Minister finansów: "Bliżej mi do Keynesa niż do von Hayeka". Kim są ci ekonomiści i co to oznacza dla naszego budżetu?

Minister finansów Mateusz Szczurek zadeklarował, że jest keynesistą.
Minister finansów Mateusz Szczurek zadeklarował, że jest keynesistą. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Gazeta
Minister finansów Mateusz Szczurek nieczęsto kontaktuje się z mediami, dlatego cenną informacją może być jego deklaracja, że „bliżej my do Keynesa, niż do ekonomicznych liberałów w stylu von Hayeka”. Co to może oznaczać dla nas, podatników? Wyższe wydatki z budżetu, interwencje rządu w gospodarkę i wyższe podatki.


Przez pierwsze kilka tygodni urzędowania minister finansów Mateusz Szczurek nie zgadzał się na wywiady, nie informował o swoich planach i poglądach. Jego biuro prasowe odsyłało nas i innych dziennikarzy z kwitkiem, ale następca Jana Vincent-Rostowskiego widocznie uznał, że poznał funkcjonowanie resortu na tyle, że może spotkać się z dziennikarzami i opowiedzieć o swoich planach oraz poglądach.


W tej drugiej kwestii zdecydował się na ważną deklarację, która może wskazywać na kształt i kierunek jego urzędowania. „Na pewno bliżej mi do Keynesa niż do ekonomicznych liberałów w stylu von Hayeka. Zwłaszcza w takim otoczeniu, w jakim Polska znajduje się dzisiaj” – powiedział w wywiadzie dla „Dziennika Gazety Prawnej”. Zaznaczył jednak, że nie lubi przyklejania łatek, bo nie musi się przecież zgadzać z całością światopoglądu, a jedynie jego wybranymi aspektami.


Jednak taka deklaracja Mateusza Szczurka to ważny kierunkowskaz dla analityków, finansistów, ale i dla nas – zwykłych podatników. Wskazuje bowiem, że Szczurek będzie kontynuował politykę Jacka Rostowskiego, który także stał po stronie interwencjonistów spod znaku Johna Maynarda Keynesa.

Twarda ręka państwa

Ten brytyjski ekonomista to bez wątpienia jedna z najważniejszych i najbardziej wpływowych postaci światowej ekonomii. To on brał udział w projektowaniu kształtu powojennej gospodarki na konferencji w Bretton Woods. Jednak największy wpływ na działania polityków uzyskał dzięki „Ogólnej teorii zatrudnienia, procentu i pieniądza”, w której opisuje proces wychodzenia z Wielkiego kryzysu.


Przekonywał, że Stany wpadły w niego przez prezydenta Herberta Hoovera, który stojąc na liberalnych pozycjach, nie zaangażował publicznych środków w ratowanie gospodarki. Tę tezę bardzo szczegółowo obalił Murray Newton Rothbardt w „Wielkim Kryzysie w Ameryce” pokazując, że to właśnie państwowy interwencjonizm wydłużył i pogłębił kłopoty.

Jednak to właśnie dorzucanie do gospodarki państwowych pieniędzy ma być według Keynesa antidotum na kryzysy gospodarcze. Przeciwdziałanie cyklom koniunkturalnym ma polegać na zwiększaniu podatków w czasach prosperity i zwiększaniu wydatków w kryzysie. Także kosztem zadłużenia. Wszak jak mówił Keynes „w dłuższej perspektywie i tak wszyscy umrzemy”. Jako, że sam nie miał potomstwa (był homoseksualistą), nie musiał się martwić o to, że dzieci będą musiały spłacać jego długi.

Niewidzialna ręka wolnego rynku
W nieomylność państwa nie wierzył Friedrich August von Hayek, jeden z ojców libertarianizmu, poglądu na ekonomię stojącego na drugim biegunie wobec idei Keynesa. Zdaniem tego naukowca z Wiednia rynek jest samosterującym się organizmem (określał to pojęciem katalaktyka) i państwo nie powinno w niego ingerować, bo to zwiastuje kłopoty.

Sporą część pracy naukowej i publicystyki von Hayek poświęcił na udowadnianie, że państwo socjalistyczne nie jest w stanie racjonalnie i bez pomyłek ocenić, ile danego dobra trzeba wyprodukować. Doskonale wiedział, że centralne planowanie to droga donikąd. Później jego teorię udowodniły (nadzwyczaj boleśnie) władze krajów bloku wschodniego.

Podatki nie spadną
Co deklaracja Mateusza Szczurka będzie oznaczała dla nas, podatników? Że minister finansów nie będzie kruszył kopii o obniżenie obciążeń nakładanych na nas przez państwo. O podatku liniowym możemy zapomnieć. Za to należy oczekiwać dalszego uszczelniania systemu podatkowego (czyli będzie starał się wyciągnąć pieniądze skąd tylko się da).

Deficyt budżetowy i dług publiczny będą spadały, ale raczej dlatego, że to oczekiwanie Komisji Europejskiej. Trudno będzie to osiągnąć, bo w okresie przedwyborczym politycy chętnie będą zwiększać wydatki na socjal. Dokładnie tak, jak Keynes przykazał.