„W imię...”, reż. Małgośka Szumowska
„W imię...”, reż. Małgośka Szumowska mat. prasowe

„W imię...” to jeden z głośniejszych polskich filmów tego roku. Opromieniony udziałem w konkursie festiwalu w Berlinie i zestawem nagród przywiezionych z Gdyni, ma być historią o tabu i zakazanej miłości. Warto poszukać tego na ekranie, choć przyznam, że mnie nie udało się znaleźć.

REKLAMA
Ksiądz Adam lubi biegać – leśnymi duktami, za piłką, a także, jak wieść niesie, za chłopakami. Czasem też pędzi po wódkę, smażyć cebulę lub do łazienki, gdzie w wannie z zimną wodą grzeszy – cały ten maraton oczywiście po to, by uciec przed samym sobą.
Przeniesiony z odległej parafii, na mazurskim odludziu zaczyna opiekować się wyrostkami z ośrodka wychowawczego. Trzyma się dzielnie – z młodzieżą ma układy kumpelskie, zawsze da radę i napić się piwa. Ot ojciec Mateusz na zakręcie. Sytuację komplikuje dopiero przybycie Adriana, nowego podopiecznego (z farbowaną czupryną, co chyba ma być jasnym sygnałem dla widza), który roztaczając niezdrową atmosferę, od razu prześwietli duchownego i zacznie bawić się jego tajemnicą.

Małgorzata Szumowska już nieraz wędrowała na polską prowincję – w 2006 roku w świetnym dokumencie „A czego tu się bać?” wsłuchała się w historie prostych ludzi z Podlasia opowiadających o swoich wyobrażeniach o śmierci, w których lęki przeplatały się z baśniowością.
„W imię...” w pewnym sensie też jest taką fantazją, nie tylko o polskiej wsi, ale i o życiu gejów i księży – sprawnie sklejoną ze stereotypów i przefiltrowaną przez manierę odpowiedzialnego za zdjęcia Michała Englerta. To właśnie operator gra tu pierwsze skrzypce – gubi realizm filmu w sielskich pejzażach, spowija zadumane postaci nastrojowym półmrokiem, by w końcu wytropić nośną metaforę w rozdeptanym ślimaczku. Opowieść o homoseksualnych pragnieniach w Polsce najwyraźniej wciąż nie może się obronić bez artystycznego stempla.
logo
„W imię...”, reż. Małgośka Szumowska mat. prasowe

Tak jak uciekający przed sobą Adam, reżyserka wydaje się bać głównego tematu – mnoży niepotrzebne wątki (epizod z Ostaszewską), kwestię wewnątrzkościelnych rozgrywek ledwo sygnalizuje, skupiając się, jak deklaruje w wywiadach, na zakazanej miłości. Problem w tym, że moment rozpoznania uczuć odracza tak długo, że gdy do niego dochodzi, na ekranie nie widzę księdza mierzącego się ze swoimi emocjami, lecz przebranego Andrzeja Chyrę wpatrzonego na ganku w Mateusza Kościukiewicza. Nie wierzę w ten dramat ani przez chwilę tak, jak nadal poważniej traktuję każdą groźbę wypowiedzianą przed laty przez Gerarda w „Długu”. Nie pomagają w tym wcale nagradzani aktorzy, który bardzo poważnie podchodzą do swojej męskości, nie pozwalając sobie na zabawę wizerunkiem.
Szumowska bez wątpienia ma talent. W filmie nie brakuje obiecujących sekwencji, które świadczą jednak o tym, że reżyserka lepiej sprawdza się jako ironistka niż poetka. Potwierdza to chociażby scena procesji z indierockowym utworem, w której inny polski filmowiec sięgnąłby pewnie po preisnerowski motyw, albo w przewrotnym, mocnym finale. Gdyby poszła konsekwentnie tą drogą, może udałoby się jej pokazać i zakazaną miłość, i tabu.