
Jako autor wywiadu z Kają Malanowską nie zamierzam występować w jej obronie. Myślę, że pisarka ani jej ode mnie nie oczekuje, ani nie potrzebuje: swoje racje wyłożyła świadomie i bardzo jasno. Chciałbym natomiast zwrócić się do jej licznych krytyków, którzy prześcigając się w personalnych atakach na autorkę zdają się gubić po drodze ważną część tego, co Malanowska starała się powiedzieć.
REKLAMA
“Kolejny raz ‘twórca’ pokazuje, że ma w dupie swoich odbiorców”, “Nie możesz się utrzymać ze swojego pisarstwa, nie pisz!! Najwidoczniej świat cię nie potrzebuje”, “Gorzkie żale idiotki. Wybrałaś sobie taki zawód, to walcz”, “Nie strzelaj sobie w łeb, używaj go” – to tylko kilka spośród licznych krytycznych komentarzy, które posypały się pod adresem Kai Malanowskiej po wywiadzie, który miałem przyjemność z nią przeprowadzić.
Abstrahując już od tego, że niektóre z takich głosów są po prostu niegrzeczne i ocierają się o zwykły internetowy hejting, chciałbym zwrócić uwagę na coś jeszcze: wielu krytyków dusi się świętym oburzeniem na (tu dokładne cytaty z Waszych komentarzy) “roszczeniową nudziarę”, “której czytać najwyraźniej nikt nie chce”, a która żąda, by Polacy “obowiązkowo mieli się zrzucać na jej wynagrodzenie”.
I w swojej pogardzie dla pisarki, która w przypływie irytacji napisała na Facebooku o swoich zarobkach, krytycy ci są tak zapamiętali, że gubią sens tego, co Malanowska mówi w wywiadzie.
Krytyka? Tak, ale...
Facebookowy wpis, od którego wszystko się zaczęło, rzeczywiście może niektórych irytować. Publiczne “mazgajenie się” (jak określił to pisarz Jakub Żulczyk) okraszone jeszcze kilkoma przekleństwami nie przynosi raczej nikomu chwały. I wiele osób może odbierać owo “mazgajenie” tak, jak Żulczyk właśnie, gdy komentował wpis Malanowskiej słowami: “w kraju pełnym biednych, oszukanych, zadłużonych, głodnych ludzi (...) biadolenie piszącej o depresji pani z Warszawy jest po prostu policzkiem”.
Facebookowy wpis, od którego wszystko się zaczęło, rzeczywiście może niektórych irytować. Publiczne “mazgajenie się” (jak określił to pisarz Jakub Żulczyk) okraszone jeszcze kilkoma przekleństwami nie przynosi raczej nikomu chwały. I wiele osób może odbierać owo “mazgajenie” tak, jak Żulczyk właśnie, gdy komentował wpis Malanowskiej słowami: “w kraju pełnym biednych, oszukanych, zadłużonych, głodnych ludzi (...) biadolenie piszącej o depresji pani z Warszawy jest po prostu policzkiem”.
W pewnym sensie rację ma też na pewno Alex Barszczewski, gdy pisze, że autorka zamiast narzekać, mogłaby budować relacje z czytelnikami, zmienić model wydawania książek, pracować nad “zdobywaniem fanów (...) twórczości długo przed jej oficjalnym opublikowaniem”, i tak dalej.
Dopuszczam także sensowność argumentów, które głoszą, że być może książki Kai Malanowskiej są po prostu słabe i dlatego się nie sprzedają. Nie jestem krytykiem literackim, więc nie czuję się na siłach, by zajmować w tej sprawie stanowisko, ale zakładam, że teoretycznie tak właśnie może być (nawet pomimo nominacji do prestiżowych nagród).
I choć przyjmuję do wiadomości wszystkie powyższe kierunki krytyki (sam przywoływałem podobne argumenty w rozmowie z pisarką), moim zdaniem takie podejście do całej sprawy powoduje, że umyka nam gdzieś to, co w niej najistotniejsze.
Chciałbym zwrócić uwagę, że Kaja Malanowska wyraźnie mówi, że jej “prywatny wkurw”, jak mówi o swoim wpisie, nie jest wcale najważniejszy. Mając świadomość, że mogłaby “lepiej się sprzedać”, autorka zauważa, że “problem jest bardziej ogólny, a moja historia jest tylko jego elementem”.
I tak właśnie moim zdaniem warto na tę dyskusję patrzeć. A nie koncentrować się na jednym wybuchu złości i frustracji, który może się zdarzyć każdemu z nas.
Książka jak proszek do prania?
“Polak kupuje średnio 1,5 książki rocznie, a np. Czech kupuje 14” – mówi Kaja Malanowska, powołując się na badanie cytowane Małgorzatę Niemczyńską w “Gazecie Wyborczej”. Do tego można by dorzucić inne dane. Np. statystyki GUS-u za 2012 rok mówią o tym, że statystyczny Polak na książki (poza podręcznikami) wydaje rocznie 19,44 zł. To nawet mniej niż kosztuje przeciętna książka w księgarni.
“Polak kupuje średnio 1,5 książki rocznie, a np. Czech kupuje 14” – mówi Kaja Malanowska, powołując się na badanie cytowane Małgorzatę Niemczyńską w “Gazecie Wyborczej”. Do tego można by dorzucić inne dane. Np. statystyki GUS-u za 2012 rok mówią o tym, że statystyczny Polak na książki (poza podręcznikami) wydaje rocznie 19,44 zł. To nawet mniej niż kosztuje przeciętna książka w księgarni.
Patrząc na to wszystko, trudno się dziwić, że ten klasyk YouTube (choć sprzed wielu lat) nadal jest aktualny.
A jeśli wspomnieć jeszcze analizę Biblioteki Narodowej, z której wynika, że 6 na 10 Polaków nie miało w 2012 roku ani jednego kontaktu z książką (uwzględniając nawet albumy, poradniki czy encyklopedie), to obraz polskiego czytelnictwa staje się naprawdę ponury. A perspektywy życiowe ludzi, którzy utrzymują się z pisania książek – naprawdę marne.
I teraz pytanie: czy w zgodzie z wolnorynkowym podejściem wielu z krytyków Malanowskiej powinniśmy w tej sytuacji powiedzieć “Trudno. Skoro nie ma popytu na książki, widocznie ludzie ich nie potrzebują”? I w związku z tym, traktując książkę jako taki sam towar jak np. proszek do prania, po prostu pozwolić, by pisarstwo i rynek wydawniczy powoli umierały śmiercią naturalną? A może raczej, jak społeczeństwa większości bardziej rozwiniętych krajów powinniśmy zdać sobie sprawę, że w trudnych dla niego czasach czytelnictwo warto wspierać?
Dlaczego? Jeśli wartość czytelnictwa książek nie jest dla kogoś zrozumiała sama przez się i potrzeba mu koniecznie uzasadnień i argumentów z dziedziny ekonomii, niech pomyśli choćby o potencjale kreatywności, jaki wyzwala czytanie dobrych, mądrych (a przy tym niekoniecznie świetnie sprzedających się) książek.
Niech pomyśli o wiedzy zawartej w książkach, o naukach, które mogą płynąć z lektury. Czy nie jest oczywiste, że to wszystko ma znacznie także dla biznesu i dla gospodarki w ogóle? Nie trzeba być szczególnie przenikliwym, by zrozumieć, że intelektualny potencjał społeczeństwa ma związek także z jego gospodarką.
Dobrze ujęła to jedna z komentujących rozmowę z Kają Malanowską osób, pytając, czy naprawdę chcemy, by “Polska [była – przyp red.] montownią pralek i lodówek ze zidiociałym społeczeństwem dla którego szczytem kultury wysokiej jest Dan Brown, Coelho i Grochola?”
Czytajmy, nie hejtujmy
Tak jak pisałem na początku, nie zamierzam występować w obronie Kai Malanowskiej: ja zadawałem pytania, ona na nie odpowiadała. Z niektórymi tezami mogę się zgadzać, z innymi nie. Ale dziwi mnie, że wiele osób sprowadza wywiad z nią do frazy “lewicowa pisarka chce dotacji, bo tak” (pod takim tytułem nasza rozmowa pojawiła się w serwisie Wykop.pl).
Tak jak pisałem na początku, nie zamierzam występować w obronie Kai Malanowskiej: ja zadawałem pytania, ona na nie odpowiadała. Z niektórymi tezami mogę się zgadzać, z innymi nie. Ale dziwi mnie, że wiele osób sprowadza wywiad z nią do frazy “lewicowa pisarka chce dotacji, bo tak” (pod takim tytułem nasza rozmowa pojawiła się w serwisie Wykop.pl).
To naprawdę rażąca manipulacja albo brak zrozumienia jej słów: moja rozmówczyni mówi wyraźnie, że nie głoduje i że osobiście nie domaga się od nikogo pieniędzy, ani “w ogóle nie przychodzi jej do głowy, żeby każdemu pisarzowi, niezależnie od tego, co i jak pisze, wkładać pieniądze do ręki”. Chodzi raczej o zwrócenie uwagi na systemowy problem braku państwowego wsparcia dla czytelnictwa i pisarzy.
I choć najłatwiej jest sprowadzić całą sprawę do dającego satysfakcję zhejtowania “mazgającej się pani z Warszawy”, to jest to droga na skróty. Bo nieważne, czy lubimy książki Kai Malanowskiej, czy nie, i czy zgadzamy się z jej propozycjami wsparcia ludzi pióra, pisarka zwraca uwagę na ważny problem: problem czytelnictwa w Polsce. I dotyczy on nie tylko jej, ale i nas wszystkich.
