
– Wiem, że efekty nie przyjdą szybko. Ale może kiedyś taka mała Amina powie, że jak była dzieckiem, to miała białą nauczycielkę, która była dobrym człowiekiem? I że nie warto oceniać nikogo po kolorze skóry? – zastanawia się Anita Kawecka, która opowiada naTemat o szkole w kenijskich slumsach, w której opiekuje się miejscowymi dziećmi.
REKLAMA
Anita Kawecka ma 23 lata, pochodzi z Warszawy. Studiuje prawo na Uniwersytecie Warszawskim. Od dawna myślała o tym, by pojechać do Afryki, budować szkoły, zapewniać ludziom dostęp do wody. Była zaskoczona, że jej marzenie udało się zrealizować tak szybko. Dziś pracuje w szkole w slumsach kenijskiej stolicy, Nairobi. To Kibera – największa dzielnicy nędzy w Afryce Wschodniej. Anita opowiada nam o swoich doświadczeniach, problemach, pracy z dziećmi i tym, dlaczego wierzy, że to, co robi, ma sens.
Dlaczego Kenia?
Bo na nią zgodzili się moi rodzice (śmiech). Głównie dlatego, że byliśmy tam na wakacjach 10 lat temu i wydaje im się, że wiedzą coś o tym kraju. Poza tym nie da się ukryć, że Kenia jest jednym z najbardziej otwartych turystycznie krajów "Czarnej Afryki". No i tak trafiłam do Nairobi.
Czym się zajmujesz?
Pracuję w szkole w slumsach. Kibera to drugie co do wielkości slumsy w Afryce. Miasto w mieście. Możesz w ogóle się z niej nie ruszać i niczego Ci nie zabraknie. Ale oczywiście są też mroczne strony życia tutaj. Wyobraź sobie: wczoraj w slumsach był pożar. Spłonął dom, w którym było dziecko. Prawdziwa tragedia, dziecko nie żyje. Dookoła mnóstwo ludzi, gapiów.
Pijani mężczyźni śmieją się i wołają “mzungu mzungu!” [w suahili: “biały człowiek – przyp red.] Mój biały kolega sprawdza, czy komuś można jeszcze pomóc, matka dziecka zanosi się od płaczu. W zupelnie zwęglonym pokoju ciałko 3-letniego dziecka... Kolega pyta czy, dzwonili po pogotowie, policję, straż pożarną... Odpowiedź zupełnie szokuje: dzwonili w każde z tych miejsc, ale usłyszeli, że służby do Kibery nie przyjadą…
Wydaje się, że może tam być naprawdę niebezpiecznie.
Całe Nairobi nie jest bezpieczne, szczególnie dla białych. Do slumsów nie możesz zabrać zbyt dużej ilości gotówki, nowego telefonu czy aparatu fotograficznego, bo nie wrócisz z nim już do domu.
Jak więc wygląda codzienność w Nairobi? Możecie pójść do kina? Albo na hamburgera do McDonalda?
Jak więc wygląda codzienność w Nairobi? Możecie pójść do kina? Albo na hamburgera do McDonalda?
Nairobi to stolica. Jest tu kino, restauracje, ale nie znajdziesz znanych sieciówek jak McDonald’s, KFC, H&M. Na ulicy panuje chaos. Nikt nie przestrzega zasad ruchu drogowego. Jadą na czerwonym świetle, nie przepuszczają pieszych na pasach. Piesi przechodzą gdzie chcą i kiedy chcą, biegając między samochodami. Przez pierwsze dni myślałam, że zginę pod kołami samochodu, albo w tzw. matatu.
Matatu?
To rodzaj prywatnego autobusu dla 12 osób z bardzo głośną muzyką. A w praktyce jedzie nim tylu ludzi, ilu tylko się zmieści.
Okej, a powiedz, gdzie mieszkasz?
Okej, a powiedz, gdzie mieszkasz?
W domu jednorodzinnym, który wynajmuję z innymi stażystami, na zamkniętym osiedlu. Oczywiście za wszystko płacimy z własnej kieszeni. Nic nie dostajemy za darmo. Mamy dostęp do internetu, warunki mieszkaniowe są dobre, choć czasami brakuje prądu albo ciepłej wody.
Co jecie na co dzień?
Jemy bardzo dużo fasoli i soczewicy. To podstawa kenijskiej, ubogiej diety. Ale często chodzimy głodni. Nie ma osoby, która by nie schudła. Po pierwsze jedzenie nie jest tanie, po drugie nie mamy serca, żeby jeść na oczach głodnych dzieci.
Kim są ludzie, z którymi mieszkasz?
Kim są ludzie, z którymi mieszkasz?
Jedni pracują dla Africa Health and Community Program, są to głównie studenci medycyny, farmaceuci itp. Kilkoro pracuje przy budowie szkół - to młodzi inżynierowie. Inni wspierają program związany z przedsiębiorczością i biznesem: pomagają w zakładaniu własnych firm i rozwoju tych już istniejących. A wszystko to dzieje się w slumsach Nairobi. Niesamowici młodzi ludzie z całego świata.
Na przykład?
Z Indii, Chin, Włoch, Portugali, Wenezueli, Austrii, Francji, Tanzanii, Grecji i Brazylii. Są bardzo zaangażowani w swoją pracę. Nikt nie dostaje wynagrodzenia. Minimum, jakie musimy wypracować to 6 tygodni, ale niektórzy zostają nawet 8 miesięcy. Weekendy mamy wolne. Wtedy staramy się zwiedzać Kenię. Organizujemy safari, wycieczki, chodzimy na imprezy, do kina. Mimo wszystko jesteśmy bardzo młodzi i staramy się tu dobrze bawić. Wszyscy płaczemy, kiedy ktoś wraca do domu. Jesteśmy niezwykle zżyci ze sobą. Decyzja, żeby tu przyjechać wymaga pewnych określonych cech. To taki filtr. Ciężko przekazać innym to, co czujemy będąc tutaj.
No dobrze, opowiedz może, co dokładnie robisz w szkole?
Zajmuję się dziećmi w wieku 3-5 lat. Uczą się głównie alfabetu, cyferek. Wszystko po angielsku. Po ukończeniu tej szkoły pójdą do podstawówki.
Dzieciaki dobrze mówią po angielsku?
Nie. Ciężko się z nimi porozumieć, bo mówią w suahili. Tak więc nasza rozmowa wygląda mniej więcej tak: - Teacher Anita! Teacher Anita! - Yes? - Nataka maji! I tak z czasem uczę się nowych zwrotów. Ten oznacza dokładnie - “chcę wody”.
Opowiedz coś więcej o szkole.
To odpowiednik naszego przedszkola. Mamy trzy klasy: Baby class, Nursery class, Pre-Unit class. Łącznie 33 podopiecznych. Do podstawówki pójdą mając 6 lat. Mimo że to odpowiednik naszego przedszkola, w niczym nie przypomina polskich realiów. Nie ma placu zabaw, łóżek do leżakowania, zabawek…
A co jest?
Są dwa, małe pomieszczenia ze słabym dostępem do światła. Okropnie niewygodne, drewniane, często za duże lub za małe ławki. W jednej sali znajduje się tablica, na której prawie nie da się już pisać. W jest tylko ściana pomalowana na czarno. A szkoła i tak ma dużo szczęścia, bo jest zaopatrzona w toaletę, czyli dziurę w ziemi oddzieloną ścianą i drzwiami. Dzieci z sąsiednich szkół często z niej korzystają, bo ich szkoły nie mają takich luksusów. Mimo że szkoła posiada 3 klasy, to baby class i Nursery class mają zajęcia wspólnie w jednej sali. Nie ma miejsca na to żeby mogły mieć zajęcia oddzielnie, chociaż poważnie utrudnia to naukę.
Jak wygląda dzień w waszej szkole?
Zajęcia zaczynają się o 9. Wszyscy śpiewają piosenki po angielsku i w suahili. Większość z nich poświęcona jest Bogu. Nauczyciele witają się z dziećmi prostymi zwrotami: „Good morning! How are you? What day is today?” Nie może zabraknąć modlitwy na dobre rozpoczęcie dnia. Pierwsze połowa dnia to nauka alfabetu i słów po angielsku. Problem polega na tym, że nie wszystkie dzieci potrafią pisać. Dlatego w klasie jestem ja i jeszcze jedna nauczycielka. Ciężko pogodzić dzieciaki, które są już starsze i szybko wykonują zadaną im pracę i te, z którymi trzeba indywidualnie posiedzieć i uczyć absolutnych podstaw. Później znowu czas na modlitwę – dziękujemy Bogu za przerwę śniadaniową.
A co dzieci jedzą w czasie takiej przerwy?
Każde dziecko przynosi coś do jedzenia z domu. Są to zazwyczaj chapati, rodzaj naleśników, i mandazi. Do tego często woda, sok albo mleko.
A co po śniadaniu?
Uczymy się liczyć. Tutaj znowu mamy dzieci na różnym etapie. Jedni liczą do 10 inni już do 30. Bardziej zaawansowani uczą się dodawać. Nie mamy podręczników. Wszystko jest zapisywane na tablicy. Dzieci mają jedynie zeszyty, które kupują im rodzice, ołówki zapewnia szkoła. Po jedzeniu myjemy zęby. Szkoła bierze udział w projekcie, który gwarantuje każdemu dziecku szczoteczkę do zębów i pastę. Wszystko trzymane jest w szkole. W ten sposób mamy pewność, że myją zęby przynajmniej raz dziennie. Następnie mamy leżakowanie.
Macie łóżka, materace, cokolwiek?
Nie. Dzieci kładą głowy na ławkach i śpią, choć to niewygodne i niewskazane dla ich kręgosłupa. Nie ma niestety miejsca na rozłożenie materacy. Jak dzieci odpoczną następuje cześć nazywana “creative” - dzieci rysują i kolorują. Oczywiście nie ma kolorowanek. Nauczyciele rysują w zeszytach, a maluchy kolorują. Bawimy się przed szkołą. Piłka, którą im przywiozłam, okazała się najlepsza zabawką na świecie.
Czy dzieciaki cię słuchają?
Niestety, zupełnie nie. Dyscyplina w szkole jest trzymana tylko za pomocą gróźb i linijki. Okropne. Niestety jest to powszechną praktyką od pokoleń i bardzo trudno to zmienić. Dzieci w ogóle nie rozumieją, że tak nie powinno być. Za to bardzo dobrze wiedzą, że nigdy ich nie uderzę i wykorzystują to, jak mogą. Są niesforne i głośne. Ale cały czas są bardzo ciekawe białego człowieka. Ciągle mnie dotykają. Szczególnie moje włosy, które są zupełnie inne niż ich.
Nie ma sposobu, żeby nad nimi zapanować?
Uspokajają się dopiero, gdy widzą kenijską nauczycielkę, której po prostu się boją. Dopiero po kilku tygodniach, gdy poznały mnie lepiej, zaczęły chociaż trochę mnie słuchać. Zrozumiały, że nauczyciel może być ciepłą osobą, która przejmuje się ich problemami, przytuli jak się przewrócą.
Pewnie nie są przyzwyczajone do takiego traktowania?
Choć niesamowicie dużo się uśmiechają, to łatwo zauważyć, że brakuje im czułości. W domu często mają nawet 10 rodzeństwa, zapracowanych rodziców. Nikt nie poświęca im uwagi. Wychowują się w slumsach. Wszędzie jest ekstremalnie brudno, brakuje wody. Maluchy są mniejsze i chudsze niż ich rówieśnicy w Europie. Często dokucza im głód i pragnienie. Ostatnio poprosiłam przyjaciół studiujących medycynę, stomatologię i farmaceutykę, żeby zbadali moich podopiecznych. Na około 25 zbadanych 7 miało poważne problemy z zębami. Wyjątkowo nikt nie miał robaków. Są bardzo powszechne u dzieci.
Kto utrzymuje szkołę?
Nie wspiera jej nikt poza rodzicami. A oni płacą ekstremalnie dużo. W szkołach mających sponsorów opłaty są siedmiokrotnie niższe. Podziwiam rodziców, bo wiem, że jest im ciężko wyskubać te pieniądze, a mimo wszystko wspierają dzieciaki i wierzą, że edukacja to jedyna przyszłość dla ich pociech.
Co było dla Ciebie najtrudniejsze, gdy przyjechałaś do Kenii?
Najtrudniejsze do zaakceptowania jest ich podejście do białych ludzi. Oczywiście ogromny wpływ miał na to kolonializm. Ogólnie, miejscowi uważają, że my-biali jesteśmy niesamowicie bogaci i powinniśmy im dawać pieniądze, bo oni są przecież biedni i im się należy. Płacimy więcej za wszystko, co nie ma przyklejonej ceny tylko dlatego, że jesteśmy biali. To pewnego rodzaju rasizm. O wszystko trzeba walczyć, ciężko znaleźć kogoś, kto chociaż nie spróbuje wyłudzić trochę więcej pieniędzy. Czasami mam wrażenie, że Kenijczycy to bardzo leniwy i skorumpowany naród.
Czy trochę nie generalizujesz?
Oczywiście, spotkałam na swojej drodze dobrych ludzi i było mi wstyd, kiedy podchodziłam do nich z bardzo ograniczonym zaufaniem, wręcz czekając, aż wreszcie wykorzystają moja dobrą wolę…
W czym tamta rzeczywistość podobna jest do znanej nam, Polakom?
Ciężko jest znaleźć jakieś podobieństwa do Europy. Mentalność zupełnie inna, totalny brak organizacji, śmieci na każdym rogu, zanieczyszczenie powietrza tak wysokie, że aż ciężko oddychać. Zadawano mi to pytanie już milion razy, ale nie wiem, jakie są podobieństwa. Nie widzę żadnych.
Co byś powiedziała ludziom, którzy nie rozumieją takiej postawy jak twoja mówiąc, że przecież pomagać można bliżej – np. biednym dzieciom w Bieszczadach?
Co byś powiedziała ludziom, którzy nie rozumieją takiej postawy jak twoja mówiąc, że przecież pomagać można bliżej – np. biednym dzieciom w Bieszczadach?
Odpowiedziałabym im, że problemy są wszędzie. Równie dobrze mogłabym nic nie robić dla innych, bo sama też mam problemy. To duże wyzwanie i lekcja życia zmierzyć się ze sprawami, których sami nigdy nie doświadczyliśmy. Im bardziej są dla nas skrajne, tym trudniej. Pytać “czemu tutaj, a nie na własnym podwórku?”, to jak zapytać tego, co broni zwierząt, dlaczego nie broni dzieci, a prawnika, czemu nie leczy. Nie jesteśmy w stanie zrobić wszystkiego.
Ale dlaczego akurat Afryka?
Czasami coś bardziej dotyka nasze serce, czujemy, że to nasza droga. I tak jest w tym przypadku. Nie mam prostej odpowiedzi dlaczego. Afryka też mierzy się wieloma problemami, ale to, w co ja chcę się zaangażować, to prawa człowieka i dzieci. Nie wiem dlaczego, nie czuje tego samego powołania do „ratowania” słoni czy lasów tropikalnych.
Jak myślisz, czy Twoje działania rzeczywiście pozwoli jakoś ten świat “poprawić”? Czy swoje działanie traktujesz jako misję, obowiązek, powołanie?
Jak myślisz, czy Twoje działania rzeczywiście pozwoli jakoś ten świat “poprawić”? Czy swoje działanie traktujesz jako misję, obowiązek, powołanie?
Na pewno moje działanie to niezauważalna kropla w oceanie potrzeb. Ale jeśli każda z takich “kropli” jak ja będzie uważała, że nic się nie zmieni, to naprawdę nie ruszymy z miejsca. To nie jest łatwe, efekty nie przyjdą szybko. Ale może kiedyś taka mała Amina powie, że jak była dzieckiem, to miała białą nauczycielkę, która była dobrym człowiekiem? I że nie warto oceniać nikogo po kolorze skóry? To byłby dla mnie ogromny sukces. Naprawdę mocno wierzę, że to ma sens. Inaczej nie poświęciłabym na to nawet chwili.
Anita poszukuje sponsora dla szkoły, w której uczy. Ponieważ placówka nie ma konta bankowego, moja rozmówczyni prosi o bezpośredni kontakt z nią: pod adresem kawecka.anita@gmail.com lub na Facebooku
