Firmy windykacyjne przedstawiają się jako najlepsi przyjaciele w chwili, gdy wpadamy w kłopoty. Tymczasem w rzeczywistości najczęściej windykatorom zależy na tym, by zarobić jak największy procent od odzyskanego długu więc nasze problemy tylko pogłębiają. - W dzisiejszych czasach żadna firma nie posuwa się do rękoczynów. Wszystko odbywa się w sferze oddziaływania na psychikę - mówi nam Jan, który właśnie postanowił zakończyć karierę w jednej z największych firm windykacyjnych w Polsce.
REKLAMA
Łatwo pracuje się w windykacji? To chyba jeden z najbardziej znienawidzonych zawodów, z którym nikt nie chce mieć nic wspólnego. Tymczasem pukacie do drzwi kilku milionów zadłużonych Polaków.
Jan, były windykator: Gdy dostałem tę pracę byłem bardzo zadowolony. Oprócz dość dobrych warunków finansowych, miałem poczucie, że będę pomagał robić coś dobrego i stał na straży prawa. Tymczasem od poniedziałku nie będę miał z tym fachem już nic wspólnego i nigdy nie czułem większej ulgi...
Dlaczego?
Bo przez ponad dwa lata, do moich obowiązków należało przede wszystkim grożenie ludziom i zazwyczaj wprowadzanie ich w błąd. Po prostu zastraszanie ludzi, w większości biednych, którzy i tak nie mieli skąd wziąć pieniędzy, ale schematy przyjęte w firmie wymuszały takie a nie inne działanie. W windykacji nikt tego nie nazwie po imieniu, ale chodzi po prostu o straszenie ludzi, bo jeden na stu pęknie i skądś te pieniądze weźmie. Na szkoleniach to się kryje pod mantrą o stuprocentowej skuteczności, która ponoć jest możliwa.
Jaka była twoja skuteczność?
Niestety niezła, bo ja też mam kredyty i wolałbym się z kolegami z pracy nie spotkać. Póki jesteś w stanie to robić, motywuje też system, w którym nie tylko firma dostaje większy procent z odzyskanego długu, ale i windykator, który za sprawę odpowiada. Ma się więc szansę bardzo dobrze zarabiać jeśli wyczerpuje się pełną gamę możliwości przekonania dłużnika do oddania pieniędzy.
Co mieści się w tej gamie?
Przede wszystkim stanowczość i bezkompromisowość. Historie, że z windykatorem można się dogadać trzeba włożyć między bajki. To on może dogadać się z dłużnikiem jeśli osiągnie takie warunki, jakie będą mu odpowiadały. Ludziom zostaje kilkaset złotych na utrzymanie całej rodziny, ale odpowiednio wystraszeni płacą raty długu na przykład po 500 zł.
Naprawdę ściąganie długów to tylko i wyłącznie straszenie?
Parę lat temu była afera, bo w radiu puścili nagranie działu windykacji z jednego z banków. Dłużnika straszyli tam, że doniosą do opieki społecznej i straci wkrótce dzieci, a zanim po nie przyjdą, to windykatorzy wszystko wyniosą i maluchy będą musiały spać na podłodze. "Będziecie mieć najsmutniejsze Boże Narodzenie, jakie mogliście sobie wyobrazić" - ktoś tam wykrzykiwał dłużnikom. Była wielka afera, ale... mnie to potem na szkoleniu puszczali. Jako przykład "skutecznego motywowania".
No ale po drugiej stronie nie jest zawsze bezbronna ofiara kapitalizmu?
Jest pewien spory odsetek kombinatorów. Tylko, że na nich w zasadzie nie ma mocnych. Najskuteczniej szantaż windykatora działa na pewną grupę ludzi nonszalancko podchodzących do swoich problemów. To są na przykład ludzie na stanowiskach, którzy przeholowali z wydatkami i zrobili sobie wakacje od spłaty długów. Na nich działa szczególnie motywacja w postaci nachodzenia w pracy lub w domu. W tym drugim przypadku szczególnie, gdy trafi się na moment, w którym są znajomi lub jeśli rodzina nie miała pojęcia o długu.
I nie miewałeś satysfakcji, że dopadłeś chociaż tych kombinatorów?
Czasem tak. Jednak praca w terenie równie skuteczna jest też przy ściąganiu przedawnionych długów. A raczej pakowaniu ludzi w przedawnione długi...
Jak to możliwe?
W polskim prawie jest taka furtka, że nawet jeśli długi się przedawniły, gdy ktoś uzna roszczenie, to można próbować odzyskać należność. Takie uznanie to w zasadzie jakiekolwiek przyznanie się do tego, że dług był. Jedzie się więc w teren kogoś wystraszyć, zawstydzić i kiedy on cały się trzęsie trzeba podsunąć mu przygotowane oświadczenie do podpisu. I już nie ma przedawnienia.
Przecież każdy prawnik by to wyśmiał.
No właśnie. Tylko, że większość dłużników po pomoc prawną nie sięga. Najbiedniejsi sądzą, że ich na to nie stać. Choć w każdym większym mieście działa przecież jakaś społeczna poradnia. Nieuczciwe zagrania firm zajmujących się ściąganiem długów bardzo interesują też Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Jakie z tych zagrań są najbrutalniejsze?
W dzisiejszych czasach żadna firma tego typu nie posuwa się do rękoczynów. Wszystko odbywa się w sferze oddziaływania na psychikę. Na szkoleniach z pracy w terenie szczególnie dużo uwagi poświęca się na to, by nauczyć się wykorzystywać zawstydzanie. Jak? Na przykład trzeba odczekać aż dłużnik wyjdzie z mieszkania, a potem obdzwonić wszystkich sąsiadów: "Dzień dobry tu firma windykacyjna, szukamy pani Kowalskiej...". Te Kowalskie z klatki zrobią potem mnóstwo roboty za windykatora.
Najłatwiejsze jest jednak zwykłe nękanie. Szefostwo każe dzwonić do niektórych ludzi nawet kilkanaście razy dziennie. Szczególnie do ludzi starszych, którzy mają jeszcze telefon stacjonarny i po prostu nie mogą zmienić karty SIM z numerem. I dzwoniło się tak co pół godziny od rana nawet do północy.
Słyszałem, że często windykatorzy ostrzegają też, że wynajmą agencję detektywistyczną, która odnajdzie ukrywane środki. To częste narządzie?
Przez wszystkie te lata nie słyszałem ani o jednym takim przypadku. To znaczy, żeby firma rzeczywiście detektywów wynajęła, bo tego typu motywowanie do spłaty to oczywiście również typowa sprawa. Choć warto dodać, że nawet najbiedniejsi i w naprawdę dramatycznej sytuacji ludzie bywają zwykle sami sobie winni. Nawet nie dlatego, że nie mają jak spłacić długu.
Wielu miesiącami lub nawet latami po prostu unika kontaktu, rozmowy o załatwieniu tej sytuacji. Nieodbieranie telefonu od windykatora to tymczasem pierwszy krok do życia w jeszcze gorszym strachu, że ten stoi na klatce. Kiedyś trzeba będzie jemu spojrzeć w twarz.
