Lata z monopolem. Jak politycy bronili pozycji Poczty Polskiej

To politycy są obrońcami monopoolistycznych przywilejów Poczty Polskiej.
To politycy są obrońcami monopoolistycznych przywilejów Poczty Polskiej. Fot. Robert Kowalewski / AG
Utrzymać w jak najlepszej kondycji, żeby może kiedyś sprzedać za jak największą sumę. Czy taki plan politycy mają na Pocztę Polską? Jeśli tak, to od lat konsekwentnie za pieniądze podatnika chronią liczne monopole firmy. Bronią ich przed Unią. Znajdują Poczcie nowe źródła dochodów. Firma jest od dawna pod specjalną ochroną.


Zarzuty o dostarczanie listów z sądu do sex shopów, plotkarstwo pań z kiosku i gubienie listów ma według prezesa Integr.pl rozprzestrzeniać Poczta Polska. To zdaniem Rafała Brzoski zemsta za przegrany przetarg na obsługę pocztową sądów i kolejna odsłona wojny w obronie monopolu. Od początku 2014 roku wart 500 mln zł kontrakt wypełnia sojusz InPost, Polskiej Grupy Pocztowej i Ruchu. Nieprzywykłemu do wolnorynkowej walki ex-monopoliście pozostało wyłapywanie potknięć konkurentów.


Obrona monopolu jak obrona Częstochowy
A także próby ochrony ostatnich bastionów monopolu, bez których wyniki finansowe Poczty mogą spaść pod kreskę. Od 2006 trwa proces powolnej i opornej liberalizacji rynku usług pocztowych. Żeby było jasne - to nie polscy politycy uznali, że wolny rynek przyniesie korzyści, wymusiła to na nich Unia Europejska. I tak Polacy utrzymywali monopole najdłużej, jak to tylko było możliwe.


Bo tam, gdzie Poczta Polska musi radzić sobie z prywatnymi konkurentami ma spore kłopoty. Wystarczy spojrzeć na rynek paczek, który od zawsze był pozbawiony państwowej ochrony. Firmy kurierskie szybko zepchnęły PP do defensywy, oferując niższe ceny i lepszą jakość usług. W obawie, że tak samo może stać się z listami, broniono monopolu Poczty Polskiej jak niepodległości.


Unia swoje, my swoje
Ale musiano ustąpić. Dlatego od 2006 roku państwowa firma musi walczyć z konkurencją nie tylko paczek, ale i listów powyżej 50 gramów. Prywatne firmy szybko były w stanie zaoferować niższe ceny i wygrać przetargi na dostarczanie listów wysyłanych przez banki, operatorów telekomunikacyjnych, sprzedawców prądu, gazu i wody. Ale zwykła faktura za telefon czy wyciąg z banku tyle nie ważą, dlatego przez kilka lat koperty były obciążane metalowymi blaszkami czy notesikami z marnej jakości papieru.

Poczta od niedawna intensywnie walczy o odzyskanie tego segmentu rynku. Według konkurentów stosuje zaniżone ceny na listy. Najczęściej na kopertach widnieje pieczątka "Opłata pobrana. Umowa nr xxx/xx z Pocztą Polską S.A.". Firmy, które podpisują takie umowy płacą za wysłanie listu ok. 60 proc. mniej, niż Kowalski przyklejający do koperty zwykły znaczek (dzisiaj kosztuje on 1,75 zł). Poza tym poczta korzysta ze zwolnienia z podatku VAT, więc startując w przetargach może oferować ceny niższe o 23 proc.

Prywatne firmy nie są w stanie nadrobić tego dystansu. I to nawet pomimo tego, że już nie muszą doczepiać blaszek i dodawać notesików. Od 1 stycznia 2013 r. Poczta Polska straciła monopol także na dostarczanie listów poniżej 50 gramów. Ale indywidualni klienci mogli tej zmiany nawet nie zauważyć, bo Poczta Polska nadal ma największą sieć placówek w kraju (ok. 8,3 tys., z czego część to agencje w sklepach i na stacjach benzynowych).

Poczta traci, utrzymuje ją... konkurencja
Wiele z nich musi utrzymywać, bo jest tzw. operatorem wyznaczonym. Przez pięć dni w tygodniu musi zapewnić obywatelom możliwość wysyłania listów i paczek do dowolnego miejsca w kraju. Dotychczas wynagrodzeniem za to były monopole. Po utracie części z nich nowa ustawa Prawo Pocztowe tworzy fundusz kompensacyjny. Rafał Brzoska, prezes InPost, oskarżył niedawno urzędników, że pozwolili by wpływ na ustawę miał lobbysta Poczty.

Z funduszu kompensacyjnego mają być pokrywane straty wynikłe z działalności operatora wyznaczonego. Zapłacą prywatne firmy pocztowe (nawet 600 mln zł rocznie). Jeśli to nie wystarczy, to potem zapewne podatnicy z budżetu państwa.

Ta kroplówka została podłączona do Poczty Polskiej na trzy lata. Po tym okresie odbędzie się konkurs, w którym rozstrzygnie się, kto będzie operatorem wyznaczonym przez kolejną dekadę. Możliwe, że zostanie on skrojony pod państwowego molocha, tak jak pierwotnie przetarg na przesyłki sądowe.

Monopol w praktyce
W założeniu to on także miał być składnikiem podawanej Poczcie kroplówki. O tym, jak próbowano sprawić, by to nadal państwowa firma dostarczała nam pisma z sądów napisał Mirosław Barszcz w "Forbes". W warunkach pojawił się wymóg potwierdzenia nadania przesyłki rejestrowanej z mocą dokumentu urzędowego.

W praktyce oznaczało to, że liczy się tylko stempel pocztowy, a nie datowniki prywatnych operatorów. Ale Krajowa Izba Odwoławcza zdecydowała o wykreśleniu tego zapisu. Plan legł w gruzach.

Mirosław Barszcz na blogu

Za PGP oczywiście trzymam kciuki. Zdrowa, prywatna konkurencja na dłuższą metę pomogłaby nie tylko klientom Poczty, ale i samej Poczcie. Ale byłbym szczerze zdziwiony, gdyby cała operacja przebiegała bez początkowych zakłóceń – to należałoby rozpatrywać w kategorii cudu właśnie. Ważne będzie przede wszystkim to, jak organizacja sobie z nimi poradzi, jak szybko będzie się uczyć. Jeśli w ciągu kilku miesięcy system zacznie funkcjonować w miarę przyzwoicie to będzie znaczyło, że eksperyment się udał, pacjent przeżył i czas otwierać szampany.


Poza tym Poczta nadal będzie zarabiała na Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych. Za obsługę emerytów ZUS płaci Poczcie 300 mln złotych rocznie. Prywatna konkurencja przekonuje, że wzięłaby 50 mln mniej. Chce, aby przetargi były organizowane w regionach, a nie dla całego kraju za jednym razem. Tak dostarczyciela emerytur wybiera KRUS. I oszczędza.

Jak polski rynek pocztowy wyglądałby bez sztucznie tworzonych monopoli? Wyobrazić to sobie można obserwując zachowanie Poczty Polskiej, która traci kolejne fragmenty rynku. Nagle okazało się, że możliwe jest wprowadzenie elektronicznego awizo, podniesienie wskaźnika terminowości dostarczania listów i paczek. Konkurencja sprawia, że klienci mają gdzie uciec. To powoduje, że każdemu bardziej zależy.

Utuczyć i sprzedać?
Poczta Polska ma dzisiaj w rządzie silnego stronnika - wicepremiera Janusza Piechocińskiego, który jeszcze będąc szeregowym posłem dał się poznać jako obrońca państwowego przedsiębiorstwa. - W wielu krajach poczty narodowe są w różnej formule wspierane przez państwo. I chciałbym, aby u nas też tak było - mówił "Gazecie Wyborczej" w połowie 2012 roku.

Utrzymanie Poczty Polskiej w jak najlepszej kondycji leży w interesie rządzących. Za kilka la będą mogli sprzedać mniejszościowy pakiet jej akcji i zasilić budżet dodatkowymi miliardami. Dlatego dbają o zyski i wartość firmy, pompując je quasi-monopolami. Inaczej za kilka lat nie byłoby czego prywatyzować. Należy się więc spodziewać kolejnych przejawów legislacyjnej inwencji polityków.

Ale jest coś, czego Poczta Polska nie może zatrzymać nadawanymi przez polityków uprawnieniami. To postęp technologiczny. Zamiast listów wysyłamy maile, zdjęcia na Facebooku zastąpiły pocztówki z wakacji, a firmy coraz intensywniej namawiają klientów do przejścia na elektroniczne faktury. I o ile można walczyć z przerostem zatrudnienia (ponad 90 tys. pracowników) i dominacją związków zawodowych (ok. 70), z tym walczyć się nie da. Można się tylko dostosować.