internetkhole.blogstpot.com

W ubiegłą sobotę, w warszawskim Powiększeniu, Piotr Waglewski, czyli Emade, zaprezentował zremiksowane przez siebie dźwięki z 15 polskich miast. Muzyce towarzyszył wizualny pokaz stworzony przez grupę Fluidacje. Bracia Ebert pokazali publiczności analogowe wizualizacje, opierające się na spontanicznym mieszaniu farb i odczynników, które na ekran rzucał archaiczny grafoskop. Im większy rozwój techniczny obserwujemy i im mocniej poprawia się jakość cyfrowego przekazu, tym częściej powraca się do analogowych technik. Z tęsknoty? Dla lansu? Przez chęć wyróżnienia się, czy po prostu dlatego, że nie mają sobie równych?

REKLAMA
Bracia Ebert, czyli Marcin i Tomek, ilustrowali premierowy materiał Emade pokazem abstrakcyjnych form, które nazwali Fluidacjami. Tworzą je przy pomocy chemicznych odczynników i farb, które wlewają do specjalnej kuwety. W ubiegłą sobotę, podczas swojego występu, potrząsali nią w rytm muzyki, a bąbelki, rozbryzgi plam i mieszające się kolory, idealnie odzwierciedlały klimat eksperymentalnego trip-hopu, który zaserwował Emade. Nie wiem, na ile mój opis jest w stanie to oddać, zatem polecam zobaczyć mały ich „pokaz możliwości”:

logo
fot. Fluidacje
Płynna sztuka
Dlaczego, jakkolwiek to nie zabrzmi, panowie zdecydowali się "przynieść" chemię do klubu? - Czasem trudno wytłumaczyć działania, które podejmujemy - mówi Marcin Ebert. - One płyną z naszej nieopanowanej chęci eksperymentowania. Dostrzegamy potencjał w pozornie zwykłych przedmiotach. W grafoskopie zainspirowało nas mocne światło. Znaleźliśmy go w 2005 roku w naszej piwnicy. Zaczęliśmy robić przy jego pomocy teatr cieni, później sprawdzaliśmy jak wyglądają położone na nim kamienie, piasek, i trwa. Aż w końcu któryś z nas wziął butelkę wody i nastąpiło olśnienie - płyn sprawdził się genialnie i rozwijamy tę koncepcję do dzisiaj.
Po roku działania mieli pierwsze występy. Najpierw na ASP, później w Le Madame, potem w Cafe Kulturalna. Najnowszy pokaz braci będzie miał miejsce w najbliższą sobotę, przy okazji zamknięcia Stacji Mercedes. - W tym pędzie nie zorientowaliśmy się od razu, że tworzymy w technice, która jest już jakoś zbadana i sięga głęboko, do wczesnych lat sześćdziesiątych, a właściwie to nawet w roku 1740, kiedy pewien jezuita stworzył urządzenie generujące obraz w reakcji na dźwięk - opowiada Marcin Ebert.
http://www.youtube.com/watch?v=2BiFwUzybE0
Oryginalni „Somnambulicy” Waszkowskiego, czyli film, który przypomina działania braci Ebert, powstali w 1958 roku. Od tego czasu zmieniło się właściwie wszystko. Technika wciąż galopuje na przód, jest coraz prostsza do okiełznania i wręcz „idioto-odporna”. Zatem dlaczego braciom Ebert chce się „taplać” w farbach? A w dodatku czemu ktoś ma ochotę spędzać godziny w ciemni, skoro z cyfrówki można przenieść zdjęcie na komputer w 3 sekundy? Po co ludzie wciąż drukują sitem? I dlaczego chce im się nadal sięgać do analogowych technik?
logo
fot. Weronika J. Lewandowska
Oczekiwanie i niespodzianka
Ja wiem, dlaczego mnie się chciało. Osobiście uważam, że nie ma niczego przyjemniejszego od procesu tworzenia i wywoływania analogowych zdjęć, nawet jeżeli nie robi się tego osobiście, a zleca pracowni fotograficznej. To oczekiwanie na ostateczny efekt tego, co pojawiło się na kliszy i na to, czy w ogóle się pojawiło... Zaskoczenie fotografiami, których nie można zobaczyć na ekranie aparatu, nieplanowane prześwietlenia i niepowtarzalny klimat zdjęcia, którego siła tkwi w pozornym braku jakości - to coś, w co warto inwestować czas i pieniądze. Nierzadko naprawdę dużo pieniędzy.
- Zauważyłem, że jest obecnie moda na analogową fotografię, jednak mam wrażenie, iż jej koszty są raczej ponad możliwości młodych ludzi, chyba że sponsorują ich rodzice. Jedna gotowa rolka, czyli 36 zdjęć kosztuje mnie 110 złotych. 50 złotych idzie na materiał, jeżeli kupuję slajdy, 30 złotych na wywołanie go, a 30 złotych płacę za dobry skan – mówi mi Paweł Tkaczyk, artysta fotograf i malarz, który w swojej przygodzie z fotografią korzysta wyłącznie z analogowych technik.
logo
Paweł Tkaczyk / http://www.tkaczyktheartist.com/

Czy to jest drogie?
Ja sama kupowałam klisze za 7 złotych, a 20 złotych wydawałam na wywołanie i skan, jednakże daleko mi było do profesjonalizmu, dlatego wychodziło taniej. Co zatem sprawia, że Paweł wciąż trwa przy analogach i inwestuje w nie, mimo że technika cyfrowa jest dużo wygodniejsza, a jedynym jej kosztem jest zakup aparatu? - Wychowałem się na fotografii analogowej. Fascynuje mnie w niej to, że przy robieniu zdjęcia trzeba trochę pomyśleć, bo nie mamy niezliczonej ilości prób i naprawdę musimy się dobrze do niego przygotować. To wszystko sprawia, że nabiera się pokory – twierdzi.
- Wszystkie moje próby robienia zdjęć "cyfrą" nie były dla mnie zadowalające. Cyfrowe fotografie są zbyt sterylne i doskonałe – uważa Paweł Tkaczyk - Ostatnio nawet testowałem nową Leicę, czyli aparat z najwyższej półki, w jego wersji cyfrowej i analogowej. Zrobiłem w pewnym momencie dwa takie same ujęcia - jedno aparatem cyfrowym, a drugie analogowym i były zupełnie inne, oczywiście lepsze i bardziej prawdziwe było według mnie to zrobione analogiem, więc przestałem się jakkolwiek zastanawiać nad zmianą techniki. Kolorowe magazyny przyzwyczaiły nas do zdjęć cyfrowych i mimo że czasem próbuje się podrobić analogowy efekt, przez dodawanie na przykład ziarna, wprawnego oka nie da się oszukać. Analogowe fotografie są absolutnie niepowtarzalne – podkreśla Paweł Tkaczyk.
Plastyki ostoją dawnych technik
Żmudnej i trudnej sztuki robienia analogowych zdjęć uczy większość szkół plastycznych. Poza tym, istnieją w nich specjalne, profilowane klasy, nauczające druku sitowego. Po co, skoro nowoczesne drukarki są w stanie zrobić wszystko? Bo to nadal przydatne rzemiosło. Druk sitowy jest dużo bardziej wartościowy od druku cyfrowego, bo sam w sobie jest sztuką, z czym zgadza się Agata Filip, studentka ASP, absolwentka klasy "drukarskiej". - Dla mnie druk sitowy ma bardzo poważną przyszłość, jako technika artystyczna, nie jako technika powielania. Osobiście wykorzystuję go bardzo często, na zajęciach z rysunku. Ta technika jest rzadko spotykana, stąd budzi ciekawość - twierdzi Agata.Techniki analogowe kuszą urokliwością swojej nieco ułomnej dziś jakości, która buntuje się przeciwko cyfryzacji. Wielu się w tym odnajduje, ponieważ coraz więcej ludzi czuje przesyt pogonią za jakością i sterylnością, z czym zgadza się współtwórca Fluidacji.
- Istnieje takie lekkie zachłyśnięcie się analogowymi środkami, które trwa mimo ciągłej eksploracji techniki cyfrowej - twierdzi Marcin Ebert. - Uważam, że to dobrze, iż odkrywamy nowe tereny, ale często idzie to w efekciarstwo i wykorzystanie sprzętu do granic możliwości, aby osiągnąć maksymalny efekt, zapominając o sile tkwiącej w oszczędności formy. U odbiorców nastąpiło zmęczenie. Proste rozwiązania i analogowe ograniczenie technologiczne sprawiają, że rośnie inwencja twórcza i kreatywność.
Naucz się myślenia
Odpowiadając na pytania zawarte w leadzie, dotyczące rozważań na temat tego, czy techniki analogowe powracają przez tęsknotę, lans, chęć wyróżnienia się, albo dzięki swojej niepowtarzalności, okazuje się, że każda przyczyna jest po części prawdziwa. Jednak jakakolwiek by nie była, powrót do przeszłości ma same plusy - rozwija, zmusza do myślenia i podchodzenia do fotografowanego obiektu z szacunkiem, w momencie kiedy nie można „trzasnąć” 300 zdjęć i wybrać później najlepszego.
Marcin Ebert opowiedział mi także o tym, jak odwiedził w zeszłym roku znajomą zajmującą się vj-ingiem, która wyjechała do Berlina, aby nauczyć się nowych, cyfrowych technologii. Okazało się, że w stolicy alternatywnej kultury, osoba, która wychodzi do publiczności z najlepszym sprzętem komputerowym jest z góry spalona, bo na tamtejszej scenie liczy się twórczość robiona od podstaw i rzeczy, które tworzyło się własnymi rękami. Nowoczesne narzędzia nie wymagają od artysty wysiłku, więc następuje nawrót do prostych technik, które wymagają kunsztu i ogromnych zdolności. Zatem niech żyją analogi. Precz z cyfryzacją i "idioto-odporną" techniką!