
W ubiegłą sobotę, w warszawskim Powiększeniu, Piotr Waglewski, czyli Emade, zaprezentował zremiksowane przez siebie dźwięki z 15 polskich miast. Muzyce towarzyszył wizualny pokaz stworzony przez grupę Fluidacje. Bracia Ebert pokazali publiczności analogowe wizualizacje, opierające się na spontanicznym mieszaniu farb i odczynników, które na ekran rzucał archaiczny grafoskop. Im większy rozwój techniczny obserwujemy i im mocniej poprawia się jakość cyfrowego przekazu, tym częściej powraca się do analogowych technik. Z tęsknoty? Dla lansu? Przez chęć wyróżnienia się, czy po prostu dlatego, że nie mają sobie równych?
Dlaczego, jakkolwiek to nie zabrzmi, panowie zdecydowali się "przynieść" chemię do klubu? - Czasem trudno wytłumaczyć działania, które podejmujemy - mówi Marcin Ebert. - One płyną z naszej nieopanowanej chęci eksperymentowania. Dostrzegamy potencjał w pozornie zwykłych przedmiotach. W grafoskopie zainspirowało nas mocne światło. Znaleźliśmy go w 2005 roku w naszej piwnicy. Zaczęliśmy robić przy jego pomocy teatr cieni, później sprawdzaliśmy jak wyglądają położone na nim kamienie, piasek, i trwa. Aż w końcu któryś z nas wziął butelkę wody i nastąpiło olśnienie - płyn sprawdził się genialnie i rozwijamy tę koncepcję do dzisiaj.
Ja wiem, dlaczego mnie się chciało. Osobiście uważam, że nie ma niczego przyjemniejszego od procesu tworzenia i wywoływania analogowych zdjęć, nawet jeżeli nie robi się tego osobiście, a zleca pracowni fotograficznej. To oczekiwanie na ostateczny efekt tego, co pojawiło się na kliszy i na to, czy w ogóle się pojawiło... Zaskoczenie fotografiami, których nie można zobaczyć na ekranie aparatu, nieplanowane prześwietlenia i niepowtarzalny klimat zdjęcia, którego siła tkwi w pozornym braku jakości - to coś, w co warto inwestować czas i pieniądze. Nierzadko naprawdę dużo pieniędzy.
Ja sama kupowałam klisze za 7 złotych, a 20 złotych wydawałam na wywołanie i skan, jednakże daleko mi było do profesjonalizmu, dlatego wychodziło taniej. Co zatem sprawia, że Paweł wciąż trwa przy analogach i inwestuje w nie, mimo że technika cyfrowa jest dużo wygodniejsza, a jedynym jej kosztem jest zakup aparatu? - Wychowałem się na fotografii analogowej. Fascynuje mnie w niej to, że przy robieniu zdjęcia trzeba trochę pomyśleć, bo nie mamy niezliczonej ilości prób i naprawdę musimy się dobrze do niego przygotować. To wszystko sprawia, że nabiera się pokory – twierdzi.
Żmudnej i trudnej sztuki robienia analogowych zdjęć uczy większość szkół plastycznych. Poza tym, istnieją w nich specjalne, profilowane klasy, nauczające druku sitowego. Po co, skoro nowoczesne drukarki są w stanie zrobić wszystko? Bo to nadal przydatne rzemiosło. Druk sitowy jest dużo bardziej wartościowy od druku cyfrowego, bo sam w sobie jest sztuką, z czym zgadza się Agata Filip, studentka ASP, absolwentka klasy "drukarskiej". - Dla mnie druk sitowy ma bardzo poważną przyszłość, jako technika artystyczna, nie jako technika powielania. Osobiście wykorzystuję go bardzo często, na zajęciach z rysunku. Ta technika jest rzadko spotykana, stąd budzi ciekawość - twierdzi Agata.Techniki analogowe kuszą urokliwością swojej nieco ułomnej dziś jakości, która buntuje się przeciwko cyfryzacji. Wielu się w tym odnajduje, ponieważ coraz więcej ludzi czuje przesyt pogonią za jakością i sterylnością, z czym zgadza się współtwórca Fluidacji.
Odpowiadając na pytania zawarte w leadzie, dotyczące rozważań na temat tego, czy techniki analogowe powracają przez tęsknotę, lans, chęć wyróżnienia się, albo dzięki swojej niepowtarzalności, okazuje się, że każda przyczyna jest po części prawdziwa. Jednak jakakolwiek by nie była, powrót do przeszłości ma same plusy - rozwija, zmusza do myślenia i podchodzenia do fotografowanego obiektu z szacunkiem, w momencie kiedy nie można „trzasnąć” 300 zdjęć i wybrać później najlepszego.
