
Starzy kłócą się z młodymi, bogaci z biednymi, wierzący z ateistami. W Polsce intensywnych konfliktów jest dużo. Ale tym, co jednoczy Polaków, jest wspólna niechęć do tych, którzy nami rządzą. Z badań przeprowadzonych przez badaczy z PAN, realizujących projekt badawczy Polskie Badania Panelowe wynika, że dla 84 proc. z nas konflikt z rządzącymi jest najsilniejszy. O powody braku zaufania do "nich", polityków, pytamy prof. Pawła Śpiewaka, socjologa.
REKLAMA
Z najnowszy badań przeprowadzonych przez POLPAN wynika, że najsilniejszym konfliktem społecznym w Polsce jest ten na linii rządzący – rządzeni. Wynika z nich, że aż 84 proc. Polaków ten właśnie konflikt postrzega jako dominujący. Skąd nasz niechęć do tych polityków?
Konflikt my–oni był podstawowy w komunizmie. Ludzie z mojego pokolenia, ale także pokoleń młodszych byli przekonani, że między społeczeństwem a politykami nie ma i nie może być żadnego porozumienia. Tę niechęć przenosimy na dzisiejsze realia. Jeśli zestawimy ten wynik z badania określającymi poziom zaufania do instytucji rządowych – który jest bardzo niski – zobaczymy, że w Polsce cała ta sfera jest bardzo źle widziana.
To typowe dla Polski?
Brak zaufania do organizacji rządowych, do instytucji państwa jest charakterystyczny dla krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Ludzie nie mają poczucia, że ci politycy, te partie, które są u władzy, faktycznie nas reprezentują, więc na wszelkie pomysły, deklaracje i działania polityków patrzą podejrzliwie. Tym bardziej, że nikt nie podejmuje wysiłku wyjaśniania tego, co się dzieje i motywów podejmowanych decyzji. To dlatego zaufanie społeczne jest u nas na bardzo niskim poziomie, a zawód polityka jest wśród tych, które są najmniej cenione. Ludzie mają poczucie, że oni mają władze, a nie liczą się z nami. To widać w kolejkach do lekarzy, zaniedbanej oświacie. Taka sytuacja jest nie dlatego, że mamy za mało lekarzy, mamy złych lekarzy albo niekompetentnych naukowców i ekspertów. To dlatego, że funkcjonujemy w bardzo złym otoczeniu społecznym.
Może za dużo od polityków wymagamy?
Faktem jest, że mamy dość duże wymagania etyczne zarówno względem siebie, jak i innych, także polityków. To z jednej strony powoduje roszczeniową postawę, bo nam się od nich należy, ale ma też pozytywną stronę, ponieważ dzięki temu nie obniżamy oczekiwań wobec władzy.
Skąd u nas to silne umocowanie etyczne?
Być może ma to związki z chrześcijaństwem, ze wzrastanie w silnie moralistycznym środowisku.
Mówił Pan o tym, że takie nieufne, niechętne wręcz nastawienie do polityków jest charakterystyczne dla byłych demoludów. A jak jest na Zachodzie?
Poczucie wyobcowania polityki jest dość powszechne w demokracjach, co dobrze obrazują kampanie wyborcze w Stanach Zjednoczonych i to, dzieje się później. Nagle w Waszyngtonie pojawia się ktoś, kto przyjeżdża spoza establishmentu, świadomy potrzeb ludzi i gotowy do pracy na ich rzecz. Bardzo wyraźnie podkreśla się, że ten, który przyjechał, nie jest jednym z "nich".
Demokracja zawodzi?
Obecnie praktykowany model demokracji reprezentacyjnej jest nieprzekonywujący. Wszędzie elity polityczne ulegają oligarchizacji. Sądzę, że to tak faza światowej demokracji, nie tożsama z dyktaturą, ale też nie napawająca optymizmem.
A czy nie jest tak, że po okresie PRL-u, kiedy wiadomo było, że "my" tych "onych" nie lubimy, powinnyśmy z większym zaufaniem podchodzić do demokracji?
Niby tak. Ale my myślimy teraz o tej naszej, obecnej demokracji już nie przez pryzmat komunizmu. System jest teraz coraz bardziej przejrzysty, ale dzięki temu widzimy więcej. To, że komunizm minął i teraz wszystko inne, cokolwiek, będzie z pewnością lepsze, jest zbyt łatwym tłumaczeniem.
Co najbardziej zachwiało wiarą Polaków w polityków? Afera Rywina? Afery taśmowe?
Ten proces tworzenia się niepokojącego obrazu władzy zaczął się o wiele wcześnie – od czasu konfliktu na samej górze między Lechem Wałęsą a inteligencją.
