Janusz Palikot podczas protestów w sprawie ACTA
Janusz Palikot podczas protestów w sprawie ACTA Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta

Dziś Janusz Palikot na spotkaniu z mieszkańcami Siedlec nie został zbyt miło przywitany. Niektórzy Siedlczanie próbowali ośmieszyć poglądy lidera RPP. Gwizdy i wyzwiska w stronę polityków to norma podczas ulicznych spotkań. Ale politycy notorycznie pokazują, że też tak potrafią. - Takiego poziomu agresji w Sejmie jeszcze nie było - komentuje jeden z posłów PSL.

REKLAMA
W Siedlcach Palikot musiał uporać się z niezbyt zadowolonymi obywatelami. "Wy wszyscy jesteście oszuści"; "pijecie z jednej flaszki"; "dostałam przez pana nerwicy" - atakowali lidera RPP Siedlczanie. Były poseł PO próbował wdać się w polemikę z otaczającymi go ludźmi, ale został po prostu zakrzyczany.
Tacy polityczni krzykacze to zjawisko coraz częstsze. Niektórzy internauci sugerują, że problem agresywnych wyborców dotyczy głównie Prawa i Sprawiedliwości. To jednak nieprawda - wszystkie partie mają swoich fanatyków. Bardziej lub mniej agresywnych. Niestety, politycy zbyt często przypominają tę nieokrzesaną część swojego elektoratu. Tylko kto od kogo przejął nawyki?
LPR legendarną superpartią
Pierwszym ulicznym wystąpieniem, które zrobiło furorę w internecie, było słynne "Superpartia k….o!". Tak, do pytanej przez dziennikarza sprzedawczyni kwiatów, krzyczała przechodząca staruszka.
Szybko jednak uliczna agresja - wobec polityków i odmiennego elektoratu - uległa eskalacji. Przyjmując formę gróźb lub obelg, wobec których niełatwo przejść obojętnie. W Szczecinie, podczas wizyty Bronisława Komorowskiego, ktoś z tłumu krzyknął "Twój samolot też spadnie!". Trudno uznać to za zabawne czy zasadne, nawet jeśli obecnego prezydenta nie bardzo się lubi.
Przemoc słowna, a czasem nawet fizyczna, wobec dziennikarzy już w ogóle nie dziwi. Reporterzy TVN24 dość często padali ofiarami rozwścieczonych sympatyków Radia Maryja czy Prawa i Sprawiedliwości. Na jednym z dostępnych na YouTube filmów pewien staruszek najpierw krzyczy na dziennikarkę, pyta czy program leci na żywo, a kiedy kamera łapie go w kadr - zaczyna uderzać w kamerę.
Co gorsze, agresywni wyborcy są poważnie zaangażowani w to, co mówią. I ciężko nie wierzyć, że gdyby mieli okazję, to pobiliby niejednego polityka. Nawet Janusz Palikot ma takich zwolenników. Co widać poniżej.
Nie należy się więc potem dziwić, że druga strona odpowiada tak samo lub gorzej. O tym, co działo się w czasie wakacji 2010 roku pod Pałacem Prezydenckim nawet nie warto wspominać. Wysoki poziom wzajemnej agresji był odwrotnie proporcjonalny do poziomu wypowiedzi uczestników tamtych wydarzeń.
Poziom z rynsztoku
Uliczna mowa nie dziwi w ustach przypadkowych przechodniów. Ale już u polityków - powinna co najmniej niepokoić. Niestety, posłom zdarza się, i to wcale często, rzucać tekstami godnymi rynsztoków. Słynne "Spieprzaj dziadu" Lecha Kaczyńskiego to tylko wierzchołek góry lodowej.
Niektórzy, jak poseł Stefan Niesiołowski z PO, osiągnęli wysoki poziom w obrażaniu politycznych oponentów. By nie odbierać przyjemności z oglądania, nie prezentujemy nawet jednej obelgi wypowiedzianej w poniższym materiale. Każde z określeń wymyślonych przez byłego wicemarszałka jest tak oryginalne, że nie wiadomo - śmiać się czy płakać.
Niestety, inni politycy nie wykazują się taką wymyślnością przy tworzeniu wyzwisk. Leszek Miller do Zbigniewa Ziobro powiedział po prostu, że "jest Pan zerem", a Ruch Palikota określił mianem "naćpanej hołoty". Posłanka Beata Kempa z Solidarnej Polski mówiła ostatnio o "tłustych kotach", czyli osobach zarabiających powyżej 10 tysięcy miesięcznie. W swoją wypowiedź wplotła też słowo "przestępcy", ale nie wyjaśniła dokładnie, czy ma na myśli wszystkich "bogatych". Marek Suski z PiS o pośle Johnie Godsonie mówił "murzynek", a homoseksualizm porównywał do zoofilii.
Zarzuty o bycie "zdrajcami narodu", "rosyjskimi sługusami", "komunistycznymi aparatczykami" stały się już, w zasadzie, standardem politycznym. Zarówno ze strony wybierających, jak i wybieranych.
Kto od kogo?
- Ryba psuje się od głowy - mówi nam dr Wojciech Jabłoński z Uniwersytetu Warszawskiego. - To kwestia tego, jak radzić sobie z frustracją społeczną, która narasta jako reakcja na działania polityków - tłumaczy politolog.
- Ludzie przejmują ten język i nie czują zażenowania używając takich sformułowań, bo robią to elity. To problem klasy politycznej i poziomu jej wypowiedzi.
Wiece i spotkania z mieszkańcami, na które jeżdżą politycy, służą obrzucaniu obelgami przez wyborców. - Taka metoda kontaktu z elektoratem przyszła z USA. Tam przerywanie wieców to rzecz normalna. Oponenci polityczni nawet wynajmują takich krzykaczy, żeby przerywali politykom - tłumaczy politolog.
- Rzecz w tym, jak to się robi: jeśli dowcipnie i inteligentnie to w porządku, ale jeśli chamsko i prymitywnie, tak jak u nas, to będzie tylko gorzej - przepowiada pesymistycznie dr Wojciech Jabłoński.
Dojdzie do rękoczynów?
Opinię politologa potwierdza Eugeniusz Kłopotek z Polskiego Stronnictwa Ludowego.
- Takiego poziomu agresji słownej jeszcze nie było. Niektórzy nie mają już zahamowań. Nie zdziwiłbym się, gdyby w tej kadencji doszło do agresji fizycznej - komentuje poseł PSL, który w parlamencie spędził cztery kadencje.
Ludowiec w lutym zrezygnował z pieniędzy, które zarabiał w Sejmie. Wrócił do pracy w Zakładzie Doświadczalnym Instytutu Zootechniki Państwowego Instytutu Badawczego w Kołudzie Wielkiej w województwie kujawsko-pomorskim. Swoją decyzję tłumaczył tym, że męczy go obecna atmosfera polityczna. Kłopotek nawet przyznał, że wstydzi się mówić ludziom o tym, że jest posłem.
- Ten wzrost agresji społecznej wzajemnej i wobec polityków to w dużej mierze nasza wina - potwierdza słowa Jabłońskiego Eugeniusz Kłopotek. - To idzie po równi pochyłej. Może politycy obudzą się, jak nastąpi jakiś wstrząs społeczny - stanowczo stwierdza poseł PSL, który nie wyklucza, że ta kadencja jest jego ostatnią.
- Ja wolę słuchać swoich gęsi, niż tego, co dzieje się na Wiejskiej - podsumowuje Kłopotek