W opublikowanym trzy dni temu tekście Karoliny Felberg „Pociąg pod specjalnym nadzorem, czyli ruina modernistycznych mitów” autorka odnosi się do filmu Anny Baumgart „Zdobywcy słońca” oraz książki Andrzeja Turowskiego „Parowóz dziejów”, wydanych przez Le Monde Diplomatique przy współpracy z Fundacją Lokal Sztuki / lokalem_30. Myślę, że tekst ten wymaga kilku słów wyjaśnienia, gdyż jego autorka chyba nie do końca zrozumiała intencje twórców projektu.

REKLAMA
Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na fakt, że artystka, Anna Baumgart zaprosiła do współpracy historyka awangardy, Andrzeja Turowskiego. Był to świadomy gest, wynikający w moim odczuciu z potrzeby przekroczenia ram projektu filmowego przez artystkę wizualną posługującą się tym medium. Andrzej Turowski z właściwą sobie swadą, stworzył tekst, który również wymyka się łatwym klasyfikacjom, będąc połączeniem naukowej fikcji z dobrze napisaną sensacją. Artystka zdobyła się więc na swoisty akt odwagi – postanowiła stworzyć pracę wspólnie z naukowcem, wybitnym autorytetem, bożyszczem studentów.

Pociąg pod specjalnym nadzorem, czyli ruina modernistycznych mitów CZYTAJ WIĘCEJ

Powstały dwie równoległe, choć powiązane ze sobą prace. Pogmatwane to i skomplikowane? No cóż, jeśli przyłożymy tu miarę literackiej narracyjności, następstwa czasów, miejsc i osób, to tak. Odnoszę jednak wrażenie, że intencją autorów nie było stworzenie pozytywistycznej czytanki, w której pociąg wiozący wolność i prawdę szczęśliwie dociera do celu. W tej pracy w pewnym sensie medium jest tożsame z przekazem – niejednoznaczność formy, przekraczanie ram gatunków, odpowiada niejednoznaczności zawartej tu treści.
Ta perspektywa pozwala, jak sądzę, lepiej ocenić „Zdobywców słońca” oraz „Parowóz dziejów”. Praca ta nie jest zwyczajnym, jak pisze Felberg „pomieszaniem gatunków”, ale pytaniem o sens wyznaczania ich granic. Nie chodziło tu jedynie o stworzenie mockdokumentary z towarzyszącą mu książką. Baumgart nie zależało przecież na skutecznym „nabraniu” widzów, a bardziej na przedstawieniu dramatu fikcji, której jedyną podporą są fakty…
Zdecydowanie też nie chodziło tu o przyćmiewanie książki filmem czy na odwrót, bo współpraca Baumgart i Turowskiego nie polega na konkurencji (bo każde z nich w swojej dziedzinie jest bezkonkurencyjne), ale na swoistym wsparciu, dopełnieniu, zrealizowaniu równoległej całości. Cynamon, makaron i pesto nie mają tu nic do rzeczy, bo stworzenie smakowitego kąska i wydawniczego hitu nie było, wiem o tym, zamierzeniem autorów. Wprowadzenie płyty i książki do księgarń jest w moim odczuciu jednym z gestów mających w sposób świadomy pozbawić pracę sztucznie rozumianej „artystyczności”.
Zdumiało mnie uproszczenie, jeśli nie wulgaryzacja filmu Baumgart. Dla autorki tekstu „Zdobywcy słońca” to nic więcej jak propagandowe pomieszanie z poplątaniem, bezkrytyczne zmontowanie materiałów archiwalnych z wypowiedziami ekspertów. Fakt, że Andrzej Turowski zgodził się napisać książkę, a także odegrać filmie dwuznaczną rolę badacza i poszukiwacza, który wedle Felberg robi tu za detektywa (stawiając w ten sposób sprawy, każdy naukowiec, a w szczególności historyk zabawia się w Sherlocka Holmesa), świadczy o jego godnym podziwu dystansie do samego siebie i swoich dokonań.
Film Baumgart jest pracą artystki wizualnej, i nieoczywistość, wymykanie się estetycznym schematom oraz oczekiwaniom widzów jest strategią, do której odwoływała się już we wcześniejszych pracach wideo, jak choćby w nagrodzonych na festiwalu LOOP w Barcelonie (nagroda publiczności dla najlepszego filmu) „Świeżych wiśniach”. Co ciekawe jej najnowsze prace spotykają się z o wiele większym zrozumieniem zagranicą niż w Polsce, gdzie widz oczekuje od artysty jasnej deklaracji – fabuła albo dokument i wszystko, co znajduje się pomiędzy lub obok najprościej odrzucić.
Trudno nawet polemizować z absurdalnym zarzutem dotyczącym bezkrytycznej agitacyjności „Zdobywców słońca”, to chyba kolejne nieporozumienie wynikające ze zbyt dosłownego odbioru. Film jest pracą o rewolucji i jej micie, ale przede wszystkim o potrzebie głębokiej zmiany, wynikającej z ujawnianej przez Baumgart represyjnej władzy konwencji, instytucji, systemu. Zresztą chyba najlepiej sama artystka wyjaśnia to w wywiadzie przeprowadzonym z nią przez Jakuba Majmurka na stronie Krytyki Politycznej: „Wierzę w rolę, jaką mogą odegrać artyści w momencie, gdy konflikty we współczesnych społeczeństwach uświadamiają nam konieczność radykalnych przemian społecznych. Interesuje mnie na ile, dzieła sztuki mogą być krytycznym uczestnikiem tych konfliktów. Czy mogą je stymulować? W „Zdobywcach słońca” zajmuje mnie badanie relacji między sztuką a polityką. Zastanawiając się nad drogą, którą przebyłam w kierunku ostatniej realizacji, widzę, że tak naprawdę robię cały czas ten sam film. Nie o zwycięzcach, raczej o czymś niezbyt dobrze rozpoznanym, skrytym pod dywan oficjalnych historii. I tak dla mnie komunizm w Polsce jest właśnie opowieścią o czymś wypartym, czymś naznaczonym stygmatem.”
Jospeh Beuys mówił w latach 60. ubiegłego wieku: „ Do tego, aby wprowadzić nową kulturę, która przezwycięży stosunki naszej cywilizacji znajdującej się w martwym punkcie, zdolna jest tylko sztuka”. Film Baumgart kończy się wybuchem – symbolicznym upadkiem mitologii modernizmu, utopii i ideologii. Jednak koniec ten jest zarazem nowym początkiem – widzimy go w pierwszych minutach filmu w twarzach uczestników „Occupy Wall Street”.
„Zdobywcy słońca” niosą przesłanie, które znów najlepiej ujęła sama artystka we wspomnianym już wywiadzie: „Ja tworzę opowieść o klęsce – nowoczesnej sztuki, sztuki jako praktyki społecznej – która to klęska jednak prowadzi nas gdzieś dalej. Nigdy nie zaczynamy z tego samego miejsca, nawet jeśli procesy emancypacyjne (rozumiane jako dążenie do równości i sprawiedliwości) kończą się niepowodzeniem (czasem bardzo spektakularnym), to dzięki tym porażkom nie zaczynamy nigdy od zera.” „Zdobywcy słońca” zatem żądają niemożliwego i tym samym dziś, na początku roku 2012 Annie Baumgart udaje się uzyskać „efekt realności”.