Marek Krajewski: Wprowadźmy łacinę do szkół, zamknijmy gimnazja

Marek Krajewski właśnie wydał nową powieść.
Marek Krajewski właśnie wydał nową powieść. fot. Leszek Gibała / Agencja Gazeta
Marek Krajewski przez lata wykładał gramatykę łacińską. I choć z ukochanym przedmiotem zerwał dla pisania kryminałów (właśnie wyszła jego najnowsza książka "W otchłani mroku"), do dziś postuluje: wprowadźmy łacinę do szkół. Po co? Pyta Anna Wittenberg.


Właśnie ukazała się Pańska kolejna powieść "W otchłani mroku". Pisarz ma tremę po premierze książki?

Nie, to raczej niepewność, czy książka zostanie dobrze przyjęta przez czytelników. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy się dokonuje jakiejś poważnej zmiany. Ja tak właśnie zrobiłem - powróciłem z akcją kryminału ze Lwowa do Wrocławia. Po dwóch tygodniach od premiery już mogę odetchnąć - wiem, że czytelnicy przyjęli to z entuzjazmem.


Dostaje pan listy?

Listy, e-maile. A także opinie wyrażane osobiście, na spotkaniach autorskich.

Bezpośredni kontakt czytelnikiem jest dla pana istotny?

Oczywiście, że tak. Kiedy widzę w ich oczach zainteresowanie, kiedy okazuje się, że mamy wspólny język, utwierdzam się w przekonaniu, że decyzja, którą podjąłem - żeby żyć z pisania, żyć dla swoich czytelników, była decyzją trafną.

Nie była to jednak decyzja łatwa, prawda?


Owszem, przez 15 lat pracowałem na Uniwersytecie Wrocławskim jako wykładowca. Z tego przez sześć chyba lat prowadziłem podwójny żywot; z jednej strony byłem pisarzem, z drugiej - wymagającym nauczycielem.

Ale i przedmiot był wymagający.

Ma pani rację, gramatyka łacińska nie jest przedmiotem łatwym.

Co pana w tym pociągało?

Zainteresowanie łaciną wzięło się stąd, że jako 14-letni chłopiec otrzymałem od ojca w prezencie słownik wyrazów obcych, który bez przerwy przeglądałem, czytałem, poznawałem rozmaite wyrażenia, słowa. To było bardzo ciekawe pod każdym względem, ale szczególnie uderzyła mnie głęboka treść zawarta w sentencjach łacińskich. Zauważyłem, że są bardzo krótkie, ale żeby je zrozumieć, trzeba oddać ich sens wieloma polskimi wyrazami. Na przykład: mutatis mutandis - „zmieniwszy to, co powinno było zostać zmienione”. Aby zrozumieć dwa słowa, trzeba użyć siedmiu.


Łaciny uczyłem się w liceum, ale ponieważ wykazywałem pewne zdolności również w matematyce, długo zastanawiałem się, jaki kierunek studiów wybrać. Finalnie zdecydowałem się na filologię klasyczną. Łacina jest językiem pięknie opisanym, logicznym. Ma z matematyką bardzo wiele wspólnego.

Dzisiaj nawet w liceach humanistycznych łacina jest przedmiotem bardzo rzadkim...

To jest zbrodnia dla edukacji polskiej! My, Polacy, byliśmy przez całe wieki świetnymi łacinnikami. Polscy pisarze tworzyli po łacinie, mieliśmy znakomite gimnazja klasyczne. Niestety, po wojnie z różnych powodów łacina była spychana na margines. A gdybyśmy spojrzeli na przykład na Niemcy, zobaczylibyśmy, że spora grupa młodych ludzi uczy się łaciny, a nawet greki starożytnej. Proszę sobie to wyobrazić!

W jakim celu się uczą?


Łacina jest przedmiotem szkolnym, który świetnie ćwiczy umysł, podobnie zresztą jak matematyka. Język ma jednak tę przewagę, że jest pozbawiony matematycznego formalizmu, nie przeraża ucznia.

Łacina jest też pewnym spoiwem dla europejskiej kultury. Rozumieją to choćby na Ukrainie. Ponieważ ten kraj pretenduje do tego, by być normalnym europejskim państwem, wprowadza się tam łacinę do szkół. Na Uniwersytecie Lwowskim łacina jest wykładana nawet na kierunkach ścisłych i przyrodniczych.

Przeciwnicy łaciny przekonują…

Proszę bardzo, chętnie się ustosunkuję.

…że wykształcenie humanistyczne, w tym nauka łaciny, jest niepraktyczne, więc zbędne.

Gdybyśmy szli tym tokiem rozumowania, to moglibyśmy całe nasze wykształcenie ograniczyć wyłącznie do posiadania prawa jazdy i znajomości języków obcych! Nic nie jest praktyczne na pierwszy rzut oka: całki, funkcje trygonometryczne... W ten sposób możemy wszystko sprowadzić ad absurdum. Co to znaczy, że coś jest praktyczne lub nie?

Jeżeli na to pytanie odpowiemy, to wtedy uświadomimy sobie, że nie ma nic bardziej praktycznego niż łacina, filozofia i matematyka, ponieważ te przedmioty ćwiczą umysł. A wyćwiczony umysł w dzisiejszym świecie, czyli wciąż zmieniających się okolicznościach, pozwala na dopasowanie się do sytuacji.

Zostanę na chwilę adwokatem diabła. Umiejętność praktyczna, czyli taka, której możemy użyć natychmiast po jej opanowaniu.

Ależ łaciny nie musi się uczyć każdy, ja wołam o 25 procent najzdolniejszej młodzieży. Oni powinni mieć taką szansę. Jeżeli idziemy na studia, to musimy mieć wyćwiczony umysł, żeby dobrze układać i strukturyzować informacje, które uzyskamy podczas studiowania. A tym, którzy nie będą studiować, łacina nie jest potrzebna. Czyli wróćmy do zdrowej selekcji, do podziału młodzieży na zdolną i na mniej zdolną. Wróćmy do techników i, na Boga, zlikwidujmy gimnazja.

To poważny postulat.

Bo siłą rzeczy pytanie o łacinę jest pytaniem o edukację jako całość!

Pan z nią jednak zerwał dla powieści.

Decyzja była dramatyczna i radykalna. Musiałem amputować moje jedno życie, bo nie było już czasu, żeby robić efektywnie dwie rzeczy. W roku 2007 odszedłem z uczelni. Ku uldze, jak sądzę, studentów.

Zawsze, kiedy zbliżał się dwuletni egzamin z gramatyki łacińskiej, wzrastała wśród studentów liczba fanów moich powieści. Przychodzili i mówili „panie doktorze, jakie pan pisze wspaniałe książki, jak nam się podobają” (śmiech).

Niewielu jest takich pisarzy, którzy dają radę w ten sposób.

Mamy trudny rynek literacki. Choć muszę przyznać, że on i tak normalnieje – choćby dlatego, że pojawia się na nim pełne spektrum gatunków literackich. Jeszcze w latach 90. kryminał polski właściwie był nieobecny.

Jak wygląda praca pisarza żyjącego z pisania?

Podstawa to stała liczba godzin spędzonych w pracy. Siadam przed komputerem między 9 a 10, pracuję do 15-16. I czy napiszę jedno zdanie, czy jeden wyraz, czy 20 stron i potem wszystko wykreślę, albo 15 stron i będę zadowolony, jest mi wszystko jedno. Dla mnie jest ważne, że swoje zrobiłem.

To pozwala panu wydawać książki z zegarmistrzowską precyzją, co roku?

Tak, jestem człowiekiem do bólu zdyscyplinowanym, do bólu punktualnym, dokładnym, i tak też pracuję. Jednocześnie jestem człowiekiem niecierpliwym, wszystko mnie szybko nudzi. Kiedyś fascynowałem się kinem, teraz prawie w ogóle nie oglądam filmów. Tylko rzeczy fundamentalne, takie jak łacina, mnie nigdy nie nudzą.

Znudził pana też bohater pierwszych powieści? Policjanta Eberharda Mocka zastąpił pan innym - Edwardem Popielskim.

W pewnym sensie. Napisałem pięć powieści o Wrocławiu międzywojennym i ogarnęła mnie nuda. A kiedy już pisarza nudzi to, co pisze, to jest zły znak. Postanowiłem więc poddać moją twórczość liftingowi i zmienić scenerię oraz bohatera. Ale nie poszedłem zbyt daleko, Popielski jest w swoich przyzwyczajeniach i zachowaniach bliźniaczo podobny do Eberharda Mocka.

Jak pan tworzył te postaci?

Moi bohaterowie mają w sobie bardzo wiele cech różnych postaci literackich i filmowych, głównie bohaterów powieści Philipa Marlowe i francuskich czarnych kryminałów. A także cechy swojego twórcy, czyli moje.

Gra w karty.

Tak, Mock gra w karty i jest filologiem klasycznym. I Mock, i Popielski operują łacińskimi przysłowiami. Obaj w końcu są ludźmi pedantycznymi, zupełnie jak ja. Kiedy pracowałem na uczelni, codziennie wieczorem przygotowywałem sobie ubranie na następny dzień; patrzyłem, żeby koszula barwnie harmonizowała z krawatem i z marynarką...

Powiedział pan, że znudził pana Wrocław. Co sprawiło, że w najnowszej powieści wraca pan do tego miasta?

Odpowiedź jest prosta. Lwów mnie znudził.

Zmienił też pan realia historyczne. Jak pan się przygotowuje do ich odtwarzania?

Kiedyś spędzałem dużo czasu w bibliotece. Korzystałem ze starych map, zdjęć, ze wspomnień, pamiętników i gazet. Ale najważniejszym, nieocenionym źródłem wiedzy o przedwojennym Breslau były księgi adresowe tego miasta - jedną z nim mam w swoim archiwum domowym. Tworząc cykl lwowski, sporo czasu spędziłem we Lwowie, z którym wojna nie obeszła się tak okrutnie jak z Wrocławiem. Mogłem chodzić tymi samymi ulicami, być w tych samych miejscach, podziwiać te same budowle, czyli poruszać się tymi samymi ścieżkami co moi bohaterowie.

Teraz często korzystam z internetu, jest tam bardzo dużo przydatnych przy pisaniu materiałów.

W pańskich powieściach Wrocław jest po prostu przepotwornym miastem. Naprawdę tak było?

Aż tak to nie. Ale tuż po wojnie było to miasto niebezpieczne, miasto, którego mieszkańcy o zmroku nie wychodzili z domu, bo bali się napaści. Miasto, w którym grasowali szabrownicy, bandyci, grupy zdemoralizowanych nastolatków. Krążyli w końcu też sowieccy żołnierze i dezerterzy z armii czerwonej. To wszystko sprawiało, że miasto było przerażające; spod ruin wydobywał się smród trupów, spasione szczury i watahy bezpańskich psów biegały przez miasto, wybuchały epidemie...

Ale z drugiej strony wtedy rodziło się nowe życie. Ludzie odetchnęli po wojnie, kochali się, żenili, bawili, chodzili do kawiarń, restauracji. Tę jasną stronę powojennego życia też widać w mojej nowej powieści. Ale oczywiście dominuje życie mroczne Wrocławia; a to dlatego, że ja nie piszę romansów czy świetlistych powieści, tylko ponure kryminały.

A jaki jest dla pana współczesny Wrocław?

To jest moje rodzinne miasto, nie potrafię więc o nim mówić bez emocji. To miasto, w którym każda dzielnica, każde osiedle wiąże się z jakimś moim wspomnieniem. Współczesny Wrocław jest miastem dynamicznym, nowoczesnym, nie ma tu zadzierania nosa – nie liczy się, kto ile lat w nim mieszka. To miasto, w którym nowoczesność współgra z tradycją, ze startymi kamienicami. Można by długo wyliczać.

Dużo informacji zdobywa pan dzięki Internetowi. Czy on nie jest dla pana obosieczną bronią? Czytałam artykuł Philipa Pullmana, brytyjskiego pisarza, który narzekał, że Internet zabiera mu źródło utrzymania, bo ludzie kradną na potęgę jego książki.

Nie robiłem żadnych badań, czy mnie to dotyczy, mój wydawca też nie robił. Czasem na spotkaniach autorskich czytelnicy mówią mi, że ściągają moje książki z internetu: „Przykro mi, jestem biedną studentką, nie mam pieniędzy i czytałam PDF” - słyszę. W pierwszej chwili czuję lekką irytację, bo tracę na tym jako autor, ale z drugiej strony myślę sobie, że za jakiś czas ta dziewczyna, pracując już, kolejną moją książkę po prostu kupi.

Czyli inwestycja.

Chyba tak. Chciałbym jednak podkreślić, że to jest amatorska próba wyjaśnienia.

Chciałam zapytać o plany na przyszłość. Rozumiem, że teraz będzie pan kończył jeszcze dwa tomy trylogii.

Tak, i na razie na tym poprzestańmy. Powiem tylko tyle, że zamierzam jeszcze napisać sporo kryminałów, myślę, że około 13. Wówczas chciałbym już pójść na coś w rodzaju pisarskiej emerytury – zająć się innym gatunkiem (bo nie wyobrażam sobie życia bez pisania w ogóle).

Ale to dopiero po sześćdziesiątce. Jak się spotkamy za 13 lat, to o tym porozmawiamy.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...