
Polska pomoc rozwojowa trafia do partnerów w wielu krajach Europy, Azji i Afryki. Jednak nadal mało o niej wiemy. Tydzień Edukacji Globalnej ma pomóc dowiedzieć się komu, jak i dlaczego pomagamy. Z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz, wiceminister spraw zagranicznych, rozmawiają Edyta Tyc z International Core for Assistance and Development Foundation i Kamil Sikora z naTemat.
REKLAMA
Mam wrażenie, że szczyt Partnerstwa Wschodniego w Wilnie będzie przebiegał w żałobnych nastrojach. Jakie są pani oczekiwania wobec niego?
Oczekiwania są takie: Unia Europejska parafuje dwie umowy stowarzyszeniowe z Gruzją i Mołdawią oraz podpisze trzecią - z Ukrainą. Spełnienie dwóch pierwszych jest niemal pewne, trzecie wciąż jest obarczone niepewnością i prawdopodobnie dopiero w ostatniej chwili okaże się, czy uda się zrealizować maksymalny scenariusz. Ale mówienie o żałobnej atmosferze to gruba przesada.
Cieszę się, że zaczął pan od szczytu Partnerstwa Wschodniego, bo jest ono często postrzegane w kontekście geopolitycznym - rzadziej natomiast przez pryzmat polityki rozwojowej. A jest to przecież przykład tej polityki Unii Europejskiej w naszym najbliższym sąsiedztwie.
Zasadnicze cele tej inicjatywy - zbliżenie instytucjonalne, promowanie standardów politycznych i ekonomicznych - to przecież cele rozwojowe. Dla nas najważniejszą sprawą jest skłonienie rządów krajów PW do reform i zmian systemowych. Chodzi o to, żeby te kraje były lepiej zorganizowane, lepiej funkcjonowały, co przełoży się na wzrost zamożności ich obywateli.
Do tego zaraz przejdziemy, ale chcę jeszcze spytać jak ocenia pani szanse na podpisanie umowy z Ukrainą?
Można by o tym przeprowadzić oddzielny wywiad, zastanowić jakie czynniki są za, a jakie przeciw. Obstawianie wyniku byłoby nie na miejscu i nie ma większego sensu. Zbyt wiele czynników ma wpływ na efekt końcowy.
Dobrze, poczekajmy więc na rozstrzygnięcia szczytu w Wilnie. Co udało się zrobić w ramach pomocy rozwojowej od ostatniego szczytu Partnerstwa Wschodniego w Warszawie we wrześniu 2011 roku?
Zwróćmy uwagę na trzy wymiary. Jeśli chodzi o Unię Europejską, to sam fakt powstania Partnerstwa Wschodniego spowodował przekierowanie nie tylko woli politycznej, ale także konkretnych funduszy pomocowych na ten właśnie region.
Ważnym momentem była Arabska Wiosna. Unia zwiększyła wówczas kwoty przeznaczane na kraje południa. Dzięki temu, że istniało już Partnerstwo Wschodnie, udało się przekonać kraje UE, że powinny zwiększyć zainteresowanie także tym drugim sąsiedztwem wschodnim. Dlatego właśnie rozbudowano fora dialogu na bardzo różnych poziomach od międzyrządowych, wielostronnych i bilateralnych poprzez samorządowe, lokalne, po pozarządowe.
To mechanizmy umożliwiające komunikację z tymi krajami i między nimi na wszystkich poziomach. Dzięki temu udaje się osiągać najważniejszy cel, jakim jest stymulowanie zmian instytucjonalnych i strukturalnych w krajach PW na bazie unijnego know-how.
W jaki sposób?
Już sam proces negocjowania umów, które teraz będą parafowane czy podpisane, przyniósł spore zmiany. Wymagano spełnienia pewnych warunków. Ostatnie tygodnie wzmożonej unijnej presji doprowadziły do przyjęcia w pierwszym lub drugim czytaniu szeregu ustaw. Ten proces ustawodawczy nie toczyłby się, gdyby nie było dialogu wokół umów stowarzyszeniowych.
Drugim ważnym nurtem jest dialog wizowy. Działa już umowa o ułatwieniach wizowych z Gruzją, Mołdawią i Ukrainą. Jeszcze raz podkreślę, że aby to osiągnąć konieczna była zmiana prawa w tych krajach. Przy kolejnym etapie, jakim jest ruch bezwizowy, Unia oczekuje ambitniejszej listy zmian w prawie, co doskonale widać na przykładzie Mołdawii. Kraj ten, który jest obecnie najbardziej zaawansowany w integracji z UE, zmiany te po prostu przyjmuje. Ten mechanizm nie działa szybko, ale jest jedynym sposobem motywacji krajów PW do zmian strukturalnych.
Teraz czas na poziom krajów członkowskich UE.
Dotyczy on pomocy rozwojowej świadczonej przez Unię, ale też przez kraje członkowskie UE. Fakt, że istnieje Partnerstwo Wschodnie i dostrzegany jest wysiłek unijny, powoduje, że kraje członkowskie w większym stopniu są w stanie przeznaczać własne środki na wsparcie tego regionu. Tutaj najbardziej aktywni są Szwedzi i Niemcy. Jeśli chodzi o Polskę, to ponad 60 proc. naszej pomocy rozwojowej idzie dla krajów Partnerstwa Wschodniego. Jest to zresztą jasno wskazane w wieloletnim planie pomocy rozwojowej.
Jaką kwotę przeznaczyliśmy na pomoc dla krajów Partnerstwa Wschodniego w 2012 roku?
Cała oficjalna polska pomoc rozwojowa wyniosła w zeszłym roku ponad 1,4 mld zł. Ogromna jej część jest kierowana do beneficjentów przez organizacje wielostronne, przede wszystkim Unię Europejską. Około 360 mln zł wydajemy w ramach pomocy dwustronnej jako Polska. Dla krajów Partnerstwa Wschodniego przeznaczyliśmy z tej puli kwotę 110 mln zł, czyli prawie 1/3 całości.
Które kraje są prymusami, a które trzeba mocno dopingować do współpracy?
W języku rozwojowym mówimy o tym, jaka jest zdolność absorpcyjna danego kraju. Bardzo ważna jest gotowość partnera do współpracy, jego zaangażowanie i wola przyjmowania tej pomocy. Oczywiście każdy chciałby dostać pieniądze, ale wsparcie musi czemuś służyć.
Szczególnie dobra współpraca rodzi się wtedy, kiedy po drugiej stronie widać, że istnieje gotowość do zmian. I nie chodzi tylko o poziom samorządowy czy regionalny, ale także poziom centralny. Bardzo dobrą współpracę mamy z Gruzją, stosunkowo dobrą z Mołdawią – bardzo intensywnie współpracujemy również z Ukrainą.
Chociaż nad Dnieprem prowadzona jest zdecydowana większość projektów, to mamy poczucie, że współpraca realizowana jest przede wszystkim na poziomie lokalnym. Brakuje determinacji do wprowadzania zmian instytucjonalnych na poziomie centralnym, na przykład w kwestii reformy samorządowej. Polska przekazuje od lat swoje doświadczenia w tej materii. Dzisiaj nie ma jednak w Kijowie woli politycznej do realizacji reformy.
Co robimy dla Gruzji?
W Gruzji już od roku prowadzimy całościowy projekt wsparcia realizacji reformy samorządowej. Po raz drugi, na okres kilku miesięcy, pojechał tam nasz ekspert z ministerstwa rozwoju regionalnego, żeby pomagać Gruzinom w tworzeniu aktów prawnych.
Zorganizowaliśmy też specjalne szkolenia w Polsce dla grupy, która tę reformę ma realizować, a kolejne są przygotowywane. Gruzini mówią "chcemy robić reformę" – my z naszej strony przekazujemy im wiedzę kierowaną do różnych grup: samorządowców i urzędników.
Jaką rolę w tym procesie odgrywają organizacje pozarządowe – zarówno po stronie beneficjentów, jak i naszej?
Bardzo dużą. To jedna z podstaw naszej pomocy rozwojowej. Chcemy, żeby rola sektora pozarządowego była jak największa. To w naturalny sposób powoduje włączenie partnera pozarządowego po drugiej stronie, w kraju, gdzie pomoc trafia.
Kwestia ta nie dotyczy wyłącznie krajów PW. Mamy świetne projekty prowadzone w ramach współpracy z organizacjami pozarządowymi w Azji Centralnej, zwłaszcza w Kirgistanie i Tadżykistanie, ale także w Afryce Północnej.
Organizacje pozarządowe odgrywają ważną rolę w naszej pomocy humanitarnej, choć w tym wypadku środki nie zawsze przyznawane są w trybie konkursowym. Często zdarzają się sytuacje wymagające szybkiej reakcji. Ale tam gdzie tylko to możliwe, staramy się, by podmiotem realizującym były polskie organizacje pozarządowe.
Jak jeszcze ministerstwo współpracuje z organizacjami pozarządowymi?
Poprzez szerokie i regularne konsultacje. Mamy nawet ustalony grafik spotkań z partnerami społecznymi – są to spotkania na poziomie departamentu, ale także bardzo intensywna współpraca przy konkursie i stała obecność przedstawicieli organizacji pozarządowych w Radzie Programowej Współpracy Rozwojowej, która powołana została w zeszłym roku na mocy ustawy o współpracy rozwojowej.
Azja Centralna i Afryka Wschodnia to drugi ważny priorytet świadczonej przez nasz kraj pomocy rozwojowej. Ona różni się od tej, którą dostają kraje Partnerstwa Wschodniego. Jakie priorytety tam realizujemy?
Mamy dwa priorytety horyzontalne, które odnoszą się do wszystkich państw i dotyczą tak samo Białorusi czy Ukrainy, jak i Kirgizji czy Tadżykistanu. Po pierwsze, jest to wsparcie dla demokracji. Zakładamy, że demokracja – zwłaszcza w krajach europejskich, ale nie tylko – jest warunkiem rozwoju. Po drugie, jest to wsparcie zmian systemowych i transformacyjnych na bazie doświadczeń Polski. Uważamy, że to jest coś unikalnego. Są ludzie pamiętający zarówno sukcesy, jak i błędy, którzy mogą się tym dzielić. To nasz szczególny zasób, który warto wykorzystać.
Oczywiście mamy też oddzielne priorytety dla poszczególnych krajów. One różnią się nie tylko między Ukrainą a Kirgistanem, ale również między Ukrainą a Gruzją. Priorytety są wyprofilowane do potrzeb zgłaszanych przez konkretny kraj.
Co Polska robi w Azji Centralnej?
Działamy głównie w Kirgistanie i Tadżykistanie, gdzie realizujemy sporo działań prodemokratycznych. Kirgistan to najbardziej demokratyczny kraj Azji Centralnej, w dodatku z systemem parlamentarnym, a nie prezydenckim. Wszystko co odnosi się do funkcjonowania parlamentu i wychowania obywatelskiego jest dla nich bardzo ciekawe.
Warto jednak pamiętać, że poziom rozwojowy tych krajów jest dużo niższy niż w Europie Wschodniej i potrzebne jest im wsparcie podnoszące poziom życia obywateli. Na przykład w Tadżykistanie, we wsiach blisko granicy z Afganistanem, jest wiele samotnych kobiet z dziećmi, bo ich mężowie wyjechali do Rosji.
Dla nich mamy mikrogranty na zakładanie własnych firm i uczenie się przedsiębiorczości. Najpierw zakładają własną działalność, a później zachęcamy je, by łączyły się w spółdzielnie. To ruch, który bardzo się rozwija i daje tym kobietom środki do życia, a jednocześnie emancypuje je, a więc ma też wymiar obywatelski.
Z kolei w Kirgistanie po rozpadzie Związku Radzieckiego nastąpiła katastrofa infrastrukturalna, zwłaszcza na południu. Ludzie nie mają tam dostępu nie tylko do bieżącej wody, ale w ogóle do wody czystej – czerpią ją np. z rzek. Wspieramy więc budowę wodociągów i uczymy ludzi, jak dbać o tę infrastrukturę. Zachęcamy, by tworzyli specjalne komitety społeczne zajmujące się pobieraniem pieniędzy za wodę, bo ludzie nie są nauczeni, że woda kosztuje. Te pieniądze potem są wykorzystywane na budowę nowej infrastruktury i utrzymanie istniejącej.
Jak wygląda nasza pomoc w krajach, które przeszły Arabską Wiosnę?[b][/b]
Jesteśmy aktywni, ale tylko tam, gdzie uważamy, że nasze doświadczenia mogą być adekwatne. Na przykład w Libii albo Egipcie, gdzie obok poważnych wewnętrznych turbulencji mamy odwrót od demokracji, nie widzimy płaszczyzny do współpracy. Inaczej jest w Tunezji. Większość naszych działań wspierających społeczeństwo obywatelskie i demokratyzację w Afryce Północnej jest obecnie realizowane właśnie tam.
Prowadzi je Fundacja Solidarności Międzynarodowej, która jest organizacją pozarządową, chociaż założoną przez skarb państwa. Na mocy ustawy „O współpracy rozwojowej” otrzymuje część środków MSZ.
Dlaczego Polska wydaje ponad 130 mln zł na Europejski Fundusz Rozwoju, który zajmuje się m.in. pomocą byłym koloniom? Jakie mamy tam interesy?
Wchodząc do Unii podjęliśmy szereg zobowiązań, między innymi uczestnictwa w wielkim unijnym projekcie pomocy rozwojowej. Wpisaliśmy się w istniejące mechanizmy, priorytety i zobowiązania. Takim zobowiązaniem, powziętym wiele lat temu przez Unię głównie wobec krajów postkolonialnych, jest właśnie Europejski Fundusz Rozwoju.
Jak ministerstwo informuje Polaków o tym, komu i dlaczego pomaga?
Po pierwsze Polacy są jednym ze społeczeństw najbardziej przekonanych do tego, że warto pomagać. Mimo perturbacji ekonomicznych, poparcie dla pomocy rozwojowej w naszym kraju nadal sięga 75 proc. To wysoki wskaźnik. Polska dostała pomoc rozwojową w czasie transformacji, która nam się bardzo przydała. Dzisiaj jesteśmy krajem rozwiniętym i przyjęliśmy zobowiązanie, by pomagać najbiedniejszym społeczeństwom.
Jednak jest też element polityczny. Pomoc rozwojowa to nie tylko działalność charytatywna wynikająca z przesłanek moralnych. Jest potrzebna również i nam, ponieważ wspierając rozwój tych krajów, budujemy w długiej perspektywie stabilność ekonomiczną i polityczną, a tym samym tworzymy sobie partnerów handlowych.
Oczywiście w Afryce czy na Karaibach wymiar moralny ma większe znaczenie niż biznesowy. Ale kiedy udzielamy pomocy na Białorusi czy na Ukrainie, to korzyści polityczne jakie z tego możemy odnieść są oczywiste ze względu na bliskość i potrzebę, by państwa te stawały się stabilne i zamożne.
Przy wydatkowaniu środków unijnych część z nich musi być przeznaczona na informowanie o donatorze, mówiąc wprost na reklamę UE. Czy tak samo jest z polską pomocą rozwojową?
To nie reklama donatora, tylko informowanie obywateli, płatników podatków na co wydajemy ich środki. Obowiązuje tu pełna transparentność i obowiązek mówienia, po co te pieniądze wydajemy i jaka jest z tego korzyść dla Polski. Dotyczy to zresztą całego budżetu państwa. Kiedy jednak wydajemy pieniądze na edukację czy na zdrowie, to jest oczywiste, czemu te pieniądze służą. Natomiast inwestowanie w projekty w odległych krajach nie jest już takie oczywiste i wymaga informowania.
Korzyścią pomocy rozwojowej jest nie tylko pomaganie biedniejszym społeczeństwom, ale także uczenie naszych obywateli, że istnieje bardzo ścisły związek między tym, co się dzieje w Polsce, a tym, co się dzieje w pozornie odległych miejscach na świecie. Ten element edukacyjny, przełamywanie światopoglądowej izolacji jest jednym z zadań pomocy rozwojowej. Temu celowi ma służyć coś, co nazywamy edukacją globalną – uczymy o tym, dlaczego perspektywa globalna, pewien altruizm są nam potrzebne. To nie ma być nauka teoretyczna, ale praktyczna.
Musimy pokazać, co robimy, gdzie jesteśmy, jakie są tam problemy i jakie one mogą mieć konsekwencje dla nas. Jeżeli za Bugiem pracują nieekologiczne, przestarzałe i trujące fabryki, to ten Bug jest brudny i to jest kłopot także dla mieszkańców po polskiej stronie. To akurat bliska perspektywa. Jeśli w dalekiej Afryce są konflikty zbrojne, to mamy wzmożone fale migracji, które powodują niepokoje społeczne i ekonomiczne w Europie. O tym wszystkim mówimy w ramach Tygodnia Edukacji Globalnej, który właśnie trwa.
Jak będzie wyglądał?
Zaczął się 16 listopada i potrwa aż do 24 listopada. To szereg najróżniejszych działań prowadzonych w bibliotekach, szkołach, centrach kultury, które mają poinformować jakie są problemy w krajach biednych. Chcemy, aby Polacy spojrzeli na świat z innej perspektywy.
Zapraszam na te wydarzenia. Na stronie http://www.teg.edu.pl/ jest ich pełen wykaz. Są wykłady, wystawy, pogadanki dla dzieci, imprezy dla ludzi w każdym wieku.
Czy Polacy będą mogli się czegoś dowiedzieć także o bieżących problemach?
20 listopada w Warszawskim Ośrodku Debaty Międzynarodowej odbędzie się wykład eksperta MSZ dla studentów, który będzie mówił o pomocy humanitarnej w Syrii. Będą więc jak najbardziej bieżące informacje, ale z szerszym kontekstem – co robimy i jak warto udzielać pomocy humanitarnej.
Mamy w Polsce aktywnych partnerów społecznych, którzy potrafią działać w profesjonalny i innowacyjny sposób. To też wielka satysfakcja, bo sami nie bylibyśmy w stanie świadczyć tej pomocy. Jako MSZ, instytucja która realizuje pomoc humanitarną, moglibyśmy dokonywać tylko wpłat np. na rzecz agend ONZ. Jeżeli chcemy jednak robić polskie projekty humanitarne, pod naszą flagą, to powinniśmy działać jak dotychczas z naszymi partnerami pozarządowymi, których bardzo cenimy.
Polska pomoc humanitarna trafia do uchodźców z Syrii przebywających w Libanie i Jordanii. Wiemy jednak, że spora część uchodźców jest w irackim Kurdystanie. Czy Polska planuje ich wesprzeć?
Nie możemy być wszędzie więc zdecydowaliśmy się na pewną specjalizację. Syria to największy kryzys humanitarny ostatnich dekad. Wspieramy uchodźców syryjskich w Jordanii i Libanie, ze szczególnym uwzględnieniem tego drugiego kraju. Robimy to głównie przez polskie organizacje pozarządowe, ale też dokonujemy wpłat, przede wszystkim do agencji ONZ.
Wielką wartością jest kontynuacja projektów z lat poprzednich. Kiedy bierzemy pod opiekę konkretne rodziny uchodźców, a tak właśnie robimy w Libanie, wszystko przemawia za tym, by tak długo, jak ten kryzys trwa, utrzymywać wsparcie dla tych rodzin, a nie przerywać go, ani nie rozpoczynać działań gdzie indziej.
