Fot. Łukasz Giza / Agencja Gazeta

Życie zawodowe kończy się po pięćdziesiątce? Nie dla Kazimierza Kozyry, który w tym wieku zdawał pierwszy egzamin z logiki, chodził na imprezy z 20 lat młodszymi kolegami ze studiów, a później dostał się na aplikację i otworzył kancelarię radcy prawnego.

REKLAMA
11 stycznia 2012. Kazimierz Kozyra, 64 latek, zasiada w nowym fotelu w swojej kancelarii radcy prawnego. Lokal, komputer, a nawet wizytówki to prezent od synów. Najważniejsze jednak zrobił sam - podjął decyzję o zmianie w życiu i zapisał się na studia prawnicze. Skąd taka zmiana? Kazimierz Kozyra odpowiada w rozmowie z naTemat.pl:
Decyzja o podjęciu studiów podjęta po pięćdziesiątce - to niemała odwaga. Skąd taki pomysł?
Złożyły się na to dwie rzeczy: w 2000 roku pracowałem w branży ubezpieczeniowej, a firma, w której byłem zatrudniony przechodziła problemy - nie wyszedł pomysł wprowadzenia emerytur pracowniczych bazujący na OFE. W tym czasie prowadziłem także wiele spraw w sądach, ale mogłem to robić tylko reprezentując firmę lub rodzinę. Syn powiedział mi wtedy: "koniec znachorstwa. Idź na studia prawnicze".
I tak się zaczęło.

Kazimierz Kozyra

Kazimierz Kozyra jest z wykształcenia technologiem żywności. Zaczynał karierę w rodzinnym Olsztynie, gdzie został kierownikiem restauracji, a później zastępcą dyrektora w Społem ds. hurtu i handlu. W stanie wojennym odebrano mu "zdolności kierownicze" i zdegradowano do szefa niewielkiego sklepu. Wtedy przekwalifikował się pierwszy raz i zaczął zajmować się drobiarstwem. W branży pozostał do połowy lat '90, kiedy znów zmienił ścieżkę kariery i zaczął zajmować się ubezpieczeniami. W wieku 53 lat postanowił aplikować na studia prawnicze.

Poszedł pan na wieczorowe prawo.
Historia nie była taka prosta. Zdecydowałem o tym w połowie roku akademickiego. Poszedłem do dziekanatu i rozmawiałem o tym, że chciałbym podjąć studia od razu, od drugiego semestru. Byłem przekonany, że pierwszy zaliczę bez problemu. Dr Jacek Petzel przekonywał mnie jednak, że to problem, że pierwszy semestr jest najcięższy, że lepiej zacząć od początku. Posłuchałem i przekonałem się, że miał rację - egzamin z logiki zakończył się porażką. Musiałem zdawać jeszcze raz.
Nie myślał pan wtedy, że to jednak nie dla pana? Pojawiały się myśli o porzuceniu studiów?
Zdecydowanie nie - im więcej trudności, tym więcej motywacji! Z resztą syn w tym czasie robił doktorat, więc nie mogłem sobie odpuścić.
A jak do pańskiego wieku odnosili się młodsi o ponad 20 lat koledzy ze studiów?
Kontakt z młodzieżą to była rewelacja. Spotkania z nimi zmieniają spojrzenie na świat na bardziej radosne. Koledzy z grupy nie tylko odnosili się do mnie z sympatią na zajęciach, ale także zapraszali na imprezy, na których czasem oczywiście się pojawiałem. Kiedy odbierałem dyplom, zostałem nagrodzony owacją.
Zdarzały się także zabawne sytuacje. Chodziłem uczelnię w garniturze, bo w tym czasie oczywiście jeszcze pracowałem. Kiedy wchodziłem na zajęcia jednego z doktorów, pod salą zastałem kilkaset osób, choć miejsc w grupie było ledwie kilkadziesiąt. Studenci byli przekonani, że to ja jestem prowadzącym i podchodzili do mnie z pytaniem, czy przyjmę ich na zajęcia. Odpowiedziałem: ja tylko ze swoją grupą. A później usiadłem w ławce z najbliższymi kolegami.
Tyle studenci. A wykładowcy i kadra na uczelni?
Tutaj humoru było dużo więcej. Raz na przykład w sekretariacie starsza pani próbowała odebrać indeks dla wnuczka. Sekretarka oczywiście go nie wydała, bo można było odebrać go tylko osobiście. Ja byłem następny w kolejce i zanim zdążyłem powiedzieć, o co chodzi, usłyszałem: "syn musi odebrać indeks osobiście". Próbowałem przekonać ją, że ja to ja, ale pani przez kilka minut nie chciała mi wydać dokumentu. Zmiękła dopiero, kiedy pokazałem dowód osobisty.
Ale wykładowcy zawsze odnosili się do mnie bardzo w porządku. Raz przyłapano mnie na ściąganiu. Egzaminator tylko upomniał mnie, choć oczywiście powinien wyrzucić, ale ja przysiągłem sobie, że już nigdy nie będę ściągał.
Potem przyszedł czas na aplikację…
Spotkałem podczas niej wielu znajomych ze studiów. Przykra historia spotkała mnie jednak na egzaminie, który obejmował dopiero co zmienione przepisy. Wielu z nas rozwiązywało poszczególne casusy właśnie w oparciu o zmiany, ale później okazało się, że odpowiedzi są interpretowane według starych przepisów. Egzaminu nie zdałem, ale powiedziałem sobie, że skoro mam pomagać innym, powinienem też sobie i napisałem odwołanie, które zostało przyjęte.
W ten sposób dochodzimy do stycznia.
Synowie zrobili mi niespodziankę i urządzili kancelarię. Mogłem tylko usiąść i pracować.
Jakie plany ma pan teraz?
Na pewno doprowadzić język angielski do perfekcji.