Celebryta to niszczący kulturę pasożyt, czyli podsumowanie roku w szoł biznesie

Kuba Wojewódzki tłumaczy, dlaczego o polskim szołbiznesie można pisać już tylko ironicznie.
Kuba Wojewódzki tłumaczy, dlaczego o polskim szołbiznesie można pisać już tylko ironicznie. Fot. W. Kurczewski/Freemantle
Od kilku lat śmiejemy się wspólnie z tygodnikiem "Polityka" z tak zwanego polskiego szoł biznesu i pop kultury. W ramach rubryki Mea Pulpa życzliwie, choć ironicznie przyglądamy się temu zjawisku. Czemu ironicznie? Kilka zdań gościnnie w Na Temat i na dodatek bardziej serio.

Zadajmy sobie pytanie, czym tak naprawdę jest szoł biznes? To grupa ludzi, których powołaniem jest rozrywka. Aktorzy, scenarzyści, piosenkarze, literaci, reżyserzy, producenci. Czym jest szoł biznes w Polsce ? To Edyta Herbuś.

Krajowy szoł biznes ma twarz narcystycznego celebryty, którego jedynym sukcesem jest zajmowanie się sobą. Polski show biznes zamarzł w bezruchu. Stanął zadowolony w swej autoerotycznej bezmyślności. Tkwi na ściance otoczony fotoreporterami  z radosnym poczuciem, że kariera i sukces to jest właśnie to, tu i teraz.

Dziś wielu moich kolegów ucieka od jakiejkolwiek przynależności do definicji szołbiznesu. Bo została ona okradziona ze znaczenia, z treści i wartości. W miejsce świętowania nowej premiery filmowej, nowej sztuki teatralnej, wartościowej literatury, czy nowej płyty mamy świętowanie kalejdoskopu tych samych uśmiechniętych statystów których banalne myśli i nie mniej banalne twarze zapychają medialny eter. Zamiast radości z przeżycia kulturalnego uniesienia na scenie teatru otrzymujemy sprawozdanie z faktu, kto wyglądał świetnie po porodzie, kto gorzej przed, a kto ubrał się w to samo co wczoraj, od czego gorsze może być tylko włożenie za dużych szpilek na za małe stopy.

Po premierze nowego filmu nie dowiadujemy się ani słowem, jak film wyszedł, ale komu wyszły majtki, dowiadujemy się, z kim sypia żona reżysera i czy główny aktor ciągle ma kochankę. Recenzje kulturalne zmarły śmiercią tragiczną. Relacje z artystycznych wydarzeń zabiła kronika garderobianego współzawodnictwa. Kto w co się ubrał, za ile a kto zaliczył masakrę modową i ile go to będzie kosztować.


Tabuny amatorów sensatów opisują amatorów uzurpatorów przy okazji zabijając kulturę.Tak jak długo będziemy oszukiwać siebie i widza, że oto są prawdziwe gwiazdy, tak długo będzie istniał cały przemysł internetowego hejtingu. Bo co jak co, ale Polak nie lubi jak się robi z niego durnia w żadnej sprawie. A na gwiazdach to on się zna tak samo jak na futbolu, medycynie i polityce.

Między redakcjami programów telewizyjnych, pomiędzy sekretarzami redakcji pism poświęconych pop kulturze, krążą coraz mniej tajne listy osób, które nie odmawiają nigdy. Dyżurnych przodowników pracy nic nie wnoszącego bełkotu. To ich gotowość odwrotnie proporcjonalna do refleksyjności i talentu, gotowość, by znowu sobą obdarzyć świat, powoduje, że obecność na okładce "VIVY" czy "GALI" staje się synonimem estetycznej rozpaczy. To ich nadmierne upojenie sobą zalewa nas z wszystkich kanałów, od telewizji porannej po pasma wieczorne.

Powstał gigantyczny biznes medialny, w którym zaczyna brakować aktorów. Gwiazdą staje się ten, który chce być gwiazdą i pójdzie na każdy układ. Opowie wszystko, wypowie się na każdy temat, zrobi sobie sesję z dzieckiem, narzeczonym, zwierzęciem, ulubionym meblem. Kiedy go do prasy, radia czy telewizji nie zaproszą, to nic straconego. Chętnie zafunduje nam swoją prywatność za pośrednictwem Facebooka czy Instagramu. I w obszarze mediów społecznościowych zauważalna jest ta sama tendencja. Im mniejszy kaliber postaci tym większa wylewność. Nowy narzeczony, świąteczna choinka, prywatne wakacje, służbowe cycki. Wszystko na sprzedaż.

Internetowe dawanie dupy na odległość, ku uciesze brukowych kundli którzy zamieniają to w coś, co podobno jest ciągle dziennikarstwem. Sprawozdania z niekontrolowanej megalomanii oraz relacje ze ścianki sponsorskiej. To dzisiejsza kultura w mediach. Polski paragwiazador nie potrzebuje już brukowca aby się ośmieszyć. Sam staje się brukowym wydawcą. Samego siebie.

Rodzi się podstawowe i lekko ambarasujące pytanie: po co oni to robią? Z głupoty, próżności, uzależnienia, strachu, czy może ze świadomości własnej nicości? Na polskiej pop kulturze pojawił się cień pasożyta, który ją deformuje i niszczy jej zdrowe komórki. To celebryta. Słowo wytrych i słowo postrach, które tłumaczy wszystko. Grupa średnio zdolnych, ale mocno zdeterminowanych na medialną obecność pierwotniaków wyznacza w Polsce standardy, kto jest człowiekiem sukcesu. Ilość okładek nie ma nic wspólnego z ilością jakichkolwiek dokonań. Ilość medialnych publikacji staje się jedynym dowodem istnienia. Słowo kariera zaczyna niebezpiecznie zbliżać się do słowa karykatura.

Gdyby na miesiąc zamknąć wszystkie plotkarskie magazyny, ocalałaby kultura a przychodnie u psychoanalityków zaroiły od pacjentów. Dlatego piszemy o tym świecie z uśmiechem politowania. Bo tutaj jak nic specjalnego nie umiesz, zostajesz celebrytą, jak nie umiesz być celebrytą, zostajesz stylistką.

Osobowości telewizyjne zostają zamienione w telewizyjne osobliwości. Zostaje zafałszowane wszystko, łącznie z językiem. Celebrytą stajesz się w momencie, gdy ktoś zrobi ci fotografię. Gwiazdą, jeśli ta fotografia ukaże się w kilku pismach. Oni są jak współczesna, quasi salonowa wersja disco polo. Trochę wiocha, a trochę autoportret nasz codzienny. Oczywiście w którymś momencie tego tekstu powinno pojawić się podstawowe stwierdzenie: przecież to jest szoł biznes, nie bierzmy wszystkiego tak serio.

Niestety, to hasło stało się koronnym argumentem tych, którzy zaśmiecają wspólną przestrzeń swoją niekontrolowaną auto adoracją. Ich uniwersalnym alibi. Zabawa w rozrywkę, zabawa w kulturę, zamieniła się w magiel. Kiedyś rubryka towarzyska była dodatkiem do kultury, dziś kultura jest dodatkiem do rubryki towarzyskiej. Powstał układ zamknięty, w którym grupa kilkunastu osób sprowadziła polski szoł biznes do dyskusji plotkarzy z płotkami. Tym samym świat ten dogonił  świat krajowej polityki, czyli ludzi zdefiniowanych do zajmowania się głownie sobą. Szkoda.

Ciężka praca nad prawdziwym sukcesem jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Ale w końcu po co ryzykować. Jak mawiał Bertrand Russell: gdy słońce kultury chyli się ku zachodowi, to nawet karły rzucają długie cienie. Wesołego kolejnego roku.
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...