„Biła, ale nie zostawiała śladów” – jak mistrzyni świata w akrobatyce zamieniła trening młodych zawodniczek w koszmar

Prokuratura stwierdziła, że szarpanie i bicie dzieci podczas treningów akrobatyki sportowej to "środek do osiągnięcia sukcesów"
Prokuratura stwierdziła, że szarpanie i bicie dzieci podczas treningów akrobatyki sportowej to "środek do osiągnięcia sukcesów" Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Szarpanie, wbijanie w ciało paznokci, ciągnięcie za włosy, policzkowanie, przekleństwa – takie metody stosowała podczas treningów z młodymi rzeszowskimi akrobatkami Brygida Sakowska, wielokrotna mistrzyni świata w akrobatyce sportowej. Lokalny portal "Nowiny" donosi, że sprawa trafiła do prokuratury, a ta, choć potwierdziła, że trenerka używała przemocy, umorzyła postępowanie, bo uznała to za „środek do osiągnięcia sukcesów w sporcie”. Rodzice zawodniczek i inni trenerzy są zszokowani.

Brygida Sakowska to najbardziej utytułowana zawodniczka w historii polskiej akrobatyki sportowej. W zawodach rangi mistrzostw świat i Europy zdobyła w sumie 26 medali. Po zakończeniu kariery została trenerką i dziś prowadzi Klub Akrobatyki Sportowej AZS Uniwersytetu Rzeszowskiego.


Biła, ale taki jest sport
Jej problemy zaczęły się w ubiegłym roku, kiedy do Prokuratury Rejonowej w Rzeszowie wpłynęło zawiadomienie od Podkarpackiego Okręgowego Związku Akrobatyki Sportowej. Związek zdecydował się na taki krok po protestach rodziców zawodniczek klubu, które skarżyły się na metody Sakowskiej. Trenerka miała m.in. szarpać i wyzywać dzieci, ciągnąć je za włosy i ośmieszać, wbijać paznokcie w skórę.

"Pamiętam ten dzień, jak trenerka uczyła mnie gwiazdy bez rąk. Nigdy wcześniej tego nie robiłam. Za pierwszym razem mnie asekurowała, za drugim puściła. Spadłam. Rozpłakałam się z bólu" – wspomina w rozmowie z lokalnym dziennikiem "Nowiny" Lena Skowrońska, jedna z młodych akrobatek.


Prokuratura zbadała sprawę i przyznała rację zawodniczkom. "Potwierdziła m.in., że trenerka kilkakrotnie szarpała za odzież młodą zawodniczkę Gabrysię Wilk, córkę byłego znanego żużlowca i dwukrotnego mistrza paraolimpijskiego. Popychała ją, ciągnęła za włosy, wbijała w ciało paznokcie, ośmieszała wobec innych akrobatek. Gdy dziewczynka odmówiła wykonania danej figury, trenerka krzyczała, że jej 'przyp***li' , 'dostanie wp*****l" – donoszą "Nowiny".

Tyle że śledczy nie uznali takiego działania za bezprawne. Umorzyli postępowanie, bo stwierdzili, że podobne metody "pozwalają na osiągnięcie sukcesów w sporcie"... – W uzasadnieniu pani prokurator stwierdziła, że rzeczywiście było szarpanie i bicie, były wyzwiska. Nie dopatrzyła się znamion czynu zabronionego, bo w sporcie tak można. To jest jakiś absurd – oburza się w rozmowie z naTemat Joanna Kubiak, matka akrobatki, którą do niedawna trenowała Sakowska.

Prokuratura do momentu publikacji tekstu nie odpowiedziała na nasze pytania dotyczące szczegółów sprawy.

Trening jak szkoła przetrwania
Kubiak podkreśla, że metody dawnej mistrzyni znane były od dawna. Krzyki i wyzwiska miały być jej zdaniem na porządku dziennym, a kiedy zdarzały się przypadki przemocy, interweniowali rodzice. – Zawsze obiecywała, że to ostatni raz. Sama przyznawała, że w niektórych sytuacjach ponosiły ją emocje, że na naszym miejscu zareagowałaby tak samo. Moje dziecko zaczęło treningi w wieku ośmiu lat. Od początku przychodziło do domu zestresowane i skarżyło się na trenerkę. Miarka się przebrała, kiedy na obozie w Świdnicy zostało uderzone w twarz – opowiada.

– Pokrzywdzonych dzieci jest dużo, nawet kilkadziesiąt. Trenerce zawieszono licencję trenerską, ale tylko na czas postępowania w prokuraturze. Po umorzeniu wróciła do pracy i dziś nadal trenuje dzieci. – dodaje.

Zdumieni decyzją prokuratury są również przedstawiciele Podkarpackiego Okręgowego Związku Akrobatyki Sportowej. Prezes Tadeusz Kaplita mówił lokalnemu dziennikowi, że "niektóre dzieci tak zostały okaleczone psychicznie, że muszą się teraz leczyć u specjalistów". Od jednego z działaczy usłyszeliśmy z kolei, że to tak, jakby prokuratura stwierdziła, iż "trenerka biła, ale nie zostawiała śladów".

– Absolutnie się zgadzam z taką oceną. Jestem zdziwiona stanowiskiem śledczych. Oprócz tego, że jesteśmy trenerami, jesteśmy przecież także pedagogami. Nawet dzieci uczy się w szkole, że jeśli ktoś podniesie na ciebie rękę, uderzy cię, masz o tym kogoś poinformować. Po prostu nie rozumiem, jak prokuratura może powiedzieć, że naruszanie nietykalności cielesnej to metoda treningu – ocenia w rozmowie z naTemat Ewelina Fijołek, członek Komisji Rewizyjnej związku, trenerka sekcji akrobatycznej Stali Rzeszów i była sportowa partnerka Sakowskiej.

Jej zdaniem prokuratorzy faktycznie wyrazili zgodę na dalsze stosowanie takich metod. – Dzieci od lat przychodziły i skarżyły na Brygidę. W sytuacji, kiedy mamy takie orzeczenie prokuratury, to jest przyzwolenie na to, by ona nadal w ten sposób działała. Jeśli prawnie nic nie dało się zrobić, to będzie jeszcze gorzej. My jako związek niestety nie mamy żadnych możliwości działania. Ja trenuję inny klub i często przychodzą do mnie rodzice, by przenieść tutaj dziecko. Ale Brygida robi problemy i nie wydaje zgody na zmianę barw klubowych – przekonuje.

"Zarzuty wyssane z palca"
Z samą trenerką nie udało nam się skontaktować. Najpierw nie odbierała telefonu, potem nie chciała rozmawiać. "Jestem zbulwersowana zachowaniem tych rodziców. Wygląda, że nie mogą się pogodzić z tym, że prokuratura umorzyła sprawę. Teraz chcą mnie zdyskredytować" – powiedziała tylko w rozmowie z "Nowinami".

Informacjami o jej metodach treningowych zaskoczeni są jej przełożeni z Wydziału Wychowania Fizycznego Uniwersytetu Rzeszowskiego. – Pracownicy są u nas oceniani przez komisję jakości kształcenia. Praca dydaktyczna Brygidy Sakowskiej na wydziale nie budzi wątpliwości, dlatego nie ma podstaw do wyciągania negatywnych dla pracownika konsekwencji – stwierdził dziekan wydziału, prof. Wojciech Czarny.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...