
Ari Folman jeszcze raz eksperymentuje z animacją. O ile w nominowanym do Oscara „Walcu z Baszirem” skupił się na tym, co przez lata wypierane z pamięci (wspomnienia z wojny izraelsko-libańskiej), o tyle w „Kongresie” patrzy w przyszłość. Mniej przenikliwie, ale nadal intrygująco.
REKLAMA
Nowy film izraelskiego reżysera oparty jest na „Kongresie futurologicznym” Stanisława Lema. Wydana w latach 70. powieść to dla Folmana jedynie punkt wyjścia do stworzenia własnej wizji. I to właśnie w tych momentach, w których odchodzi od literackiego pierwowzoru, „Kongres” okazuje się najciekawszy – nie jako dystopijne science fiction o zatartej granicy między rzeczywistością a fikcją, lecz przede wszystkim jako groteskowa satyra na przemysł filmowy i (nieco konserwatywny z ducha) lament za dawnym kinem.
Izraelski reżyser (mający polskie korzenie) podzielił swoją historię na dwie części. W pierwszej, aktorskiej Robin Wright gra właściwie samą siebie, 40-letnią aktorkę, która żyje w cieniu swoich dawnych sukcesów i porażek, wychowując w samotności dwoje dzieci. Sfrustrowana, dostaje ostatnią propozycję od swojego agenta (Harvey Keitel). Hollywoodzka wytwórnia zeskanuje jej ciało, dzięki czemu kobieta zyska wieczną młodość na ekranie, a filmowcy – cyfrowy produkt do obróbki. Z kolei druga część staje się halucynacyjną wyprawą Robin śladem zaginionego syna, podczas której trafi ona na znany z powieści kongres. Folman zrealizował ten epizod za pomocą staroświeckiej animacji, przygotowanej m.in. w polskim Orange Studio, a świadomie rezygnując z techniki komputerowej, chciał (wraz z 200 rysownikami) złożyć hołd twórcom klasycznej animacji z lat 30.
„Kongres” to ciekawa hybryda spreparowana – zdaje się, że świadomie – z gatunkowych klisz, do których kino zawsze wraca. Sentymentalną, niemal mityczną historię rodzinną Folman obudowuje wizją nieograniczonej konsumpcji i przymusu stymulacji, świata, w którym każdy może być kimkolwiek – Michaelem Jacksonem czy Robin Wright – ale nie sobą. Nie jest to być może wizja szczególnie odkrywcza czy subtelna (choćby scena apelu Robin podczas kongresu), ale imponuje konsekwencją i wysiłkiem włożonym w jej wykreowanie. Interesująca okazuje się tu zwłaszcza niewyrażona wprost puenta. Jest tylko jedna droga ucieczki przed tym, co szykują dla nas spece od popkultury i sprzedawcy szczęścia: tak jak syn głównej bohaterki trzeba zacząć tracić wzrok i słuch.
