy określeń. Szwedzki dziennikarz Pelle Tagesson zastanawiał się nawet: "Czy Thomas Quick na pewno jest człowiekiem?".

Wokół zbrodni, do których przyznał się Thomas Quick pojawiało się jednak coraz więcej pytań. Rodzina 12-letniego Johana od początku twierdziła, że nie mógł on zabić ich syna, pomimo podawanych przez niego szczegółów popełnionej zbrodni. Skazany za osiem morderstw spędził 20 lat na oddziale zamkniętym szwedzkiego szpitala. Jak się jednak okazuje, mógł on nie popełnić żadnej z przeszło trzydziestu zbrodni, które sobie przypisywał.

Nie jest wykluczone, że człowiek nazwany najgroźniejszym seryjnym zabójcą w historii Szwecji już niebawem odzyska wolność. Po ponownym rozpatrzeniu, sąd anulował wyroki w sprawach pięciu morderstw. Te zapadły bowiem bez kluczowych dowodów czy świadków, jedynie na podstawie barwnych i szczegółowych wizji Thomasa Quicka. W Szwecji nie mówi się już o seryjnym zabójcy, a o największej kompromitacji tamtejszego systemu sprawiedliwości.

– W Polsce nie mogłoby dojść do takiej pomyłki – mówi Dariusz Loranty, były negocjator policyjny. Ekspert wyjaśnia, że przypadki przyznawania się do zbrodni, której dana osoba nie popełniła są znane w kryminologii od dawna. Istnieje zatem szereg sposobów, aby zapobiec skazaniu takiej osoby. – Szwedzki przypadek pokazuje, że Thomas Quick był zaburzony i nie został dostatecznie przebadany. Trzeba też pamiętać o tym, że tamtejszy system więziennictwa może być dla osób "nietwórczych" wygodniejszy, niż życie na wolności – zauważa Loranty.

Jak to możliwe?
Szwedzki system sprawiedliwości wpadł w pułapkę. Thomas Quick stał się osobą, której tak naprawdę wszyscy potrzebowali. Rodziny, które oczekiwały znalezienia winnego odebrania życia najbliższym. Media, które kochają opisywać negatywne historie, a także sądy i prokuratura, które potrzebowały sukcesu.

Jak mogło dojść do tego, że wszyscy uwierzyli w wizje największego kłamcy w historii szwedzkiego sytemu sprawiedliwości? Historię prawnej tragifarsy wokół Quicka opisał norweski dziennikarz Hannes Råstam, który na podstawie protokołów przesłuchań, wizji lokalnych i wyroków sądów wyjaśnia, jak działała machina, która stworzyła "seryjnego zabójcę". W napisanej przez niego książce "Seryjny morderca Thomas Quick" czytamy między innymi, jaki wpływ na sprawę miał miedzy innymi prokurator Christer van der Kwast.

Hannes Råstam
Fragment książki: "Seryjny morderca Thomas Quick"

Prokurator Christer van der Kwast był energicznym mężczyzną w wieku pięćdziesięciu lat. (...). Słynął z tego, że swoje poglądy potrafi prezentować z takim przekonaniem, iż zarówno dziennikarze jak i podlegli mu prokuratorzy traktują je jako prawdy objawione.


To właśnie owe "prawdy objawione" okazały się być ważniejsze niż dowody. Jak mówił prokurator w czasie jednej z licznych konferencji prasowych: "To, że niczego nie znaleźliśmy nie musi znaczyć, że niczego tam nie ma". Christer van der Kwast wierzył w to, że Thomas Quick popełnił zbrodnie do których się przyznał. Swoim przekonaniem udało mu się zarazić także opinię publiczną, która oczekiwała ukarania "winnego."

Gdyby historia Thomasa Quicka wydarzyła się w Polsce, oszukanie tak wielu osób najprawdopodobniej nie byłoby możliwe. – Gdyby ktoś w naszym kraju przyznał się do winy i nawet to uprawdopodobnił, ale nikt nie znalazłby zwłok ofiary, aby zweryfikować jego słowa, nie doszłoby do rozprawy sądowej. W Polsce też istnieją pułapki systemowe, ale udowodnienie winy spoczywa na oskarżycielu publicznym. U nas nie wystarczyłoby udowodnienie, że w momencie popełnienia zbrodni było się w pobliżu – mówi Dariusz Loranty.

Nasz rozmówca wspomina program telewizyjny "997", gdzie pokazywano inscenizacje nierozwiązanych przestępstw. Tyle tylko, że nie do końca przedstawiały one prawdę. – Widz był celowo wprowadzany w błąd. Chodziło o to, aby odcedzić liczbę świadków, którzy naprawdę byli na miejscu od osób, którzy wypowiadali się pod wpływem obrazu z telewizji. Prawdziwi świadkowie od razu wiedzieli, co zostało zmienione w inscenizacji i pomagali w dotarciu do sprawcy. To pozwalało uniknąć pomyłek – mówi Dariusz Loranty.

System musi działać
Człowiek z natury musi czuć się potrzebny i jest głodny sukcesów. Ile warty jest prokurator, któremu nie udaje się doprowadzić do skazania oskarżanego? Jak na wizerunek sądów wpływają sprawy ciągnące się całymi latami? Czym są organy ścigania, które nie są w stanie ustalić sprawcy? System musi działać, a każdy ma w nim do odegrania swoją rolę. Sprawa Thomasa Quicka jest jedynie niezwykle wyrazistym przekładem tego, jak wiele błędów, przypadków pójścia na skróty może się pojawić, gdy system sprawiedliwości musi wykazać się skutecznością. – Wyroki są wydawane pod publiczkę - mówi Marcin Kołodziejczyk, współtwórca Ruchu Społecznego NIEPOKONANI 2012.

Zdaniem Marcina Kołodziejczyka, historia Thomasa Quicka mogłaby się wydarzyć także w Polsce. Pułapki, na które narażony jest system sprawiedliwości, są praktycznie na całym świecie. – Wyroki sądów są wydawane "pod publiczkę" także w naszym kraju. Zdarza się, że bardziej od materiału dowodowego liczy się doświadczenie życiowe sędziego i jego osobista wizja. Jeśli w jego oczach dana osoba od początku jest winna, to zostanie ona skazana – twierdzi bloger naTemat.

Dlaczego tak się dzieje? Zdaniem Marcina Kołodziejczyka, polskim problemem jest zwyczaj, który nie zezwala na komentowanie wyroków sądowych. – Wyrok sądu to temat tabu. Jak sędzia coś stwierdzi, to bezrefleksyjnie przyjmuje się, że po prostu tak jest. Nie istnieje coś takiego jak weryfikacja pracy sędziego pod kątem merytorycznym i formalnym – mówi Kołodziejczyk.

Państwo prawa czy prawniczych korporacji?
Marcin Kołodziejczyk, reprezentujący osoby poszkodowane przez wymiar sprawiedliwości twierdzi, że w Polsce mamy do czynienia z ogromną władzą korporacji prawniczych, które znajdują się poza jakąkolwiek społeczną kontrolą. – Korporacje bardzo silnie obwarowały swoją pozycję w tzw "państwie prawa". Prezydent, który nominuje sędziego podpisuje się pod tym in blanco. "Ja cię mianuję, a ty rób co chcesz, bo i tak nie mam jak cię rozliczyć z pracy". A sędziowie często wydaja takie wyroki, jakich oczekuje od nich gawiedź – uważa członek stowarzyszenia NIEPOKONANI 2012.

Bloger naTemat twierdzi, że wyroki które zapadają w naszym kraju są bardzo często błędne. Ma to wynikać między innymi z tego, że prokuratorzy są nieprzygotowani do swojej pracy. – Akty oskarżenia zawierają błędy merytoryczne, ortograficzne i matematyczne. Swoich podwładnych broni prokurator generalny, który reprezentuje świat prokuratorów, a nie obywateli. Również sądy starają się wyręczać prokuratorów wszelkimi możliwymi sposobami. W sprawach, które odbywają się pod okiem kamer i specjalistów, bardzo często sądy same starają się udowodnić winę, aby zaspokoić opinię publiczną. To jest potężny, systemowy problem - uważa Kołodziejczyk.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...