
Czy wychowanie fizyczne musi być traumą – pyta w swoim artykule moja redakcyjna koleżanka. Śpieszę z odpowiedzią – absolutnie nie! Wystarczą chęci. Dzieci, by chciały nad sobą pracować, by sobie wzajemnie pomagać. Rodziców, by ich w tym wspierali. I nauczycieli – by chciało im się zarażać pasją do uprawiania sportu. I by pełnili rolę nie tylko „pana/pani z gwizdkiem”, ale i wychowawcy.
REKLAMA
To nie będzie tekst-recepta na to, jak uzdrowić polskie lekcje wuefu. W środę minister Mucha przedstawi swój plan naprawy na specjalnej debacie, wtedy (może) będziemy mądrzejsi. To będzie odpowiedź na artykuł, który napisała redakcyjna koleżanka, Weronika J. Lewandowska.
Weronika nie wspomina dobrze lekcji wuefu – kojarzy je raczej z ciążącym przykrym obowiązkiem, z którego z czasem mogła zrezygnować. Z ucieczkami w niedyspozycję byleby nie ćwiczyć na gimnastycznej sali. W żadnym stopniu nie można mieć do niej o to pretensji. Nie wyobrażam sobie, by można było wpływać na czyjeś wspomnienia, choćby najbardziej przykre. Ale można za to spojrzeć na lekcje wuefu łaskawszym okiem.
A teraz dzieci, wyobraźcie sobie siatkę
Ja też – jak chyba każdy z nas? - wspominam szkołę i nauczycieli z większą lub (trochę) mniejszą sympatią.
Ja też – jak chyba każdy z nas? - wspominam szkołę i nauczycieli z większą lub (trochę) mniejszą sympatią.
Pamiętam nauczycielkę, którzy podczas lekcji wuefu i gry w siatkówkę kazała nam – chyba z własnego lenistwa, innego uzasadnienia nie znajduję – wyobrażać sobie (!) siatkę, bo ta była schowana zbyt głęboko w schowku, a jej rozwieszenie przed zajęciami „ukradłoby” kilka cennych minut przerwy.
I kolejną wuefistkę, którą wręcz błagałem o 45-minutowy SKS z koszykówki (przygotowywaliśmy się wówczas do ważnego turnieju). Otóż wspólnie udało nam się znaleźć „okienko”, w trakcie którego hala stała wolna. W środku dnia. Akurat rzeczona wuefistka miała wtedy 45 minut wolnego. Spytała mnie: - No dobrze, ale kto was będzie pilnował? Na pewno nie ja, mi za to nikt nie płaci.
Ale znam też taką, która do dziś wypytuje mnie o moje życie prywatne, o to, czy nadal ganiam za futbolówką. Sama na razie ma przerwę – po operacji nie może podejmować intensywnego wysiłku. Ale w jej lekcjach, być może dzięki pasji, którą niewątpliwie ma w sobie po dziś dzień, braliśmy udział wszyscy. Chłopcy i dziewczęta. Wszyscy.
Pokochać wysiłek fizyczny
Nie piszę o tym przypadkiem. Moją licealną klasę – przynajmniej w kontekście sportu – mogę stawiać jako wzór. Nikt nie potrafił zniechęcić nas do lekcji wuefu. O meczach, które rozgrywaliśmy podczas tych magicznych trzech kwadransów, dyskutowaliśmy przez cały tydzień. Żyliśmy tym.
Nie piszę o tym przypadkiem. Moją licealną klasę – przynajmniej w kontekście sportu – mogę stawiać jako wzór. Nikt nie potrafił zniechęcić nas do lekcji wuefu. O meczach, które rozgrywaliśmy podczas tych magicznych trzech kwadransów, dyskutowaliśmy przez cały tydzień. Żyliśmy tym.
Myślicie, że w klasie byli sami sportowo uzdolnieni, a otyłych chłopców i dziewczynek zwyczajnie nie było? Takich, którzy próbując kopnąć piłkę niemal potykali się o własne nogi? Byli, oczywiście. Ale trzymaliśmy się razem – i na wuefie, i na matmie. Wciągnęliśmy ich za sobą do gry – nawet jeśli byli wybierani na końcu i nawet jeśli stawali na bramce, mieli swoje specjalne zadanie na boisku. Tomek, którego waga – przy niskim wzroście – zawsze była trzycyfrowa – pokochał futbol, pokochał rywalizację. Zwykle stawał na bramce (bo i wybierany był na końcu), ale był niezastąpiony! Z czasem zaczynaliśmy wybierać skład od niego. Dziś jest fajnym, szczupłym chłopakiem, chyba już mężem – czego serdecznie mu gratuluję.
Kolejny kumpel z liceum – Adam. Wówczas niezmiernie bawiła nas wszystkich jego chęć dorównania innym pod względem wiedzy sportowej. Przy okazji oczywiście mylił nazwiska sportowców, dyscypliny, tryumfatorów... Ale uparł się. Grał, czytał, biegał. Znalazł swoją niszę – trenował parkour w czasie, gdy mało kto o nim słyszał. Dziś, gdy jesteśmy już trochę starsi, nie ma tygodnia, by nie próbował wyciągnąć mnie na zieloną murawę, czy na ściankę wspinaczkową. Pokochał to!
Nie poddawaj się, walcz
WF jest takim samym przedmiotem, jak każdy inny. Ja – dziś przyznam się bez skrępowania - byłem przeraźliwie słaby z matmy. Przy numerze „21” w dzienniku widniał najczęściej rząd jedynek. Czy unikałem zajęć? Szukałem usprawiedliwień, wad w systemie? Nie! Starałem się. Zwykle wychodziło miernie, ale nie poddawałem się. Wiedziałem, że nigdy nie będę najlepszy. Ale brałem korepetycje. Podciągałem się. Absolutu nie osiągnąłem, ale czasem do dziennika wpadła czwórka, czy piątka. To była dopiero satysfakcja. Być może tego właśnie nauczył mnie sport, w tym ten który uprawiałem na wuefie – nie poddawania się. I walki. Życzyłbym wszystkim chłopcom i dziewczętom, by w szkolnych latach również potrafili zbudować w sobie tę motywację do pracy.
WF jest takim samym przedmiotem, jak każdy inny. Ja – dziś przyznam się bez skrępowania - byłem przeraźliwie słaby z matmy. Przy numerze „21” w dzienniku widniał najczęściej rząd jedynek. Czy unikałem zajęć? Szukałem usprawiedliwień, wad w systemie? Nie! Starałem się. Zwykle wychodziło miernie, ale nie poddawałem się. Wiedziałem, że nigdy nie będę najlepszy. Ale brałem korepetycje. Podciągałem się. Absolutu nie osiągnąłem, ale czasem do dziennika wpadła czwórka, czy piątka. To była dopiero satysfakcja. Być może tego właśnie nauczył mnie sport, w tym ten który uprawiałem na wuefie – nie poddawania się. I walki. Życzyłbym wszystkim chłopcom i dziewczętom, by w szkolnych latach również potrafili zbudować w sobie tę motywację do pracy.
Dlatego całym sercem będę za lekcjami WF-u.
Pan z gwizdkiem
Nie znam osobiście nauczyciela, którego w swoim artykule opisuje Weronika. Być może jest w swoim zawodzie naprawdę niezły, może ze swoimi uczniami osiąga dobre wyniki na międzyszkolnych olimpiadach – być może. Zastanawiam się jednak, czy bardzo różni się od nauczycielek, które opisałem powyżej. O "lewym" zwolnieniu, które przyniósł mu jeden z chłopców mówi: - Przyjąłem je. Pomyślałem, że tak dla niego będzie lepiej... Gdy czytam te słowa, ściska mnie w gardle. Wuefista to przecież nie tylko „pan z gwizdkiem”, to także wychowawca młodzieży! Czemu nie porozmawiał z chłopcem, czemu nie wsparł go, czemu nie pochwalił na zajęciach?
Nie znam osobiście nauczyciela, którego w swoim artykule opisuje Weronika. Być może jest w swoim zawodzie naprawdę niezły, może ze swoimi uczniami osiąga dobre wyniki na międzyszkolnych olimpiadach – być może. Zastanawiam się jednak, czy bardzo różni się od nauczycielek, które opisałem powyżej. O "lewym" zwolnieniu, które przyniósł mu jeden z chłopców mówi: - Przyjąłem je. Pomyślałem, że tak dla niego będzie lepiej... Gdy czytam te słowa, ściska mnie w gardle. Wuefista to przecież nie tylko „pan z gwizdkiem”, to także wychowawca młodzieży! Czemu nie porozmawiał z chłopcem, czemu nie wsparł go, czemu nie pochwalił na zajęciach?
Nie zamierzam bronić systemu. Ten ma swoje potężne wady, trwa dyskusja jak go naprawić. Będę jednak bronił roli wuefu w szkołach – dobrze spędzona lekcja wuefu jest tak samo ważna, co lekcja matematyki.
PS Przespacerowałem się na boisko szkolne przy ulicy Wiktorskiej w Warszawie. Nie widziałem na nim chłopców i dziewczynek, którzy podpierają ścianę szkoły. Wszyscy zgodnie ćwiczyli, rozciągali się i w końcu ganiali za piłką. Może nie jest aż tak źle, jak myślimy że jest?
