
Szlagierowe mecze polskiej Ekstraklasy ogląda w telewizji po 200 tysięcy osób. Z jednej strony wiele mówi to o dostępności transmisji. Z drugiej - co nieco o poziomie rozgrywek. Czasem aż chciałoby się sparafrazować klasyka i krzyknąć: „dobrze, że państwo tego nie widzieli!”, bo wszystko, co dzieje się w tym roku w Ekstraklasie przypomina wyścig ślimaków. Pieszą pielgrzymkę po tytuł mistrza Polski, który bez względu na rozstrzygnięcie będzie mistrzem słabym; po miano króla strzelców - skoro zablokował się już nawet Rudniew, czy wreszcie po utrzymanie.
REKLAMA
Jeszcze w sobotę około piętnastej mogło się wydawać, że w temacie spadku z ligi mamy pozamiatane – lecą Cracovia i ŁKS. Nagle jednak swoją beznadziejną niemoc postanowiła przedłużyć Lechia, co sprawiło, że w dole tabeli nadal mamy niewesoły tercet, który w tempie ślimaczym próbuje wygrzebać się z kłopotów.
Paradoks polega na tym, że z całej trójki nie sposób mieć pretensje jedynie do ŁKS-u. Do jego działaczy – rzecz jasna, ale niekoniecznie do zawodników. Od zespołu funkcjonującego w tak dramatycznych warunkach trudno oczekiwać wyniku. Ciężko spodziewać się fajerwerków, gdy piłkarze otwarcie pozwalają sobie na krytykę pracodawcy. Wyjawiają dziennikarzom, że są mamieni obietnicami, nie mają gdzie normalnie trenować, a pensji nie dostają od miesięcy. W żadnej poważnej lidze ta drużyna nie miałaby racji bytu. Powinna być co tydzień brutalnie ustawiana do pionu.
Zupełnie inaczej Cracovia, której forma i położenie jest dziś obelgą dla i tak słabej już Ekstraklasy. Drużyna od lat budowana za duże pieniądze – nieporównywalnie większe od tych w Chorzowie czy Kielcach – jest ligowym pośmiewiskiem. I to nie od wczoraj, ale przynajmniej dwóch czy trzech sezonów.
- Rozumiem rozgoryczenie fanów, ale wyzwisk pod naszym adresem nie możemy tolerować – oburzał się w ostatni piątek Arkadiusz Radomski, gdy godna politowania postawa krakowian wywoływała drwiny na trybunach. Hasła: „pierwsza liga, pierwsza liga, Cracovia!”, „bójcie się chamy, do pierwszej ligi wracamy” albo szydercze oklaski, gdy rywalom z Zabrza wychodziła kolejna akcja. W Krakowie wciąż zaklina się rzeczywistość, wysyłając te same medialne sygnały, na zasadzie: - Przed nami siedem meczów. Zrobimy wszystko, by zdobyć w nich jak najwięcej punktów i utrzymać się w lidze.
Niestety w tej drużynie nie ma mocy, ani umiejętności, tylko bośniacko - słoweńsko - holendersko - polski zaciąg przeciętniaków, którzy co tydzień powtarzają: zostało dziesięć meczów, jeszcze osiem, jeszcze siedem… A punktów, jak nie zdobywali, tak nie zdobywają dalej. Tylko czekać, kiedy profesor Filipiak zafunduje podopiecznym kolejną niewytłumaczalną premię. Rok temu o tej porze obiecał przecież DWA MILIONY złotych za to, że uchronią się przed spadkiem z ligi. Sorry, ale takim działaniem dochodzimy do jakiegoś kuriozum. Nagradzamy żenadę. Demoralizujemy pracownika. Dajemy nagrody tylko za to, że nie okazał się najgorszy.
A może temu klubowi potrzeba właśnie wstrząsu? Drastycznego trzęsienia ziemi, by wreszcie było w nim normalnie?
Trudno napisać podobne słowa pod adresem gdańskiej Lechii. Ta od dawna nie pamięta, co znaczy wygrana w lidze, ale nawet jeśli nie szkoda jej większości zawodników, żal byłoby patrzeć na nową PGE Arenę, mieniącą się najpiękniejszym obiektem pierwszej (czyli de facto drugiej) ligi. Mocno przeterminowany Paweł Janas nie potrafi wycisnąć z tej drużyny ani mililitra soków. Lechia gra futbol nudny, nieprzyjemny i nieskuteczny, a w szatni odchodzi coraz częstsze samobiczowanie.
Kapitan Łukasz Surma przyznał niedawno, że sam nie kupiłby biletu na występ swojego zespołu, a obrońca Krzysztof Bąk, że być może nadejdzie taki moment, że trzeba będzie pójść do normalnej pracy, bo nikt nie będzie go już chciał zatrudnić.
Ale nic z tych rzeczy, panie Krzysztofie.
W tym kraju naprawdę niewielu potrafi grać w piłkę, a mimo to wielu na niej godnie zarabia. Może lepiej się więc nie wychylać. Czasem tylko trochę pobiegać, podać do najbliższego, zaliczyć jakiś jeden odbiór. Doświadczenie uczy, że walkę o miano najgorszego w polskiej lidze wcale nie tak łatwo wygrać.
