„Przeszłość”, od 6 września w kinach
„Przeszłość”, od 6 września w kinach Materiały prasowe

Asghar Farhadi, nagrodzony Oscarem za pamiętne „Rozstanie”, tym razem zawędrował do Francji. Irańczyka nie onieśmielił ani Paryż, ani znani francuscy aktorzy, mimo że w ogóle nie rozumiał ich języka. Jego nowy film to kolejny świetny portret współczesnej rodziny – pułapki, z której nie można się wydostać.

REKLAMA
„Przeszłość” rozpoczyna się rozstaniem. Ahmad po czteroletniej nieobecności wraca do Paryża, by podpisać papiery rozwodowe. Jego była żona Marie (Bérénice Bejo z „Artysty”), która próbuje ułożyć sobie życie na nowo, odbiera go z lotniska. Sprzeczka na powitanie to miły wstęp do hekatomby. Mężczyzna trafi w sam środek rodzinnego piekła, kryjącego się w niepozornym domku na paryskich przedmieściach. Pod jednym dachem spędzi kilka dni z nowym chłopakiem żony, Samirem (Tahar Rahim, znany z „Proroka” Jacques’a Audiarda), jego kilkuletnim synem i dwiema córkami żony, z którymi kiedyś miał bliski kontakt – nietrudno się domyślić, że nie wróży to nic dobrego.

Gdyby podobny scenariusz trafił w mniej doświadczone ręce, mielibyśmy do czynienia z ciągnącą się w nieskończoność telenowelą albo z dziełem na miarę polskiego filmu obyczajowego. Jednak Farhadi prowadzi tę mozaikową historię tak, że choć rozwija się ona głównie dzięki dialogom (czy też wzajemnym pretensjom), to ogląda się ją jak trzymające w napięciu kino gatunkowe.
W kolejnych scenach bohaterowie stają się bardziej niejednoznaczni, reżyser przygląda im się z różnych perspektyw, odkrywa nowe fakty – histeryczne nieracjonalne zachowania Marie nagle zyskują uzasadnienie, a Ahmad, z którym widz początkowo sympatyzuje, zaczyna irytować swoją mędrkującą postawą. W tym pojedynku nie ma miejsca na zwycięzców. Siłą „Rozstania” była prostota, uniwersalność przy jednoczesnym osadzeniu opowieści w społecznym kontekście – „Przeszłość” jest bardziej skomplikowana, reżyser co rusz wprowadza ryzykowne wolty w scenariuszu, ale dzięki uważnej obserwacji i niuansom nigdy nie staje się nieautentyczna.
Osobna kwestia to dialogi. Nie wiem, jak to możliwe, że Farhadi, nie rozumiejąc języka francuskiego, potrafił tak poprowadzić aktorów (choć Bejo skarżyła się, że podczas prób kazał jej mówić z watą w ustach). Polskim producentom radziłbym więc rozejrzeć się za scenarzystami z Iranu.