W dziewięciu przypadkach na dziesięć nianie pracują bez umowy.
W dziewięciu przypadkach na dziesięć nianie pracują bez umowy.

Choć w Polsce może pracować nawet 100 tys. niań i opiekunek, ledwie co dziesiąta z nich ma podpisaną umowę z rodzicami. Dlaczego? Postanowiłam sprawdzić to sama szukając pracy jako niania.

REKLAMA
„Oddając swoje dziecko pod opiekę obcej osobie mamy nadzieję, iż wybrana przez nas osoba zajmie się nim tak jak swoim. Albo lepiej. Powierzamy jej wszak nasz największy skarb” – pisała kilka miesięcy temu w naTemat Dorota Zawadzka. TVN-owska „Superniania” radziła jakich kompetencji i umiejętności oczekiwać od niani, jak jej szukać i wreszcie – jak zabezpieczyć się przed konsekwencjami słabo układającej się współpracy. Bo, o ile dwie pierwsze kwestie zajmują niemal wszystkich rodziców, o ostatniej już mało kto pamięta. Mimo że miała w tym pomóc specjalna ustawa, ledwie co dziesiąta niania ma podpisaną z rodzicami umowę.
Dlaczego? Czy pierwsze skrzypce grają tu kwestie finansowe? Zbytnie skomplikowanie przepisów? Zwyczajne lenistwo? Postanowiłam sprawdzić co sprawia, że prawo pozostaje w zasadzie martwe.
Studentka
Nazywam się Anna, mam 26 lat, pochodzę ze śląskiego miasteczka. Chwilę temu skończyłam studia na kierunku nauki polityczne, ale od tej pory średnio mi idzie szukanie pracy. Próbowałam w banku, próbowałam w PR – wszędzie proponowano mi stres i pieniądze, które nie wystarczały na mieszkanie w Warszawie. Dlaczego się uparłam? Bo tu studiowałam i jakoś już mi zostało. Poza tym lubię dzieci i mam z nimi już pewne doświadczenia – w rodzinnym mieście byłam wolontariuszką w fundacji zajmującej się opieką nad najmłodszymi. Poza tym mam wiele dzieci w rodzinie. Boję się jednego: pracy na czarno. Nie raz pracodawcy w dorywczych zajęciach oszukiwali mnie po tym, jak nie podpisałam z nimi umowy. Praca była wykonana, a pieniędzy nigdy nie zobaczyłam.
Z taką historią przystąpiłam do szukania ofert pracy dla opiekunek. Jest ich nieprzebrana ilość – w sieci roi się od portali, których nazwy są połączeniem słów „niania”, „opiekunka”, „dobra”. Wystarczy zarejestrować się na nich, by natychmiast móc przeglądać dziesiątki anonsów. A także pisać własne.
Internet
Pierwsze rodziny, które potrzebują opiekunki dla dziecka znalazłam jednak nie dzięki tym portalom, a w międzyczasie. Jedno ogłoszenie pojawiło się na mojej ścianie na Facebooku. Drugie przyszło prosto na pocztę. Dalsze koleżanki desperacko szukały kogoś, kto może zająć się ich maluchami kilkanaście godzin w tygodniu – kiedy są na studiach podyplomowych, basenie, kiedy z mężami chcą zwyczajnie pójść wieczorem do kina.
Wysłałam im aplikację Anny, 26 lat z adnotacją: "mam świetną dziewczynę, ale chciałaby podpisać z Wami umowę. Zobacz i daj znać". W odpowiedzi dostaję dwie krótkie, nawet niespecjalnie kurtuazyjne odmowy. "Przecież to tylko na chwilę", "zobowiązanie", "co za oczekiwania", „tak się nie robi”.
Robić w ten sposób zalecają jednak przepisy. 4 lutego 2011 roku weszła w życie ustawa na mocy której nianie mogą być legalnie zatrudnione. Skonstruowano ją po to, by z jednej strony chronić nianie, a z drugiej – rodziców, którzy bez podpisanej umowy nie mieli jak dochodzić swoich praw w przypadku, kiedy dziecku coś się pod opieką niani stało. Miała to być też ręka rządu wyciągnięta w stronę tych, dla których zabrakło miejsca w żłobkach i przedszkolach. Ustawa dotyczy opieki nad dziećmi między 6. miesiącem a 3. rokiem życia.
Stała stawka
Na moje ogłoszenie w jednym z nianiowych serwisów jako pierwsza odpowiada pani M. z Białołęki – dużej dzielnicy, której wolna Polska przyniosła planistyczną katastrofę. Choć „słoneczne” i „rajskie” osiedla świetnie wyglądały na prospektach, życie w nich jest z punktu widzenia młodych rodziców co najmniej utrudnione. Choćby dlatego, że na 86 tys. mieszkańców funkcjonuje tam jeden żłobek publiczny. Pani M. się do tego żłobka dostać nie udało, 3-letnia dziewczynka musi więc mieć własną nianię, która zajmie się nią od 6:45, kiedy rodzice wyjeżdżają z domu, by dostać się do odległej dzielnicy, aż do 16:00, kiedy M. wraca z pracy.
Pani M. robi na mnie dobre wrażenie. Sympatyczna, normalna kobieta. Nie pytam jej o to, ale myślę o niej jak o jednej z tych osób, które zostały zakładnikami wahań kursu franka szwajcarskiego – z podobnymi historiami moich znajomych zgadza się data przeprowadzki, styl życia i skrupulatne rachunki, na co można sobie pozwolić. M. wie, że na opiekunkę musi przeznaczyć większą część swojej pensji. Chce się umówić na stałą stawkę i zwrot kosztów dojazdu.
Kiedy M. słyszy o umowie, uśmiech na jej twarzy trochę przygasa. „Nie, nie, nie damy rady” - słyszę. Kategorycznie mówi, że bardzo jej przykro, ale jeśli to dla mnie warunek, to nie dogadamy się na opiekę.
Składki
Nie przekonuje jej nawet argument, że składki za mnie będzie musiała zapłacić jedynie od kwoty, o którą moje wynagrodzenie przekroczy 1680 zł brutto. Wszystkie zobowiązania składkowe wyliczane do tej kwoty weźmie na siebie państwo, a składki za ubezpieczenie chorobowę zapłacę natomiast sama. Kiedy ustawa wchodziła w życie, redaktorzy serwisu wyborcza.biz wyliczyli, że przy zarobkach niani rzędu 1300 zł różnica między kwotą netto i brutto wynosi niewiele ponad 200 zł.
Składki od umowy były kwotą nie do przejścia także dla kolejnych rodziców, którzy odezwali się w odpowiedzi na moje ogłoszenie. K. i R. mieszkają na Ochocie i mają dwójkę bliźniaków. Nie mówią jeszcze pełnych zdań, ale są bardzo zainteresowane tabletem taty. Kiedy dziwię się, co R. pozwala wyczyniać dziecku ze swoim sprzętem (w komplecie są jeszcze telefon i komputer tej samej marki), tata z uśmiechem mówi, że ma wykupione takie ubezpieczenie, które gwarantuje serwis niezależnie od rodzaju usterki.
Ale umowa "przekracza nasze możliwości. Przykro nam".
Skomplikowane
O., na oko dwudziestokilkuletnia blondynka, jest prawie sąsiadką R. i K. Zadzwoniłam do niej, bo potrzebuje Anny, 26 lat do tego, by spędzała z jej córeczką, nowopasowaną pierwszoklasistką dwie godziny dziennie. Łatwizna – trzeba odebrać dziewczynkę ze szkoły, posiedzieć z nią nad lekcjami, pilnując, by grzecznie rysowała szlaczki między kolejnymi tematami (a przynajmniej tak mówi mi O. Ja muszę przyznać, że nie mam pojęcia, czym dzieci zajmują się teraz w podstawówce, ale obiecuję że nauczymy się robić najbardziej czadowe szlaczki świata).
Kiedy muszę zadać sakramentalne pytanie o umowę, O. reaguje podobnie, jak inni rodzice. Kategoryczną odmową. I nie chodzi jej tym razem o pieniądze (które przy sześcioletnim dziecku są nieco wyższe niż w poprzednich przypadkach, bo nie obejmuje ich ustawa), ale o poziom skomplikowania całej sprawy. Podobnie, jak moje koleżanki, chciałaby po prostu przelewać Annie pieniądze i mieć z głowy. "A co, jeśli nie wywiążę się z umowy? Jeśli lekcje nie będą odrobione?" – pytam. W odpowiedzi słyszę po prostu ciszę, która może oznaczać, że dobrej odpowiedzi na to pytanie nie ma.
"Zwolnię cię" – mówi z kolei krótko mój inny rozmówca, mieszkaniec willi w podwarszawskiej miejscowości. Rozmawiamy tylko przez telefon, ale od początku słyszę że jest do mnie nastawiony nieprzychylnie. Nie wiem, jak wygląda, ale wyobrażam go sobie jako grubasa z wąsem.
Złe doświadczenia
Pyta mnie o wykształcenie, doświadczenie, rodzinę. Podpytuje, czy piekę ciasta, czy umiem opowiadać bajki. Chyba oboje czujemy, że coś nam nie gra, bo wreszcie pan przyznaje, że dla swoich dzieci szuka niani - babci, i że Anna, 26 lat zupełnie mu nie pasuje. No i jeszcze to pytanie o umowę. Jak można tego wymagać, skoro niania ma być członkiem rodziny?
W zasadzie niania nawet nie musi się nim stawać. Ustawa żłobkowa pozwala na zatrudnienie w charakterze niani nawet babci czy dziadka. Jeśli są emerytami, ich wynagrodzenie nie może być wyższe, niż określona w ustawie stawka. Podobnie jak w przypadku każdego innego zatrudnionego w tej formie emeryta.
Niechęci do umowy dziwię się tym bardziej, kiedy pan z willi dzwoni ponownie, by przeprosić mnie za zawracanie głowy i wytłumaczyć, że każda młoda niania, czy gosposia, którą zatrudniał do tej pory musiała odejść, kiedy okazywało się, że... po prostu kradnie. Niektóre wynosiły z lodówki wędliny. Jedna połasiła się nawet na drogi sprzęt sportowy. Nie wiedziała, że dom jest monitorowany.
Skarb
To nie najgorsze, co może się stać, jeśli rodzic nie podpisze umowy z nianią. Znacznie bardziej drastyczne przypadki opisała w naTemat Marta Pawłowska. Wśród nich znalazła się historia rodziców, których niania przyczyniła się do śmierci dziecka. Teraz przed sądem nie są w stanie pociągnąć jej do odpowiedzialności.
"W każdym przypadku trzeba pamiętać, że zatrudniając kogoś musimy zawrzeć z nim właściwą umowę, bo nie doradzam zatrudniania kogoś "na czarno". Wtedy tracimy wiele z możliwości egzekwowania wstępnych ustaleń" – radziła też w naTemat Superniania.
Brak umowy jest też problemem dla samej niani – pracując na czarno nie ma ona ani ubezpieczenia zdrowotnego, ani innych podstawowych świadczeń. O tym jednak nie myślą same nianie. Bo także niania mądra po szkodzie.