
Choć polskie kino ostatnio raczej straszy, to 14 tytułów, które znalazły się w konkursie gdyńskiego festiwalu, być może sprawi, że liczba osób z założenia omijających rodzime produkcje wkrótce trochę się zmniejszy.
REKLAMA
Szybki przegląd repertuaru: „Ostra randka”, w której bohaterka biega z własnymi organami w reklamówce, do tego dwie czytanki wśród zapowiedzi. Pierwsza obowiązkowo z powstania warszawskiego („Sierpniowe niebo”, przymilające się niezręcznym hiphopowym zwiastunem), druga z historii najnowszej („Wałęsa” z Robertem Więckiewiczem, który jest bardziej Wałęsą niż Wałęsa). Ten niezbyt optymistyczny obraz polskiego kina łagodzi odbywający się właśnie festiwal w Gdyni.
Jeśli miarą wartości filmu są obecność i nagrody na zagranicznych festiwalach, to polscy twórcy nie mają czego się wstydzić. „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy z kolejną świetną rolą Dawida Ogrodnika właśnie wróciło z Montrealu – jedynego festiwalu klasy „A” w Ameryce Północnej – z trzema nagrodami. „Ida” Pawła Pawlikowskiego pokazana zostanie w Londynie, a w Toronto już zbiera dobre recenzje. „Płynące wieżowce” Wasilewskiego wygrały sekcję „East of the West” w Karlowych Warach, zaś „Papusza” Krauzów na tym samym festiwalu dostała Wyróżnienie Specjalne i najwyższe oceny od krytyków.
„W imię” Szumowskiej i „Bejbi blues” Rosłaniec zadebiutowały w Berlinie – ten ostatni, pomimo nieprzychylnych opinii rodzimych krytyków, przywiózł ze sobą nawet dwie nagrody. Z kolei Jacek Borcuch, reżyser „Nieulotnych”, cieszy się uznaniem organizatorów Sundance. I tylko Jacka Bromskiego („Bilet na Księżyc”) nikt nigdzie nie zaprasza...
Pod względem tematyki też coś się zmieniło – w końcu w filmach zaczyna dominować współczesność, a jeśli reżyserzy opowiadają o przeszłości, to mniej chętnie sięgają po historie znane z podręczników. W czarno-białej „Idzie” Pawlikowski cofa się więc do lat 60., by opowiedzieć o siostrze zakonnej, która odkrywa, że jest Żydówką. Krzysztof Krauze, jak sam twierdzi, spłaca dług Cyganom w świetnej „Papuszy” – opowieści o romskiej poetce Bronisławie Wajs.
Po raz pierwszy w konkursie pojawiły się też dwa tytuły gejowskie – o księdzu na prowincji, który biega za piłką i chłopakami („W imię...”) i warszawskim pływaku, który zaczyna płynąć pod prąd (seksualnych oczekiwań swojej dziewczyny; „Płynące wieżowce”). W programie są też słabsze filmy: kino gatunkowe („Drogówka” na wstecznym), komedia (nieśmieszna „Dziewczyna z szafy”) i obyczajówka tęsknie spoglądająca w kierunku języka filmowego à la Kieślowski („Miłość”). I niestety brakuje debiutów.
Do soboty możecie oceniać polskie kino w Gdyni.
