Warsaw Shore – wyżyny żenady oficjalnie osiągnięte. Hobby? "Picie, imprezowanie i kręcenie pupą"

Ekipa z Warszawy, czyli Warsaw Shore.
Ekipa z Warszawy, czyli Warsaw Shore. Facebook.com/warsawshoreofficial
Podczas oglądania najnowszej produkcji Vivy - osławionej „Miłości na bogato”, wszyscy zastanawiali się, czy telewizja może zaserwować nam coś jeszcze gorszego. Czy da się przekroczyć tę cienką granicę żenady, którą wyznaczyła „twarz rajstop” oraz „miasto predyspozycji”. Niestety, ku rozpaczy wiernych widzów, z każdym kolejnym odcinkiem „aktorzy” są coraz lepsi i zaczynają z powodzeniem zgłębiać trudne zasady rządzące językiem polskim. Zatem z czego będziemy się teraz śmiać? Odpowiedź jest prosta – z Warsaw Shore.

W stronę zachodu
Zdziwiło mnie to, że na „Ekipę z Warszawy” musieliśmy czekać aż tak długo. Zarówno oryginalna, amerykańska wersja, czyli „Jersey Shore”, jak i angielska „Ekipa z Newcastle”, miały świetną oglądalność. Legendarny format MTV dał światu takie „gwiazdy” jak Snooki, Pauly D. i Mike "The Situation", za co ludzkość jest mu niezwykle wdzięczna. Pauly jest jednym z gorszych chodzących po świecie DJ-ów, Mike'owi firma Abercombie & Fitch chciała kiedyś płacić, aby nie nosił ich ubrań i nie robił im złego PR-u. Snooki natomiast, po latach szaleństw oraz kilku ciężkich chorobach wenerycznych, stara się wyjść na prostą.

Główna idea programu zasadza się na tym, że grupa młodych, wyluzowanych ludzi, prawie codziennie dziko imprezuje, zapija się do nieprzytomności, uprawia seks w klubowych toaletach z kim popadnie, a we wspólnym „domu” każdy musi choć raz przespać się ze wszystkimi pozostałymi uczestnikami, niezależnie od ich płci. Pojawiają się wielkie spory o podkradanie żelu do włosów i poważne życiowe problemy dotyczące doboru torebki na wieczorny melanż. Jest krew, pot i łzy, czyli wszystko to, co telewizja kocha najbardziej. Wstąpiliśmy do kręgu zachodniej kultury z impetem i przytupem – dorobiliśmy się własnego „Jersey Shore”. Jesteśmy nowocześni.

Warszawa?
Nie do końca jednak rozumiem, dlaczego nasza wersja programu nazywa się „Ekipa z Warszawy” – opisy uczestników, które pojawiły się kilka dni temu w sieci, z dużą mocą wskazują, że ta ekipa jest zewsząd, ale na pewno nie ze stolicy. Zgierz, Będzin, Żmigród, Tuliszków, Płock, Poznań. Wybaczcie mi, ale tylko te dwa ostatnie miejsca jestem w stanie precyzyjnie zaznaczyć na mapie Polski. Z pozostałymi miałabym poważny kłopot.


Ale to nie problem. Bohaterom można przecież wybaczyć fakt, że nie są z Warszawy, mimo iż mianują się stołeczną ekipą. Ich barwne osobowości i nietypowe zainteresowania wynagradzają wszystko. Trzeba kochać tych ludzi od pierwszego wejrzenia. „Chciałbym być jak rzymski konsul Tytus Petroniusz – całymi dniami pić wino i szpachlować gąski” – mówi Paweł, który ponoć lubi seks z dojrzałymi kobietami i nigdy nie przepuszcza żadnej okazji. Cudownie.

Taniec na barze
Z kolei Mariusz jest najbardziej dumny z siebie, kiedy poderwie najlepszą laskę w klubie. Może właśnie tą najatrakcyjniejszą będzie dwudziestoletnia Ania, prywatnie moja faworytka, która „po alkoholu lubi się rozbierać i chwalić swoim idealnym ciałem”, a taniec na barze i całowanie się z kilkunastoma facetami podczas jednej imprezy, to dla niej najzwyklejsza rzecz na świecie. Żeby nie było nudno, druga Ania, rok starsza od swojej „idealnej” koleżanki, najbardziej lubi pić i kręcić pupą, a jej największym atutem jest mocna głowa do alkoholu.

Właśnie takich ludzi cenię! Wszystkie te genialne osoby, stojące w tej chwili na trampolinie do wielkiej kariery w najbardziej rynsztokowych rewirach show-biznesu, są mniej więcej w moim wieku (a tyle już osiągnęli!), czego raczej po nich nie widać. Taki styl życia najwyraźniej nie służy szczególnie paniom, które zamiast wyglądać na dość świeżo upieczone absolwentki liceum, zdają się mieć przynajmniej 35 lat. Jeżeli te osoby nie są podstawione i faktycznie ich styl życia jest taki, jak go opisują, to na wszelki wypadek zacznę unikać imprez i będę obchodzić tylko urodziny najbliższych przyjaciół, bo naprawdę nie chciałabym tak wyglądać.

Im głupiej tym lepiej
A tak zupełnie poważnie - formuła programu niestety od samego początku zakłada, że w jednym domu zamknięci zostaną osobnicy, których irytujący sposób bycia będzie przyciągał przed telewizory ludzi o nieco masochistyczno-hejterskich zapędach. Tych samych, którzy lubią czytać na Pudelku posty o Natalii Siwiec i Patrycji Wojnarowskiej, mimo że ich szczerze nienawidzą.

Na nieszczęście dla ludzi w moim wieku, po ogłoszeniu składu Ekipy, większość komentatorów twierdziła, że tacy właśnie są dzisiejsi dwudziestolatkowie: mają śladową liczbę zwojów mózgowych, a jedyne na czym im zależy, to imprezy i picie. Oczywiście tak nie jest, lecz media od dłuższego czasu robią nam najczarniejszy PR z możliwych, pokazując szerokiej publiczności brakujące ogniwa w łańcuchu ewolucji, do których hobby należy kręcenie tyłkiem. To powoli przestaje być śmieszne i jest zwyczajnie tragiczne.

Jedynym sposobem, aby temu przeciwdziałać zdaje się być bojkot i unikanie nabijania popularności takim programom, co będzie zniechęcać ich twórców do dalszego przekraczania granic w promowaniu głupoty. Jednak czy komukolwiek uda się wygrać z ciekawością? Raczej nie. I popchnie nas ona do sprawdzenia kto najlepiej "rzyga na odległość" i kto pierwszy upodli się tak, że zostanie wyrzucony z klubu.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...