Związkowcy w okolicach Sejmu
Związkowcy w okolicach Sejmu Fot. Krzysztof Miller / Agencja Gazeta

Z jednej strony, hasła ochrony miejsc pracy i okrzyki, wzywające do ratowania pracowników przed harówką do 67 roku życia. Utyskiwania nad poczynaniami władzy. Z drugiej, dzień wolny od pracy, darmowa wycieczka do stolicy, a tam piknik z alkoholem i wizyty w kawiarniach. Rzeczywistość związkowych protestów odbiega od tego, co mają na sztandarach.

REKLAMA
Gdy mieszka się w Warszawie, trzeba przywyknąć do tego, że stoi się w korkach spowodowanych przez demonstrantów. Jednak co robić, gdy w korkach trzeba stać każdego dnia, a hałas za oknem uniemożliwia pracę. Pisał o tym niedawno Tomasz Machała. Wtedy Aleksander Kwaśniewski powiedział mu, że być może jakiś polityk pod wpływem hałasu podejmie decyzję korzystną dla hałasujących, ale po drodze popełni wiele głupich. Były prezydent powiedział, że on nie był w stanie pracować z takim hałasem za oknem, powiedział też, że akurat w Pałacu Prezydenckim nie było tak źle, bo budynek jest po pierwsze oddalony od ulicy, a po drugie gabinet prezydencki jest od strony skarpy, ogrodu i Wisły.
Centrum pod okupacją związkowców
Nie każdy ma jednak szansę uciec do oddalonego od ulicy gabinetu. Niektórzy są skazani na wielogodzinny hałas wuwuzeli i gwizdków, dym palonych opon przeciskający się z ulicy i niemożliwość wyjścia na lunch. Opisał to na swoim blogu w naTemat Artur Sikorski, manager który ma biuro przy Placu Trzech Krzyży: "Szkoda mi Magdy Gessler. Rozsiedli się dzisiaj u niej w restauracji związkowcy z kanapkami i wódą w butelkach. Popijaną z gwinta. Nie robiłem zdjęć, bo byli agresywni. Nie skończyłem śniadania, bo śmierdziało oparami alkoholu w cenie light i chamstwem w wersji hard". Według jego relacji siedzący w restauracji związkowcy nie dość, że byli pod wpływem alkoholu to zachowywali się agresywnie, gdy p. Artur chciał zrobić im zdjęcia. Pod jego wpisem wywiązała się gorąca dyskusja.
Niektórzy nasi czytelnicy poparli jego punkt widzenia opisując swoje przejścia z protestantami. W swoim komentarzu posłanka Platformy Obywatelskiej Ligia Krajewska postuluje społeczną inicjatywę "Uwolnić Warszawę od hord chamstwa".
Lidia

Ach, jakże to szpanerskie z okien palcotrzechkrzyżowego biurowca popatrzeć z politowaniem na 'meneli' ze związków... (…) Nie każdego stać na gęsinkę u Gesslerowej. Ale mieszkając/pracując w stolicy, zwłaszcza przy szlaku na URM, trzeba się liczyć, że ludzie będą od czasu do czasu na ulicach- czy się to 'wielkim' menago podoba czy nie. I takie to żałosne panie menagerze do ludzi kwalifikować tylko podobnych sobie, a innych do tej kategorii już nie zaliczać. ŻAL!!!

Niektórzy nasi czytelnicy, którzy w Warszawie nie mieszkają cieszyli się, że ich miasta nie muszą sobie radzić z tłumami demonstrantów. Pojawiały się nawet głosy współczucia wobec mieszkańców stolicy. Ale nie wszędzie normą jest paraliżowanie całego centrum przez częste demonstracje. Od lat niektórzy wskazują, że w Warszawie potrzebne jest miejsce podobne do londyńskiego Hyde Parku, tak by ci którzy chcą być słyszani mogli być słyszani, ale jednocześnie nie przeszkadzali mieszkańcom. Tylko w marcu w Warszawie odbyło się około piętnastu przemarszów, wiele z nich Traktem Królewskim, czyli drogą spod Pałacu Prezydenckiego pod Kancelarię Premiera. To na tej trasie leży Plac Trzech Krzyży, który dodatkowo jest adresem Ministerstwa Gospodarki.
Kawiarniana demonstracja
Krzysztof Tyszkiewicz
były poseł PO

Idę szukać następnych dezerterów:) Jakby coś to tamci byli ze Śląsko- Dąbrowskiej NSZZ... Zidentyfikować i przykładnie ukarać! CZYTAJ WIĘCEJ

Znalazły się też jednak głosy oburzenia pod adresem naszego blogera. Padały argumenty, że dla pracujących w luksusowych biurowcach bardziej niż sytuacja robotników liczy się to, by mogli wypić kawę. A przecież biednych robotników nie stać na kawę za kilkanaście złotych. Halo, halo, jednak wielu z nich stać na alkohol, którego spożycie gwałtownie wzrosło z powodu demonstracji. "Nie przeszkadza mi śpiewanie roty. Nie przeszkadza mi głośne modlenie. Przeszkadza mi banda pijanych, ogorzałych facetów, którzy dla kolejnego dnia wolnego w pracy pod pretekstem walki o lepsze jutro ogółu, robią z Centrum Warszawy ruchomą pijalnię" - pisze nasz bloger.
Nie jest odosobniony w swoich obserwacjach, bo nie brakuje relacji osób, które spotkały dzisiaj związkowców pijących alkohol lub będących pod jego widocznym wpływem. Przechodziłem dziś Krakowskim Przedmieściem i widziałem dwóch panów w związkowych kamizelkach, którzy w doskonałym humorze pili z butelki wódkę żurawinową. Nasza redakcyjna koleżanka spotkała w restauracji "Przegryź" jegomościa, który konsumpcję wysokoprocentowych napojów miał już za sobą. Egzotycznie wyglądała też grupa związkowców, którzy wypełnili jedną z kawiarni i odznaczali się na tle ludzi w garniturach. Podczas swojego dnia pracy działaczy "Solidarności" spotykał kilkakrotnie były poseł PO Krzysztof Tyszkiewicz. Były parlamentarzysta postuluje na Twitterze, by ukarać tych, którzy zamiast rzeczywiście walczyć o swoje racje przesiadują w kawiarniach czy piją alkohol.
Joanna Woźniak
Antykwariat "Logos" przy pl. Trzech Krzyży

Dzięki tym demonstracjom mamy więcej klientów, bo pomimo, że to robotnicy, przychodzą do nas, oglądają książki, czasem coś kupią. Są bardzo mili, nigdy nie wyczułam od nich alkoholu. Właśnie widzę, że przechodzi grupka i są bardzo spokojni. Jedynie klienci narzekają, że jak są protesty to nie ma miejsc do parkowania, ale mnie to nie dotyka osobiście.

Taka wyprawa, z założenia zorganizowana po to, by walczyć o referendum w sprawie reformy emerytalnej, jest traktowana jako normalny dzień pracy, za który firma płaci. Ciężko sobie wyobrazić, by jakikolwiek pracodawca tolerował picie alkoholu. Wydaje się, że związek zawodowy za to wręcz przeciwnie. Rzecznik "Solidarności" tłumaczy, że "w kilkudziesięciu tysięcznym tłumie zawsze znajdzie się grupka, która zachowuje się nieodpowiednio". - W czasie takich wyjazdów jest absolutny zakaz picia alkoholu, ale fizycznie niemożliwe jest upilnowanie wszystkich - mówi naTemat Marcin Lewandowski. Jednak w tym przypadku określenie "grupka" znacznie odbiega od rzeczywistości, a zakaz chyba nie przynosi oczekiwanego skutku.
Zły przykład idzie z góry
Dzisiejsza "Gazeta Stołeczna" opisała relację miłośnika Dworca Centralnego, który podczas fotografowania postępów remontu przyłapał mężczyznę załatwiającego się na jednym z peronów. Poinformował policję, która ukarała niekulturalnego człowieka mandatem. Jednak ten, gdy opuszczał komisariat pokazał legitymację i zagroził, że wszyscy pożałują całej sytuacji, bo on pracuje w PKP Intercity. Po poszukiwaniach okazało się, że mężczyzna to szef "Solidarności" w krakowskich Przewozach Regionalnych. Chyba więc jednak czeka nas dalsza droga przez mękę ze związkowcami. Nie tylko na Dworcu Centralnym.