Bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasistów w cztery miesiące. Dlaczego minister Kluzik-Rostkowska chce dokonać cudu?

Opozycja i wydawcy nie pozostawili suchej nitki na projekcie ustawy Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która chce wprowadzić jeden, bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasistów
Opozycja i wydawcy nie pozostawili suchej nitki na projekcie ustawy Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która chce wprowadzić jeden, bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasistów Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Niechlujstwo, skrajny populizm, chwyt marketingowy – Biuro Analiz Sejmowych, posłowie opozycji, przedstawiciele wydawców, nauczycieli i rodziców nie pozostawili suchej nitki na projekcie ustawy minister edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która chce wprowadzić jeden, bezpłatny podręcznik dla pierwszoklasistów. Ich obawy wydają się uzasadnione, bo jak w cztery miesiące można stworzyć zupełnie nowy, przełomowy podręcznik, kiedy prace i konsultacje z ekspertami trwają normalnie 1,5 roku? Po co ten pośpiech?


Jeden, bezpłatny i wieloletni podręcznik dla pierwszoklasistów – kiedy minister Joanna Kluzik-Rostkowska oświadczyła, że chce ustawowo zapisać, że MEN zapewni każdemu pierwszoklasiście podręcznik, wielu rodziców poczuło ulgę. Tym bardziej, że ma to być pierwszy krok do zbicia absurdalnie wysokich cen podręczników. Rodzice najmłodszych uczniów muszą za nie zapłacić nawet 250 zł. Pomysł przyjęto już mniej entuzjastycznie, kiedy okazało się, że MEN zamierza opracować zupełnie nowy - rządowy podręcznik do czerwca tego roku.


"To nie telewizja"
Posłowie opozycji, eksperci, przedstawiciele nauczycieli, wydawców i rodziców zebrani na posiedzeniu Komisji Edukacji, Nauki i Młodzieży nie podzielili entuzjazmu minister Kluzik-Rostowskiej. Nie zostawili na projekcie ustawy suchej nitki. Nikt właściwie nie krytykował samej idei, którą zgodnie popierają wszyscy, atakowany był natomiast sam projekt, który uznano za niedokładny, niechlujny i nienadający się do dalszej obróbki prawnej. Opinie posłów są więc zgodne z opinią wydaną przez Biuro Analiz Sejmowych.


– Ten projekt ustawy jest pierwszą, ale nie jedyną zmianą na rynku podręczników szkolnych. We wrześniu 2014 roku do szkoły pójdzie 550 tys. dzieci i nie widzę potrzeby, żeby płaciły 250 zł za podręczniki szkolne. Ceny podręczników są kompletnie nieuzasadnione i absurdalnie wysokie – broniła projektu minister edukacji, powołując się przy tym na ostatni raport GUS, który potwierdza, że wiele rodzin przyznaje, że nie jest w stanie kupić dzieciom książek.


Zgodnie z rządowym pomysłem darmowe podręczniki dla pierwszoklasistów mają być własnością szkoły i mają być wieloletniego użytku. Szkoła będzie je wypożyczać uczniom przez przynajmniej trzy roczniki. Nowe podręczniki opłacać będzie budżet państwa. Według wstępnych szacunków ma to kosztować nie więcej niż 10 milionów złotych.


Ten argument, może i skuteczny w mediach, nie przekonał jednak polityków, którzy oczekiwali merytorycznej dyskusji z minister. – Rząd dopiero się obudził i zauważył, że Polacy są biedni i nie stać ich na podręczniki. Dziś się budzicie? – komentowała słowa minister posłanka Marzena Machałek z PiS i dodała, że trudno nie zgodzić się z tym, iż rynek podręczników wymaga zmian, ale nie mogą być one przeprowadzone w ten sposób. – Opinie BAS-u nie zostawiają suchej nitki. Ustawa jest zła, jest chwytem marketingowym, który nic nie załatwia. Projekt jest niespójny. To wy wprowadziliście wielość podręczników, a teraz chcecie to zmienić byle jak i po łebkach – mówiła Machałek. Zgodził się z nią klubowy kolega, poseł Sławomir Kłosowski: – Posiedzenie Komisji to nie miejsce na PR. To, co pani przedstawia to wielki znak zapytania, skrajny populizm, jak w stacjach telewizyjnych. Pani minister, nie jesteśmy w telewizji, my chcemy dyskutować merytorycznie – apelował Kłosowski.

Pilne wątpliwości
Posłowie opozycji zwrócili uwagę na jeszcze kilka kwestii. Przede wszystkim, narzucony z góry podręcznik oznacza, że nauczyciele nie będą mogli tak naprawdę wybrać go według własnego uznania, nawet jeśli inny ocenią jako lepszy. Minister Kluzik-Rostkowska zaznaczyła co prawda, że szkoła będzie mogła skorzystać z innego podręcznika, jeśli spełni warunki: podręcznik musi być darmowy dla rodziców i musi spełniać wymogi wielokrotnego użycia. Nie wiadomo jednak, kto za ten inny niż rządowy podręcznik miałby zapłacić.

Ta kwestia martwi również nauczycieli. – Ustawa nie rozwiązuje problemu. Nadal pozostaje możliwość wyboru. Będziemy mieli na rynku kolejny, dwudziesty podręcznik. Ja go nie wybiorę, bo nie ma ćwiczeń. Nauczyciele sami będą musieli opracowywać ćwiczenia. Jak to sobie państwo wyobrażacie? To byle jakość – ocenił prezes ZNP Krzysztof Baszczyński.

Jarosław Matuszewski
przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książek

Modele finansowania podręczników szkolnych są różne w całej Europie, natomiast zdecydowana większość rządów pozostawia przygotowanie podręcznika w gestii profesjonalnych wydawnictw i autorów. Tylko Rosja, Ukraina, Grecja, Islandia i Węgry mają podręczniki opracowane przez agendy rządowe.


Niepokoi również pilny tryb prac, z którego MEN nie chce zrezygnować. – Tryb pilny wprowadzany jest przecież w sytuacjach wyjątkowych, a ten problem był znany od lat. To stawia w trudnej sytuacji pani poprzedniczki – zwrócił uwagę poseł Artur Ostrowski z SLD. – Tryb pilny sprawi, że na pewno pojawią się błędy. Nie wiadomo, czy podręcznik będzie merytorycznie atrakcyjny, nie wiadomo w jakim czasie autor czy autorzy podręcznika zostaną wyłonieni. Metoda wprowadzenia jest karkołomna i może się odbić na wprowadzeniu słusznej idei i wykorzystają to wydawnictwa – dodał Ostrowski.

(Nie)realne cztery miesiące
Na wartość idei zwróciła uwagę również była minister edukacji narodowej, posłanka SLD Krystyna Łybacka. – Ma pani poparcie wszystkich opcji dla idei. Żeby nie zmarnować tego kapitału, trzeba się zastanowić, co jest największym zagrożeniem. Sukces może być zbiorowy, ale porażka samotna. Czas jest największym zagrożeniem tej idei. Znacznie gorzej będzie, jeśli ta świetna idea nie zostanie zrealizowana – mówiła Łybacka. Jej zdaniem we wrześniu tego roku powinny być wprowadzone podręczniki bezpłatne, ale nie powinien być to podręcznik rządowy, na opracowanie którego jest po prostu za mało czasu.

To zagrożenie dostrzegają nie tylko posłowie opozycji. Jarosław Matuszewski, przewodniczący Sekcji Wydawców Edukacyjnych Polskiej Izby Książek stwierdził, że rządowy podręcznik ma być wprowadzony dosłownie na ostatnią chwilę. – Wprowadzenie tak ważnej zmiany w systemie nauczania podstawowego, nie powinno odbywać się w pośpiechu. Rządowy podręcznik powinien trafić do nauczycieli w połowie czerwca. Opierając się na własnym doświadczeniu i kompetencjach w tworzeniu podręczników, a także opiniach samych autorów podręczników szkolnych, możemy z całą pewnością stwierdzić, że w tak krótkim czasie przygotowanie dobrego, sprawdzonego przez nauczycieli i atrakcyjnego podręcznika jest niesłychanie trudne, jeśli nie niemożliwe – podkreślał Matuszewski. Normalnie prace merytoryczne i konsultacje z ekspertami zajmują około 1,5 roku.

Zgodnie z przepisami, dyrektorzy szkół powinni do 15 czerwca ogłosić listę podręczników na kolejny rok. Wcześniej powinni się z nimi oczywiście zapoznać, żeby wybrać ten najlepszy. Wiadomo jednak, że prace nad rządowym podręcznikiem się jeszcze nie rozpoczęły. Ośrodek Rozwoju Edukacji, który ma się tym zająć, otrzymał zlecenie zaledwie dwa tygodnie temu. Rzecznik Ośrodka Jakub Osiński informował w ostatnich dniach, że obecnie kompletowany jest dopiero zespół. Nie ma też podanego harmonogramu prac, co tylko wzmaga wątpliwości, czy w cztery miesiące uda się opracować merytoryczny, atrakcyjny i dobry, a właściwie najlepszy podręcznik dla najmłodszych uczniów. Skoro Ministerstwo chce obecne, dopuszczone przez siebie wcześniej podręczniki, zastąpić własnym, z pewnością ma on być od nich jeszcze lepszy.

Bez dyskusji?

Czym będzie się różnił, właściwie nie wiadomo. Na to pytanie, które padło w czasie posiedzenia Komisja Edukacji, Nauki i Młodzieży kilkukrotnie, minister Joanna Kluzik-Rostkowska nie odpowiedziała. Właściwie nie rozwiała żadnych wątpliwości. Po niemal dwu godzinnej serii pytań, uwag, zarzutów poinformowała, że w piątek będzie upublicznione uzupełnienie, drugi projekt ustawy. Ma wyjaśnić, jak ministerstwo widzi dalsze prace nad nowym podręcznikiem i jak może wyglądać ewentualna współpraca z wydawnictwami.

– Wszyscy jesteśmy za tym, żeby rynek podręczników się zmienił – mówiła Kluzik-Rostkowska podkreślając, że tryb pilny w przypadku tego projektu jest potrzebny, bo do września jest "naprawdę niewiele czasu". – Rozumiem, że sukces może być wspólny, a porażka tylko moja, ale wiem, że ta zmiana musi się zadziać w 2014 roku. Rodzice zachowają wtedy pokaźne pieniędzy. Tylko zgoda na pisanie podręcznika pozwoli zmienić rynek. Pozwólcie mi spróbować dokonać zmiany w 2014 roku – apelowała minister.

Tym samym brak czasu, który posłowie opozycji przedstawiali jako największy minus i zagrożenie w przypadku pracy nad tak poważną zmianą, minister uznała za jeden z ważniejszych czynników przemawiających na jego korzyść. Zdecydowanie mniej istotny jest jak widać brak: zespołu ekspertów, harmonogramu prac i informacji o merytorycznej zawartości podręcznika. Jako podsumowanie, idealnie pasuje tu chyba powiedzenie: czas to pieniądz.