Wywiad z Kają Malanowską ściągnął na nią falę krytyki. Ale nie zawsze słusznej.
Wywiad z Kają Malanowską ściągnął na nią falę krytyki. Ale nie zawsze słusznej. Fot. Tomasz Stańczak / Agencja Gazeta

Jako autor wywiadu z Kają Malanowską nie zamierzam występować w jej obronie. Myślę, że pisarka ani jej ode mnie nie oczekuje, ani nie potrzebuje: swoje racje wyłożyła świadomie i bardzo jasno. Chciałbym natomiast zwrócić się do jej licznych krytyków, którzy prześcigając się w personalnych atakach na autorkę zdają się gubić po drodze ważną część tego, co Malanowska starała się powiedzieć.

REKLAMA
“Kolejny raz ‘twórca’ pokazuje, że ma w dupie swoich odbiorców”, “Nie możesz się utrzymać ze swojego pisarstwa, nie pisz!! Najwidoczniej świat cię nie potrzebuje”, “Gorzkie żale idiotki. Wybrałaś sobie taki zawód, to walcz”, “Nie strzelaj sobie w łeb, używaj go” – to tylko kilka spośród licznych krytycznych komentarzy, które posypały się pod adresem Kai Malanowskiej po wywiadzie, który miałem przyjemność z nią przeprowadzić.
Abstrahując już od tego, że niektóre z takich głosów są po prostu niegrzeczne i ocierają się o zwykły internetowy hejting, chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze: wielu krytyków dusi się świętym oburzeniem na (tu dokładne cytaty z Waszych komentarzy) “roszczeniową nudziarę”, “której czytać najwyraźniej nikt nie chce”, a która żąda, by Polacy “obowiązkowo mieli się zrzucać na jej wynagrodzenie”.
I w swojej pogardzie dla pisarki, która w przypływie irytacji napisała na Facebooku o swoich zarobkach, krytycy ci są tak zapamiętali, że gubią sens tego, co Malanowska mówi w wywiadzie.
Krytyka? Tak, ale...
Facebookowy wpis, od którego wszystko się zaczęło, rzeczywiście może niektórych irytować. Publiczne “mazgajenie się” (jak określił to pisarz Jakub Żulczyk) okraszone jeszcze kilkoma przekleństwami nie przynosi raczej nikomu chwały. I wiele osób może odbierać owo “mazgajenie” tak, jak Żulczyk właśnie, gdy komentował wpis Malanowskiej słowami: “w kraju pełnym biednych, oszukanych, zadłużonych, głodnych ludzi (...) biadolenie piszącej o depresji pani z Warszawy jest po prostu policzkiem”.
W pewnym sensie rację ma też na pewno Alex Barszczewski, gdy pisze, że autorka zamiast narzekać, mogłaby budować relacje z czytelnikami, zmienić model wydawania książek, pracować nad “zdobywaniem fanów (...) twórczości długo przed jej oficjalnym opublikowaniem”, i tak dalej.
Dopuszczam także sensowność argumentów, które głoszą, że być może książki Kai Malanowskiej są po prostu słabe i dlatego się nie sprzedają. Nie jestem krytykiem literackim, więc nie czuję się na siłach, by zajmować w tej sprawie stanowisko, ale zakładam, że teoretycznie tak właśnie może być (nawet pomimo nominacji do prestiżowych nagród).
I choć przyjmuję do wiadomości wszystkie powyższe kierunki krytyki (sam przywoływałem podobne argumenty w rozmowie z pisarką), moim zdaniem takie podejście do całej sprawy powoduje, że umyka nam gdzieś to, co w niej najistotniejsze.
Chciałbym zwrócić uwagę, że Kaja Malanowska wyraźnie mówi, że jej “prywatny wkurw”, jak mówi o swoim wpisie, nie jest wcale najważniejszy. Mając świadomość, że mogłaby “lepiej się sprzedać”, autorka zauważa, że “problem jest bardziej ogólny, a moja historia jest tylko jego elementem”.
I tak właśnie moim zdaniem warto na tę dyskusję patrzeć. A nie koncentrować się na jednym wybuchu złości i frustracji, który może się zdarzyć każdemu z nas.
Książka jak proszek do prania?
“Polak kupuje średnio 1,5 książki rocznie, a np. Czech kupuje 14” – mówi Kaja Malanowska, powołując się na badanie cytowane Małgorzatę Niemczyńską w “Gazecie Wyborczej”. Do tego można by dorzucić inne dane. Np. statystyki GUS-u za 2012 rok mówią o tym, że statystyczny Polak na książki (poza podręcznikami) wydaje rocznie 19,44 zł. To nawet mniej niż kosztuje przeciętna książka w księgarni.
Patrząc na to wszystko, trudno się dziwić, że ten klasyk YouTube (choć sprzed wielu lat) nadal jest aktualny.

A jeśli wspomnieć jeszcze analizę Biblioteki Narodowej, z której wynika, że 6 na 10 Polaków nie miało w 2012 roku ani jednego kontaktu z książką (uwzględniając nawet albumy, poradniki czy encyklopedie), to obraz polskiego czytelnictwa staje się naprawdę ponury. A perspektywy życiowe ludzi, którzy utrzymują się z pisania książek – naprawdę marne.
I teraz pytanie: czy w zgodzie z wolnorynkowym podejściem wielu z krytyków Malanowskiej powinniśmy w tej sytuacji powiedzieć “Trudno. Skoro nie ma popytu na książki, widocznie ludzie ich nie potrzebują”? I w związku z tym, traktując książkę jako taki sam towar jak np. proszek do prania, po prostu pozwolić, by pisarstwo i rynek wydawniczy powoli umierały śmiercią naturalną? A może raczej, jak społeczeństwa większości bardziej rozwiniętych krajów powinniśmy zdać sobie sprawę, że w trudnych dla niego czasach czytelnictwo warto wspierać?
Dlaczego? Jeśli wartość czytelnictwa książek nie jest dla kogoś zrozumiała sama przez się i potrzeba mu koniecznie uzasadnień i argumentów z dziedziny ekonomii, niech pomyśli choćby o potencjale kreatywności, jaki wyzwala czytanie dobrych, mądrych (a przy tym niekoniecznie świetnie sprzedających się) książek.
Niech pomyśli o wiedzy zawartej w książkach, o naukach, które mogą płynąć z lektury. Czy nie jest oczywiste, że to wszystko ma znacznie także dla biznesu i dla gospodarki w ogóle? Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, by zrozumieć, że intelektualny potencjał społeczeństwa ma związek także z jego gospodarką.
Dobrze ujęła to jedna z komentujących rozmowę z Kają Malanowską osób, pytając, czy naprawdę chcemy, by “Polska [była – przyp red.] montownią pralek i lodówek ze zidiociałym społeczeństwem dla którego szczytem kultury wysokiej jest Dan Brown, Coelho i Grochola?”
Czytajmy, nie hejtujmy
Tak jak pisałem na początku, nie zamierzam występować w obronie Kai Malanowskiej: ja zadawałem pytania, ona na nie odpowiadała. Z niektórymi tezami mogę się zgadzać, z innymi nie. Ale dziwi mnie, że wiele osób sprowadza wywiad z nią do frazy “lewicowa pisarka chce dotacji, bo tak” (pod takim tytułem nasza rozmowa pojawiła się w serwisie Wykop.pl).
logo
Wykop.pl

To naprawdę rażąca manipulacja albo brak zrozumienia jej słów: moja rozmówczyni mówi wyraźnie, że nie głoduje i że osobiście nie domaga się od nikogo pieniędzy, ani “w ogóle nie przychodzi jej do głowy, żeby każdemu pisarzowi, niezależnie od tego, co i jak pisze, wkładać pieniądze do ręki”. Chodzi raczej o zwrócenie uwagi na systemowy problem braku państwowego wsparcia dla czytelnictwa i pisarzy.
I choć najłatwiej jest sprowadzić całą sprawę do dającego satysfakcję zhejtowania “mazgającej się pani z Warszawy”, to jest to droga na skróty. Bo nieważne, czy lubimy książki Kai Malanowskiej, czy nie, i czy zgadzamy się z jej propozycjami wsparcia ludzi pióra, pisarka zwraca uwagę na ważny problem: problem czytelnictwa w Polsce. I dotyczy on nie tylko jej, ale i nas wszystkich.